Nie szukał muzy, lecz ocalenia. O kobiecie, która "ocaliła" Bolesława Prusa
Dzieje polskiej literatury (oraz sztuki in genere) wypełnione są życiorysami, w których wybitnym osiągnięciom artystycznym towarzyszy permanentny stan wyjątkowy w sferze osobistej. Wielcy twórcy (i takież twórczynie) nierzadko wikłali się bowiem w relacje ze wszech miar nieoczywiste, utożsamiając mieszczańską stabilizację z duchową śmiercią. Dość wspomnieć Żeromskiego, który dopuścił się nieoficjalnego "wielożeństwa", czy żyjącego w podwójnym świecie Leśmiana. Na tym tle związek Bolesława Prusa (a właściwie Aleksandra Głowackiego herbu Prus I) i Oktawii Trembińskiej jawi się jako jaskrawy ewenement. W historii tej brak jednak klasycznego, romantycznego ognia namiętności, traktuje ona wszak o ocaleniu - wartości, która w dobie powszechnego zwątpienia i pozytywistycznej pracy u podstaw znaczyła więcej niż jakiekolwiek uniesienia.

Wizerunek Bolesława Prusa utrwalił się w kulturze jako postać statecznego myśliciela w charakterystycznych binoklach, chłodno analizującego rzeczywistość w swoich słynnych "Kronikach". Jest to jednak wyłącznie fasada, za którą krył się człowiek o niezwykle delikatnej konstrukcji. Aleksander Głowacki, wielokrotnie doświadczany przez pisany mu los, w niczym nie przypominał posągowego literata - niemal przez całe życie zmagał się wszak z szeregiem lęków, które ówczesna medycyna określała mianem neurastenii. Przemierzając ulice XIX-wiecznego Lublina (gdzie trafił po utracie najbliższych), nie poszukiwał więc uniesień rodem z romansu, lecz kogoś, kto pozwoli mu odzyskać równowagę i oswoić codzienność.
Koniec tułaczki. Małżeństwo jako strategia przetrwania?
Pomocną dłoń wyciągnęła wtenczas do Aleksandra rodzina Trembińskich, z którą to połączony pozostawał więzami krwi (choć stopień pokrewieństwa do dziś frapuje badaczy i badaczki prusowej genealogii); Katarzyna z Popławskich Trembińska miała być daleką kuzynką Apolonii z Trembińskich Głowackiej - nieżyjącej już matki Aleksandra. Przyjmując go pod swój dach, ofiarowała osieroconemu krewniakowi namiastkę utraconego domu oraz środowisko, w którym kultywowano tradycje zubożałej, lecz świadomej swego dziedzictwa inteligencji. W ten sposób w życiu przyszłego pisarza pojawiła się również Oktawia.
Ich związek to przykład relacji, która ewoluowała od bliskości wynikającej z więzów krwi, przez serdeczną przyjaźń, aż po głębokie uczucie oparte na totalnym zaufaniu. I choć archiwalne luki uniemożliwiają precyzyjne określenie koligacji, w XIX wieku małżeństwa zawierane w obrębie szerszej rodziny (traktowane często jako metoda na scalanie topniejących majątków) nie były wyjątkiem, pozostając raczej strategią przetrwania. Dla Głowackiego ślub z Trembińską był jednocześnie najbezpieczniejszym z możliwych wyborów - nie musiał wszak udawać, gdyż ta zdawała się znać każdą rysę na jego, tak skrzętnie chronionej przed światem, duszy.
Cicha protektorka. O tej, która redagowała geniusza
"Tak" padło ostatecznie 14 stycznia 1875 roku w lubelskim kościele Świętego Ducha, a wybór miejsca położonego w samym sercu miasta, okazał się - z perspektywy historycznoliterackiej - nader znamienny. Gdy nowożeńcy opuszczali bowiem świątynne mury, ich oczom ukazać miała się kamienica, która w pamięci Głowackiego-Prusa (w latach 70. XIX wieku ten zaczął używać pseudonimu, by oddzielić swoją twórczość humorystyczną od poważnej) nierozerwalnie zrosła się z postacią kupca Jana Mincla. Choć sam nestor kupieckiego rodu zakończył swe życie dekadę wcześniej (w 1864 roku), to właśnie ten adres i ten szyld stały się fundamentem, na którym pisarz wzniósł później literacki świat "Lalki". Można więc zaryzykować tezę, że w jednym punkcie topograficznym przecięły się wówczas dwie najważniejsze linie życia Bolesława - prywatna, w której zyskiwał on życiową partnerkę, oraz twórcza, w której to rzeczywistość Lublina stawała się materią dla przyszłej prozy.
Oktawia weszła w jego świat dokładnie tam, gdzie rodził się mit Rzeckiego i Wokulskiego. Nie była ona jednak typem muzy, jakie znane są z legendarnych romansów epoki - nie pisała skandalizujących pamiętników, nie brylowała na salonach. Jej rola była inna - cicha, lecz absolutnie fundamentalna, gdyż w międzyczasie stała się "architektką codzienności" męża i jego najwierniejszą współpracowniczką. Prus, nieustannie zmagając się z własnymi ograniczeniami (słynny lęk przed otwartą przestrzenią uniemożliwiał mu dalekie podróże i publiczne wystąpienia), potrzebował stabilnej przewodniczki po prozie życia. To Głowacka przejęła ster nad domowym budżetem i korektą rękopisów, tworząc swoisty bufor bezpieczeństwa, chroniący nadwrażliwego artystę przed chaosem świata. Ten model relacji, choć pozbawiony fajerwerków w stylu Sturm und Drang, okazał się wyjątkowo odporny na wszelkie próby czasu i losu.
Pokój z widokiem na wieczność, czyli finał życiem pisany
Obraz tego związku byłby jednak niepełny bez wspomnienia o cieniu, który położył się nań w roku 1888. Głowaccy nie doczekali się biologicznego potomstwa, jednak ich niespełniony instynkt rodzicielski znalazł ostatecznie ujście w adopcji (czy też "wzięciu na wychowanie") Emila - krewnego, którego los również naznaczył wczesną stratą najbliższych. Niestety, opowieść ta pozbawiona jest happy endu - przybrany syn Bolesława i Oktawii, nie radząc sobie z presją dorastania, odebrał sobie życie niedługo po uzyskaniu pełnoletności (biografowie i biografki Prusa przyczyn upatrują zaś najczęściej w nieodwzajemnionym uczuciu).
Głowaccy przetrwali jednak tę próbę, trwając przy sobie do samego końca. Ich relacja, zahartowana najpierw w ogniu młodzieńczych traum pisarza, a później w żałobie rodzicielskiej, okazała się trwalsza niż spiżowe pomniki. Wspólną drogę, trwającą 37 lat, przerwała dopiero śmierć pisarza 19 maja 1912 roku. Oktawia przeżyła męża o blisko ćwierć wieku, odchodząc w 1936 roku jako cicha strażniczka jego spuścizny i pamięci.
Z perspektywy półtora wieku relacja ta jawi się nie jako konwencjonalny kontrakt małżeński, lecz jako duchowa symbioza ufundowana na bezwarunkowej akceptacji. Oktawia Trembińska wykreowała dla męża metaforyczny "pokój z widokiem" - hermetyczny azyl, będący zarazem punktem obserwacyjnym niezbędnym do literackiej wiwisekcji społeczeństwa. Uprawniona wydaje się teza, że bez owej protekcji fenomen Bolesława Prusa nigdy by nie zaistniał; pozostałby jedynie Aleksander Głowacki - nadwrażliwy obserwator, niezdolny do sublimacji własnych traum w wielką sztukę.
Zobacz też:






