Przez wieki kobiety tego unikały. Historia opalania jest bardzo krótka
Przez setki lat opalenizna wcale nie była modna, wręcz przeciwnie. W Europie jasna cera symbolizowała wysokie urodzenie, bogactwo i dobry status społeczny, bo była oznaką wygodnego życia bez ciężkiej pracy fizycznej. Eleganckie panie chroniły twarz kapeluszami, parasolkami, nosiły rękawiczki - nie troszczyły się bynajmniej o kondycję skóry, lecz jak ognia unikały opalania.
Ten porządek odwrócił się bardzo późno, bo dopiero w XX wieku, gdy zupełnie zmienił się sposób życia, spędzania czasu, podróży i uprawiania sportu. Nagle pojawiła się wizja luksusowego wypoczynku na zewnątrz, nie w środku, ale za to w pięknym miejscu i w pełnym słońcu.
Zaczęło się od Coco Chanel
Dzisiaj za jeden z najbardziej przełomowych momentów uznaje się lata 20. XX wieku i postać Coco Chanel, której przypisuje się spopularyzowanie opalenizny.
Jedną z najczęściej powtarzanych historii jest powrót opalonej Coco z wakacji na Riwierze Francuskiej. Ponieważ była wówczas jedną z najważniejszych kreatorek stylu, jej opaleniznę uznano za objaw luksusu. Ów słynny moment przyspieszył przemianę - muśnięta słońcem skóra przestała być kojarzona z pracą w polu, wręcz przeciwnie. Stała się wizualnym dowodem tego, że ktoś ma czas i pieniądze, by leżeć na plaży w pięknym kurorcie.

W Polsce opalanie stało się modne jeszcze później
Na rodzimym podwórku było jeszcze inaczej. Nadmorskie kurorty istniały już w XIX wieku, ale bywała w nich tylko elita i to głównie dla zdrowia. Samo plażowanie zaczęło być popularne dopiero w latach 30. XX wieku, gdy Sopot, Jurata, Hel czy Jastarnia zaczęły przyciągać "zwyczajnych" letników. Jednak nadal nawet nad Bałtykiem w kwestii ubioru obowiązywała skromność.
W czasach PRL wakacje nad morzem czy nad jeziorami stały się już częścią masowej kultury wypoczynku. Pojawiły się zakładowe ośrodki i rodzinne wczasy, a Polacy dumnie prezentowali skórę, która "złapała kolor" na urlopie. Później było jeszcze ciekawiej.
Lata 70. i 80. to prawdziwy zachwyt opalenizną
W drugiej połowie XX wieku opalenizna naprawdę zaczęła zachwycać. Ciało opalone było młode i atrakcyjne. Wystarczy wspomnieć lata 70. i słynny plakat Farrah Fawcett z 1976 roku - amerykańskiej aktorki, ikony popkultury, która największą sławę zdobyła dzięki "Aniołkom Charliego", na którym pozuje w czerwonym kostiumie kąpielowym
W latach 80. w Ameryce pojawiły się kolejne produkty do opalania, które nawiązywały do "opalenizny z Riwiery", np. Bain de Soleil z hasłem "dla opalenizny jak z Saint Tropez". A w latach 90. świat zakochał się w "Słonecznym patrolu" z Pamelą Anderson i pięknymi ratownikami w kostiumach kąpielowych.
Polskie lata 90. i wielki boom na opaleniznę "instant"
Serial o ratownikach z plaży i u nas zyskał ogromną popularność, ale moda na opaleniznę w latach 90. i na początku 2000. przybrała w Polsce formę, którą dzisiaj moglibyśmy nazwać wręcz groteskową: solaria, samoopalacze, błyszczące balsamy brązujące i powszechnie panujące przekonanie, że opalenizna nie dość, że zdrowo wygląda, to jeszcze wyszczupla.
Wizyta w solarium przed imprezą czy ważnym wydarzeniem stała się modnym rytuałem, a niektórzy uczynili z tego nawet swoją szkodliwą codzienność - trudno zapomnieć widok pań opalonych do granic możliwości i z włosami koloru platynowego blondu.
I chociaż łóżka do opalania można jeszcze dzisiaj znaleźć w polskich miastach, próżno szukać kolejek chętnych do skorzystania. Za dużo wiemy o szkodliwości tej praktyki, aby móc regularnie z niej korzystać bez refleksji.
Ale dzisiaj podejście do opalenizny stało się wyjątkowo ciekawe i świetnie ilustruje zmiany, których jesteśmy świadkami - zarówno te modowe, jak i zdrowotne oraz wręcz kulturowe.
Czy opalanie jest modne w 2026 roku?
Dzisiejsze podejście do opalenizny jest inne i na historycznym tle zupełnie wyjątkowe. Opalona skóra nadal jest atrakcyjna, ale tylko wtedy, gdy jest zdrowa. Ta bardzo ciemna, kojarzy się dzisiaj ze szkodliwymi zwyczajami i znajduje na biegunie przeciwnym do ideału piękna.
Dzisiaj ten ideał to zdrowa, lśniąca, nawilżona, promienna skóra ledwie muśnięta słońcem. Świetnie to widać w trendach beauty, gdzie coraz bardziej popularny jest makijaż typu "sunkissed", czyli świetlisty, z odrobiną bronzera tam, gdzie twarz najszybciej "łapie" słońce. Ten popularny make-up pokazuje jeszcze co innego - zmieniamy podejście do skóry w ogóle, bo coraz rzadziej przykrywamy ją grubą warstwą podkładu, żeby była "idealna", częściej tylko dodajemy jej uroku, a stawiamy na zdrową pielęgnację.

Kiedyś tylko na plażę. Dzisiaj krem z filtrem to część codziennej pielęgnacji
Idźmy dalej. Jeszcze niedawno krem z filtrem kupowaliśmy tylko na urlop. Dzisiaj produkty z SPF stają się częścią obowiązkowej codziennej pielęgnacji, czymś co nakładamy rano tak samo automatycznie, jak krem nawilżający.
Z jednej strony dermatolodzy zalecają stosowanie ochrony przeciwsłonecznej przez cały rok, bo przecież słońce świeci 365 dni, a nie dwa miesiące. Ale po drugiej stronie jest coraz bardziej świadoma pielęgnacja przeciwstarzeniowa oparta na wiedzy o mechanizmie fotostarzenia skóry. Dzisiaj ochrona przeciwsłoneczna to coraz częściej lekki krem na dzień, nie tłusty balsam odporny na wodę z basenu. Do tego dochodzą kolejne nowości, jak mgiełki, fluidy, kremy BB i CC z ochroną UV.
Najpierw luksusem była skóra bez opalenizny, potem ta mocno opalona, jak z wakacji w drogim kurorcie, dzisiaj za luksusową uważa się skórę zadbaną, nawilżoną, bez przebarwień i przesuszenia - tylko lekko muśniętą słońcem. A przed ważną imprezą nie wskakujemy do solarium, tylko robimy peeling, nakładamy maseczkę nawilżającą, a na koniec płatki na opuchliznę pod oczami.
Dodatkowo rozwija się też rynek samoopalaczy i balsamów brązujących. Tym razem z innego powodu - to odpowiedź na potrzeby tych, którym zależy na ochronie skóry przed skutkami przebywania na słońcu, a jednocześnie chcą mieć odrobinę "koloru".
Szkodliwe trendy urodowe - takie opalanie to zły pomysł
Od tych reguł są wyjątki i to niestety dość szkodliwe, ale nie sposób o nich nie wspomnieć. Niedawno w mediach społecznościowych pojawił się trend na "tan lines", czyli eksponowanie śladów po opalaniu - np. jasnych pasków od ramiączek bluzki. Niby nic, ale jeżeli połączymy to z brakiem ochrony UV, to oznacza chwalenie się efektem niezdrowego zachowania.
A szczególnie jaskrawo objawiło się to w trendzie "UV maxing" lub "tanmaxxing", przed którym ostrzegają dermatolodzy. Młodzi ludzie zaczęli celowo opalać się w momentach najwyższego promieniowania słonecznego, aby skutek był szybszy i mocniejszy. To wyjątkowo niepokojące zjawisko, na szczęście, pozostaje marginalne, bo zdrowe podejście do słońca zdecydowanie dominuje.
Opalenizna - tylko zdrowa. Opalanie "po staremu" już jest passé
Opalanie w dawnym stylu jest już niemodne, to oczywiste. Mocna opalenizna nie kojarzy się już z luksusem, ale przywodzi na myśl brak odpowiedniej troski o skórę. Jednocześnie lekki kolor wciąż jest pożądany, pod warunkiem, że nabyty został w sposób zgodny z zasadami dbania o zdrowie.
To chyba najciekawszy moment w całej historii opalenizny. Od podziałów klasowych, przez modę na "skwarki", przeszliśmy do najzdrowszego, w którym wciąż chętnie korzystamy ze słońca, ale bezpiecznie, a na pierwszy plan wychodzi nie sam wygląd, a zdrowie i kondycja skóry. A w samym leżeniu na plaży, które jest i będzie najprzyjemniejszym rodzajem letniego relaksu, chodzi właśnie o odpoczynek, a nie "nabieranie koloru" za wszelką cenę.







