Pół roku samotnie na rowerze po Ameryce Północnej. Tomasz Krzeszowiec o wyprawie życia
Prawie sześć miesięcy w drodze, tysiące kilometrów przez dziką Kanadę i Stany Zjednoczone, noclegi w miejscach, gdzie niedźwiedzie krążą wokół namiotu, a dostęp do wody bywa luksusem. Tomasz Krzeszowiec, gość dzisiejszego wydania "halo tu polsat", opowiedział o swojej najdłuższej i najbardziej wymagającej wyprawie rowerowej.

Choć zawodowo pracuje przy komputerze jako montażysta programów telewizyjnych, każdą wolną chwilę poświęca podróżom na rowerze. W "halo tu polsat" Tomasz Krzeszowiec zdradził kulisy wyprawy, która trwała niemal pół roku i prowadziła przez jedne z najbardziej dzikich terenów Ameryki Północnej. Była to podróż pełna zachwytów, ale też strachu, nauki nowych zasad przetrwania i konfrontacji z naturą, której nie da się oswoić.
Pół roku w drodze i tysiące kilometrów przez dziką naturę
Ostatnia wyprawa Tomka była wyjątkowa nie tylko pod względem dystansu, ale także czasu spędzonego w drodze:
"Ta podróż była rzeczywiście bardzo długa i najdłuższa, bo trwała prawie pół roku. Wyjechałem na początku czerwca, wróciłem w trzecim tygodniu listopada".
Krzeszowiec wyjaśnił, że wyprawa rozpoczęła się na zachodnim wybrzeżu Kanady - dalej trasa prowadziła przez Calgary, Góry Skaliste, a następnie przez Stany Zjednoczone aż do granicy z Meksykiem. Dla Tomka taka podróż nie była jednak przypadkiem - od lat konsekwentnie budował swoje doświadczenie, zaczynając od krótszych wypraw rowerowych po Europie i Polsce.
"Żeby dojść do takiej trasy, zaczynałem od mniejszych rzeczy. Dwa razy byłem w Maroko na rowerze, w Rumunii. Objechałem też prawie całą Polskę dookoła. Byłem również we Włoszech na rowerze. Generalnie, poza tym, że moja praca polega na siedzeniu przed komputerem, to każdą wolną chwilę staram się spędzać na dwóch kółkach w podróży".
Niedźwiedzie, czyli strach, którego się nie spodziewał
Jednym z największych wyzwań podczas wyprawy okazały się dzikie zwierzęta, a zwłaszcza niedźwiedzie. Choć wcześniej Tomasz nocował wielokrotnie pod namiotem w Europie, realia Ameryki Północnej okazały się zupełnie inne.
"W sumie nie wiem dlaczego i skąd ten strach się u mnie wziął. Podróżując po Europie wielokrotnie spałem pod namiotem i to nie było to dla mnie nic nowego, że jakieś zwierzę kręci się koło namiotu. Natomiast w momencie, kiedy widzi się ślady tych ogromnych zwierząt, czy jak niedźwiedź po prostu tłucze się koło namiotu rozwalając śmietnik, który jest 2-3 metry od tego namiotu, to już te odczucia są trochę inne".
Szczególnie zapadła mu w pamięć informacja od innej podróżniczki, którą spotkał po drodze: "Kilka godzin przede mną jechała dziewczyna, z którą miałem kontakt i która mi powiedziała: >> Wiesz co, no nie wiem czy ci powinnam to mówić, ale właśnie minęłam niedźwiedzicę grizzly z młodym<<". Jak sam przyznał, to był moment, w którym jego odwaga została wystawiona na poważną próbę.
W dalszej części rozmowy Tomasz zdradził, że podróż przez tereny zamieszkane przez niedźwiedzie wymagała zupełnie nowych nawyków.
"Nie powinno się trzymać w namiocie nawet wody, kartuszy z gazem, absolutnie żadnego jedzenia".
Gotowanie przy namiocie czy przechowywanie ubrań pachnących jedzeniem również odpadało. Wszystko musiało być odpowiednio zabezpieczone, często w specjalnych pojemnikach.
Woda, śmieci i ciężar samotnej podróży
Kolejnym wyzwaniem była logistyka - dostęp do wody, jedzenia i konieczność zabierania ze sobą wszystkich odpadów.
"Jeżeli przez 3-4 dni podróżujesz przez góry, musisz wszystkie śmieci zabierać ze sobą", wyjaśnił.
Nie zawsze dało się też korzystać z naturalnych źródeł z dostępem do wody: "Są takie odcinki, na których to jest mega utrudnione, no bo na przykład woda jest niezdatna do picia przez znajdujące się w pobliżu kopalnie..."
To wszystko sprawiało, że rower stawał się coraz cięższy, a sama jazda wymagała ogromnego wysiłku fizycznego.

Samotność i spotkania z ludźmi na końcu świata
Choć Tomasz Krzeszowiec wyruszył w trasę samotnie, na swojej drodze wielokrotnie doświadczał życzliwości ludzi mieszkających wzdłuż szlaku.
"To są małe społeczności, małe miasteczka, wioseczki, gdzie co roku takich włóczykijów, jak ja, przewija się kilkudziesięciu czy kilkaset w niektórych miejscach i wzdłuż tego szlaku wytworzyły się takie społeczności, które pomagają".
Zdarzało się również, że zupełnie nieoczekiwanie otrzymywał zaproszenia do prywatnych domów - coś, czego zupełnie się nie spodziewał, podróżując przez słabo zaludnione tereny.
"Na początku w ogóle bałem się spać na dziko ze względu na właśnie dzikie zwierzęta, więc wybierałem kempingi. Natomiast kilka razy była taka sytuacja, że ktoś mnie zaprosił do siebie do domu zupełnie nieoczekiwanie i nawet żartowałem ze znajomymi, że Polska jest znana z gościnności, natomiast to, co spotkało mnie tam, na szlaku, to było niesamowite".

Na koniec podkreślił, iż ogrom przestrzeni oraz niewielka liczba mieszkańców Kanady i Stanów Zjednoczonych robią ogromne wrażenie i całkowicie zmieniają perspektywę podróżowania.
Zobacz też:






