Miss, która korony... nie wywiozła? O Zofii Batyckiej i wyjątkowo wygodnym micie
Życiorysy jednostek kojarzonych z bohemą artystyczną II Rzeczypospolitej nader rzadko stanowiły wierny zapis faktograficznej prawdy - znacznie częściej rozgrywały się one bowiem między rzeczywistością a autokreacją. W epoce, w której metryki urodzenia korygowano z nonszalancją godną gwiazd zza wielkiej wody, a biografie pisano na nowo dla potrzeb prasy, Zofia Batycka nie stanowiła wyjątku. Choć aspirowała do miana wielkiej tragiczki, historia zapamiętała ją przede wszystkim jako protagonistkę "spektaklu", który zdołał przyćmić ekranowy dorobek. Na ile wiarygodna pozostaje jednak legenda o "zagrabionej" koronie Miss Polonia, której bohaterką się stała?

Z pałacu na salony. Lwowskie korzenie i lekcja wielkiego świata
Nim historia Zofii Batyckiej stała się tematem salonowych dysput, ta uchodziła za perłę lwowskiej socjety. Urodzona w 1907 roku jako córka cenionego galicyjskiego adwokata - Eugeniusza Batyckiego - od najmłodszych lat oddychała atmosferą wyjątkowości, dorastając w środowisku, które definiowało jej późniejsze podejście do rzeczywistości. Domem rodzinnym Zofii był bowiem neogotycki pałac Turkułłów-Comello we Lwowie - miejsce, które onieśmielało przepychem i budowało dystans wobec "zwykłego świata".
Jej edukacja zaprzeczała jednak stereotypowi pustej piękności. Batycka odebrała wszak staranne wykształcenie - początkowo w urszulańskim gimnazjum, a następnie w snopkowskiej Głównej Szkole Gospodarczej Żeńskiej. Szybko opanowała aż pięć języków obcych - francuski, włoski, angielski, niemiecki oraz niezwykle modne ówcześnie esperanto.
Galicyjskie salony, mimo szeregu zalet, szybko okazały się dla Batyckiej za ciasne. Gnana ambicją skierowała więc swoje kroki ku stolicy powracającej na mapy Rzeczypospolitej. Warszawa lat 20. XX wieku szybko poznała się zaś na jej magnetyzmie. Przepustką do świata artystycznej bohemy stał się jednak głośny romans z... Janem Kiepurą - cieszącym się już wówczas statusem bez mała międzynarodowej gwiazdy. Relacja ta, mimo wszechobecnego blichtru, była dla arystokratycznej rodziny Batyckich mezaliansem, dla samej Zofii zaś - lekcją budowania wizerunku. Choć relacja nie przetrwała próby czasu, zasiała ambicję - Batycka nie chciała być tylko "drugą połówką". Sama chciała być gwiazdą.
Narodziny gwiazdy i triumf "prowincji". Kulisy wyborów Miss Polonia z 1930 roku
Kariera kinowa Batyckiej rozpoczęła się dzięki namowom legendarnego Ludwika Solskiego - Zofia debiutowała w 1929 roku dzięki "Grzesznej miłości", ale to rola w "Moralności Pani Dulskiej" zdefiniowała jej publiczny wizerunek. Kapitał rozpoznawalności postanowiła zaś zainwestować w nową, rodzącą się w Polsce modę - konkursy piękności.
Wybory Miss Polonia 1930, drugie w historii (po inauguracyjnym triumfie Władysławy Kostakówny w roku 1929), stały się wydarzeniem wagi państwowej. Organizowany przez potężny koncern prasowy konkurs angażował elitę intelektualną kraju - w jury zasiadali między innymi Tadeusz Boy-Żeleński, Karol Frycz czy Edward Wittig i Henryk Kuna.
W plebiscytach czytelników i czytelniczek Batycka nie była faworytką - finał konkursu, który odbył się 27 stycznia 1930 roku w Polonii przy Alejach Jerozolimskich, należał jednak do niej; Zofia, ze swoją arystokratyczną pewnością siebie i scenicznym obyciem, rzuciła bowiem jury na kolana. Wygrała, pokonując tysiące kandydatek, a prasa pisała o "triumfie prowincji nad stolicą" (co w przypadku Lwowa było sporym uproszczeniem).
Takim też sposobem bohaterka niniejszych rozważań otworzyła tytuł, który otworzył jej drogę do sukcesu w Paryżu, gdzie uhonorowano ją szarfą Wicemiss Europy. Wróciła do kraju jako gwiazda formatu kontynentalnego. Jej ego urosło do rozmiarów, które wkrótce miały doprowadzić do medialnej katastrofy.
Wielka kradzież czy wielka mistyfikacja? Kilka słów o medialnej intrydze
W powszechnej świadomości, utrwalanej przez lata w anegdotach i artykułach prasowych, funkcjonuje wersja o "wielkiej kradzieży". Według niej, w 1931 roku, gdy Zofia Batycka szykowała się do wyjazdu do USA jako nowo mianowana "Miss Paramount" (film "Kobieta, która się śmieje" z 1931 roku, w którym zagrała, realizowany był w atelier filmowym Paramount w Joinville pod Paryżem, gdzie ochrzczono ją tym mianem), zażądano zwrotu przechodniej korony dla jej następczyni. Batycka miała wówczas odmówić, twierdząc, że "nadal jest najpiękniejszą Polką", spakować insygnia do walizki i wywieźć je za ocean. Akt ten miał doprowadzić do paraliżu konkursu i odwołania edycji 1931, gdyż bez korony ceremonia nie mogła się odbyć.
Ta romantyczna i sensacyjna wizja niekoniecznie zgadza się jednak z prawdą. Marek Teller, autor książki "Miss Polonia. A jednak warto..." stawia bowiem tezę, która burzy ten mit. Argumentuje bowiem, że fizyczna, przechodnia korona Miss Polonia w tamtym czasie... najprawdopodobniej w ogóle nie istniała.
Przyczyny odwołania edycji z 1931 roku miały być z kolei znacznie bardziej prozaiczne i leżały przede wszystkim po stronie organizatorów, a nie kapryśnej gwiazdy. Konkursy piękności, mimo początkowego entuzjazmu, spotykały się z rosnącą krytyką konserwatywnej części społeczeństwa, a także Kościoła. Ponadto, w dobie wielkiego kryzysu gospodarczego, organizacja tak kosztownej imprezy przez koncern prasowy mogła być po prostu nieopłacalna, zwłaszcza przy spadającym zainteresowaniu czytelników i czytelniczek (zmęczonych nieco formatem po dwóch edycjach).
W świetle tej Tellera, "afera z koroną" mogła być wygodną wymówką dla organizatorów. Zrzucenie winy na "szaloną i chciwą" Batycką pozwalało im wyjść z twarzą z decyzji o zawieszeniu konkursu, a jednocześnie sprzedać jeszcze trochę gazet dzięki medialnej wrzawie. Batycka, wyjeżdżając do USA, stała się idealnym "piorunochronem" - nieobecna, nieco arogancka i łatwa do obwinienia.
Nie zmienia to jednak faktu, że Batycka rzeczywiście odmówiła symbolicznego przekazania tytułu. Nawet jeśli fizyczna korona była mitem, jej postawa - "Miss Polonia to ja" - była faktem. Wyjeżdżając, zabrała ze sobą mandat do reprezentowania polskiego piękna, co w sferze symbolicznej było równie destrukcyjne.
Hollywoodzka weryfikacja marzeń. O detronizacji "Miss Paramount"
Niezależnie od tego, czy w walizce Batyckiej spoczywał srebrny diadem, czy tylko jej przerośnięte ego, Ameryka miała być dla niej nowym królestwem - stała się jednak miast tego miejscem bolesnej detronizacji. Hollywood lat 30. okazało się bezlitosne. Tytuł "Miss Paramount", który w Polsce brzmiał dumnie i sugerował wielką karierę, w USA był jednym z wielu narzędzi promocyjnych wytwórni.
Batycka zderzyła się wówczas z rzeczywistością kina dźwiękowego - wymagano nienagannej dykcji, perfekcyjnego akcentu i warsztatu, którego "najpiękniejsza Polka" nie posiadała. Jej arystokratyczne maniery i tytuł "uzurpatorki" z Europy nie robiły na producentach wrażenia; wytwórnie szukały wszak talentów, a nie skandalistek z egzotycznego kraju.
Bilans dwuletniego pobytu w Fabryce Snów (między 1931 a 1933 rokiem) okazał się... żaden. Mimo podpisanego kontraktu z agencją International Artists, Zofia Batycka nie stanęła przed kamerą w żadnej znaczącej produkcji - miast grać, procesowała się z wytwórniami, żądając odszkodowań za "straty moralne", co tylko potwierdzało jej roszczeniową postawę.
Długi cień zapomnienia. Od lwowskiej arystokratki do antykwariuszki z Los Angeles
Pokonana przez amerykański rynek, w 1934 roku wróciła do Polski. Próbowała jeszcze ratować karierę w teatrze, ale magia nazwiska zmieniła się w niechęć. Publiczność, karmiona przez lata opowieściami o "ukradzionej koronie" (prawdziwymi czy nie), widziała w niej osobę, która zdradziła narodowe zaufanie dla mrzonek o Hollywood.
Batycka wycofała się tedy z życia publicznego. W 1938 roku wyszła za mąż za Holendra - François Pittevila - i wyjechała do Antwerpii, zamykając za sobą drzwi do przeszłości. Kolejne lata rzuciły ją zaś z powrotem do Stanów Zjednoczonych, ale tym razem już nie jako gwiazdę, lecz jako przyjezdną walczącą o byt. Po śmierci męża zamieszkała w Los Angeles z matką.
Los dopisał do tej historii gorzkie postscriptum. Dziedziczka pałacu Turkułłów-Comello, która kiedyś uważała, że świat leży u jej stóp, na starość musiała zarabiać na chleb jako nauczycielka języków i pracownica galerii antyków Bac Street Antiques. Praca wśród starych przedmiotów, w otoczeniu pamiątek cudzej przeszłości, stanowiła melancholijne tło dla starości kobiety, która sama stała się zapomnianym reliktem minionej epoki.
Zofia Batycka zmarła 6 kwietnia 1989 rok w domu opieki w Los Angeles i została pochowana na cmentarzu Hollywood Forever. Spoczęła w sąsiedztwie największych legend kina - Rudolpha Valentino czy Douglasa Fairbanksa. Leży obok tych, do których grona tak desperacko aspirowała, a którzy za życia pozostali dla niej nieosiągalni.
Historia Zofii Batyckiej to fascynujące studium charakteru i mechanizmów sławy. Niezależnie od tego, czy przywłaszczyła fizyczną koronę, czy "jedynie" tytuł, jej postawa stała się symbolem pychy. Została tym samym "wieczną Miss", jednak bez królestwa; uwięzioną w legendzie, która przerosła rzeczywistość.
Zobacz też:






