"Gdy los cię rzuci gdzieś w daleki świat". Krótka historia przeboju Santor
Gdy na początku lat 60. ubiegłego wieku do Janusza Kondratowicza zgłosił się jeden z polskich kompozytorów, prosząc o napisanie tekstu do swojego utworu, ten dość szybko połączył dziesiątki inspiracji w spójną całość.
"Przemierzałem Polskę, zachwycając się Bieszczadami, Mazurami, Mazowszem. To była moja Polska. Taką chciałem ją opisywać [wszystkie cytaty za Biblioteką Polskiej Piosenki – przyp. red.]", mówił później.
Panowie dość szybko doszli jednak do konkluzji, że treść nie do końca odpowiada muzyce. Pozostał więc wiersz, który przeleżał w szufladzie kilka dobrych lat, by wiosną roku 1966 otrzymać drugie życie – tym razem za sprawą Piotra Figla.
"Zadzwonił do mnie po dziesiątej wieczorem i poprosił do siebie, bo piosenka gotowa. Mieszkałem blisko, więc w ciągu kilkunastu minut byłem u niego. Nie zważając na późną porę i pootwierane okna usiadł do fortepianu i zaśpiewał całość. Próbowałem go uciszyć, bo przecież to noc, sąsiedzi, ale on był w ekstazie. Kiedy skończył z pobliskich balkonów rozległy się brawa. »To musi zaśpiewać Irena Santor«, powiedział" – relacjonował po latach Kondratowicz.
Ale Santor wcale śpiewać nie musiała.

"Osiągniesz to, co chcesz, za rok, za parę lat". O artystce, która do Opola jechać nie zamierzała
W 1966 roku Irena Santor miała już za sobą zarówno karierę w "Mazowszu" Sygietyńskich, jak i kilka pierwszych lat kariery solowej. W 1961 roku wystąpiła na pierwszym w historii sopockim festiwalu, gdzie odebrała aż dwie nagrody (za interpretację "Embarras" i "Walczyka na cztery ręce"). W międzyczasie grała też w kabaretach i teatrach (przede wszystkim w warszawskiej Syrenie), a nawet uczestniczyła w festiwalach na... drugim końcu świata (między innymi w brazylijskim Rio).
W tym miejscu wspomnieć należy o charakterze repertuaru artystki – upodobała sobie bowiem przede wszystkim łagodne i liryczne utwory, charakteryzujące się naturalną, nieco elegancką subtelnością. Gdy Piotr Figiel zaproponował więc Irenie dużo mocniejsze (jak na ówczesne realia, pamiętać bowiem musimy, że wszystko to działo się blisko 60 lat temu) "Powrócisz tu", ta niemal z miejsca postanowiła, że wykonania podjąć się nie zamierza.
"Piotr zaprosił mnie do radia, zagrał utwór i powiedział: »zaśpiewasz to w Opolu«. Zaniemówiłam. Po pierwsze festiwal był za dwa tygodnie, po drugie piosenka w ogóle mi się nie podobała. »To nie jest w moim stylu« – oponowałam [...]. »No to czas z tym skończyć, rozstać się z tą manierą i zaśpiewać coś ostrzejszego« – on na to. »Chodź spróbujemy dobrać tonację«. Byłam urażona. Jak to? On podważa cały mój dotychczasowy dorobek?", wspominała sama zainteresowana.
Mimo to jednak, kierowana zawodowstwem, choć wbrew sobie (jak sama to określiła), postanowiła prześpiewać utwór i dobrać wspomnianą tonację. Choć bez najmniejszego przekonania.
"Na do widzenia rzucił jeszcze: »za tydzień tu w studio M1 próba z orkiestrą«. Zostawił mnie z nutami i z silnym postanowieniem, że nie będę tego śpiewać", relacjonowała.
Stało się jednak inaczej (i całe szczęście). Gdy na ledwie tydzień przed opolskim festiwalem Santor wkroczyła do rzeczonego studia M1 wciąż chciała powiedzieć "nie".
"Ale kiedy zaczęli grać ten rozbudowany wstęp, kiedy usłyszałam następującą po nim frazę fortepianu, zmieniłam zdanie. Tak! Zaśpiewam tę piosenkę w Opolu", dodała.
"Powrócisz tu" więc zaśpiewała, a odtrącona początkowo piosenka stała się olejem napędowym dalszej kariery. W samym Opolu otrzymała zaś dwie nagrody - w kategorii "Premiery" i "Przeboje sezonu". Te jednak okazały się niczym przy hektolitrach łez, które przez lata wylali przy tej piosence fani i fanki artystki. I nie tylko oni, jak można przypuszczać.
"Wrócisz, gdzie twój dom". O Irenie Santor w przededniu 90. urodzin
Wróćmy jednak do współczesności, gdyż próby opisania kolejnych lat kariery skończyłyby się zapewne nie artykułem, lecz całym ich cyklem (mimo że jest to pomysł godny rozważenia). 9 grudnia 2024 roku Santor świętować będzie 90. urodziny, choć – i nie ma w tym krzty wazeliniarstwa – uwierzyć w to niezwykle trudno. Bo formą zachwyca nieustająco.
Wprawdzie na początku tego roku media donosiły o wielkiej rewolucji w życiu artystki i jej przenosinach do Domu Artystów Weteranów Scen Polskich w Skolimowie, szybko okazało się, że nie była to nawet "rewolucyjka" – pobyt trwał ledwie kilka tygodni, po czym Santor powróciła do warszawskiego domu. Warto też wspomnieć, że podobna sytuacja miała już miejsce w 2018 roku, kiedy do Skolimowa przeniosła się ona wraz z wieloletnim partnerem, Zbigniewem Korpolewskim, w ostatnich miesiącach jego życia.
Mimo medialnych spekulacji pierwsza dama polskiej piosenki ma się jednak dobrze, co udowodniła zaledwie kilka dni temu, gdy swoją obecnością zaszczyciła wydarzenie z okazji 10-lecia marki Doroty Goldpoint. Przy okazji zaskoczyła też wyznaniem.
"Ja bym chciała dożyć tych 125 lat, o których lekarze mówią, że mamy to zagwarantowane. Jeśli się nie uda, to będę kibicowała państwu z góry", powiedziała jednej z redakcji.
My życzymy jednak nie 125, ale co najmniej 200 lat i to w doskonałym zdrowiu.
PS. Polecamy śledzenie zbliżających się wydań "halo tu polsat". O Irenie Santor piszemy dziś bowiem nie bez powodu.

Zobacz też:
O "pierwszej damie polskiego humoru" pamięta dziś mało kto. Kim była Stefania Grodzieńska?







