Na trzech parach skrzydeł. "Zakurzony" fenomen Marcelli Sembrich-Kochańskiej
Była pierwszą Polką, która rzuciła na kolana nowojorską Metropolitan Opera (i to w inauguracyjnym sezonie tejże); przebijała sławą wszystkie znane wtenczas rodaczki - śpiewała dla monarchów i monarchiń, odbierała wyrazy uznania od najjaśniejszych postaci ówczesności (a Giuseppe Verdi, Giacomo Puccini czy Siergiej Rachmaninow to ledwie początek długiego korowodu), karierę na trzech parach "muzycznych skrzydeł" wywróżyć miał jej zaś sam Ferenc Liszt. Marcella Sembrich-Kochańska to jednak postać ucieleśniająca paradoks sztuki wykonawczej - o ile bowiem definiowała standardy własnej epoki, o tyle dziś jej legenda osunęła się w niebyt.

Historia nierzadko bywa wyjątkowo kapryśną kronikarką - raz po raz skazując na milczenie nazwiska, które zdawały się stworzone do nieśmiertelności. Losy Praksedy Marceliny Kochańskiej - znanej światu jako Marcella Sembrich - zdają się stanowić koronny dowód na tę bolesną regułę. Nim opadła jednak kurtyna milczenia, talent bohaterki niniejszych rozważań pozwolił jej wyrwać się z dusznej galicyjskiej prowincji i stać się obywatelką świata, a więc dokonać pozornie niemożliwego.
Enfant prodige z galicyjskiej wsi
Prakseda urodziła się 15 lutego 1858 roku w Wiśniowczyku - niewielkiej wsi na Podolu, wychowała natomiast w przykarpackim Bolechowie (współcześnie obie te miejscowości położone są w Ukrainie). Muzyka od początku była w domu Kochańskich chlebem powszednim - dosłownie i w przenośni; ojciec przyszłej artystki - Kazimierz - był nauczycielem muzyki i parafialnym organistą, a przy okazji również multiinstrumentalistą. Jej edukacja muzyczna rozpoczęła się tym samym niemal od razu - sześć pierwszych lat życia wystarczyło na opanowanie gry na skrzypcach oraz fortepianie. Wtedy też począł wykuwać się jej warsztat, na którym miała wkrótce wznieść gmach swej światowej sławy.Iskrę geniuszu dostrzegł w Kochańskiej również Jan Radwan Janowicz - emerytowany nauczyciel i lokalny meloman, który postanowił sfinansować jej naukę w lwowskim Konserwatorium Galicyjskiego Towarzystwa Muzycznego. Tam z kolei trafiła pod skrzydła Wilhelma Stengela - absolwenta konserwatorium w Lipsku (który po kilku latach stał się nie tylko nauczycielem fortepianu, ale i towarzyszem życia Marceli - pod tym imieniem funkcjonowała bowiem na co dzień). Po kilka kolejnych latach - które wypełniło nie tylko szlifowanie warsztatu, ale i praca zarobkowa (Kochańska śpiewała w chórach lwowskiego teatru czy dawała prywatne koncerty na tamtejszych salonach) - wraz z nim zdecydowała się też na podróż mającą nieodwracalnie pchnąć ją ku wielkości.
Triumfalny pochód "polskiego słowika"
W roku 1875 Kochańska i Stengel trafili do Wiednia (gdzie Marcela kształciła się pod okiem Viktora Rokitansky'ego), by przenieść się następnie do Mediolanu (tam z kolei pobierała nauki u Giovanniego Battisty Lampertiego). Pierwotnie wiązała swoją przyszłość z fortepianem - na zmianę tej decyzji wpłynąć miał zaś Ferenc Liszt, który według powielanych (choć nie do końca potwierdzonych historycznie) przekazów docenił podobno "potrójne skrzydła" Kochańskiej, wskazując, że z równym powodzeniem mogłaby zostać światowej sławy pianistką, co taką też skrzypaczką, lecz winna wybrać śpiew dla świata - ma bowiem "głos anioła".
Niezależnie od rzekomego wpływu Liszta Marcela postawiła na śpiew, postępy robiła zaś w tempie błyskawicznym - zadebiutowała na deskach Opery Włoskiej w Atenach, gdzie w czerwcu 1877 roku wykonała partię Elwiry w "Purytanach" Vincenza Belliniego. W tym samym czasie Prakseda Marcelina Kochańska stała się - dzięki włoskiej wersji swego drugiego imienia oraz nazwisku panieńskiemu matki - Marcellą Sembrich (albo i Stengel-Sembrich, w międzyczasie wyszła bowiem za Wilhelma - małżeństwem pozostawali zaś aż do jego śmierci w roku 1917).
Ateny szybko okazały się zaledwie przygrywką - z miejsca posypały się kontrakty na koronne partie w "Łucji z Lammermooru" Gaetana Donizettiego czy "Lunatyczce" Belliniego, choć sama zainteresowana szczególną estymą darzyła wówczas dzieła Giacoma Meyerbeera. Ten - nieco zapomniany dziś kompozytor - uchodził w XIX wieku za jednego z władców operowej wyobraźni, a w repertuarze Sembrich znalazły się aż cztery z jego "grands opéras" - między innymi "Hugenoci" i "Gwiazda Północy".
Ledwie rok po greckim debiucie artystka zakotwiczyła w Dreźnie, stając się gwiazdą świeżo odbudowanej Semperoper. Miasto stało się zaś dla niej nie tylko artystycznym domem, gdzie śpiewała pod batutą samego Johannesa Brahmsa, ale i miejscem "ostatecznym" - pół wieku później to właśnie tam spoczęła na wieki. Tymczasem sukces gonił jednak sukces - w Wiedniu dwukrotnie bisowała po owacjach cesarzowej Elżbiety i arcyksięcia Rudolfa, a fama o talencie dotarła w niemal każdy zakątek Europy. W tym nad Wisłę.
Gdy w grudniu 1879 roku Marcella stanęła na scenie warszawskiej Resursy Obywatelskiej, a następnie Teatru Wielkiego, polska prasa prześcigała się w coraz śmielszych recenzjach. Ledwie dwudziestoletniej śpiewaczce przy fortepianie akompaniował sam Ignacy Jan Paderewski, a krytyka natychmiast obwołała ją "polskim słowikiem". Za same tylko trzy koncerty w Warszawie zainkasowała niebotyczną kwotę ponad sześciu tysięcy rubli, a więc sumę przewyższającą roczną pensję dyrektorską.
Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia. Sembrich rzuciła więc wyzwanie i Londynowi, debiutując w Covent Garden zaledwie rok później. Angielską publiczność oczarowała wówczas tak dalece, że obecna na widowni szwedzka primadonna Christine Nilsson - w geście najwyższego uznania - rzuciła jej pod nogi własny bukiet. Sembrich nie była tam zresztą jedynym polskim akcentem; na światowych scenach - od Londynu po Monte Carlo - partnerowali jej wybitni rodacy, w tym tenor Władysław Mierzwiński, słynni bracia Jan i Edward Reszkowie, czy stawiający pierwsze kroki bas Adam Didur. Mając dwadzieścia pięć lat Marcella wydawała się zaś sięgać sufitu europejskiej kariery.
Primadonna assoluta i jej "american dream"
Prawdziwy przełom nastąpił jednak pięć lat po debiucie - w 1883 roku. W Nowym Jorku otwierała się wówczas nowa, ociekająca złotem świątynia sztuki - Metropolitan Opera, której zadaniem było przyćmienie starej Academy of Music i stanie się symbolem potęgi nowojorskiej strefy wyższej (a właściwie najwyższej). Do dziewiczego sezonu potrzebowano gwiazd. I tak - obok wspomnianej Nilsson i innych sław tamtych czasów - na afiszu pojawiła się "Marcella Sembrich".
Jej debiut w "Łucji z Lammermoor" 24 października 1883 roku - zaledwie dwa dni po oficjalnym otwarciu gmachu - okazał się wydarzeniem bez precedensu. Prasa pisała o "perłach sypiących się z jej gardła", a amerykańska publiczność z marszu pokochała polską primadonnę. Sembrich-Kochańska nie zamierzała jednak pozostać kolejnym "ładnym głosem"; podczas koncertu benefisowego dla dyrektora Henry'ego Abbeya dokonała wyczynu, który przeszedł do legendy i którego (prawdopodobnie) nikt na nowojorskiej scenie już nie powtórzył. W ciągu jednego wieczoru wystąpiła bowiem w potrójnej roli - zagrała koncert skrzypcowy Charles-Auguste'a de Bériota, utwory Fryderyka Chopina na fortepianie, a na koniec zaśpiewała arię Rosiny z "Cyrulika sewilskiego" Gioacchina Rossiniego. Udowodniła tym samym, że ponad wszelką wątpliwość jest muzyczką kompletną.
Choć mogłaby zostać za wielką wodą na zawsze, niespodziewanie postanowiła wrócić na Stary Kontynent. Przez kolejne kilkanaśćie lat Sembrich-Kochańska dzieliła swój czas między największe sceny Europy - w Petersburgu miała poruszyć cara Aleksandra III, w Londynie samą królową Wiktoria, w Madrycie oklaskiwał ją król Alfons XII, w Berlinie zaś cesarz Wilhelm II obdarował podobno Marcellę mianem "królowej śpiewu".
Do Nowego Jorku powróciła w wielkim stylu w 1898 roku, by usankcjonować należny jej status "primadonna assoluta". Pozycja Marcelli w The Met była już wówczas niepodważalna - śpiewała w siedmiu językach, wystąpiła w kilkudziesięciu operach, a na scenę wychodziła łącznie blisko pięćset razy, stając się jedną z absolutnych rekordzistek. Pozostawała przy tym nie tylko ulubienicą publiczności, ale i komponujących. Gdy Giacomo Puccini usłyszał ją w "Cyganerii", miał wbiec na scenę i wręczyć jej wieniec, wołając przy tym: "Voi siete la Mimi!" ("Ty jesteś Mimi!"). W 1902 roku Sembrich stała się też częścią historycznego wydarzenia - Metropolitan Opera po raz pierwszy (i jak do tej pory - jedyny w historii) wystawiła wówczas polską operę, a więc "Manru" Ignacego Jana Paderewskiego (stanowiącą jednocześnie jedyną sztukę sceniczną w dorobku artysty). Sembrich, prywatnie przyjaciółka kompozytora, wcieliła się wówczas w rolę Ulany.
W międzyczasie partnerował jej sam Enrico Caruso. Ich głosy - jej fletowy sopran i jego neapolitański tenor - splatały się w zjawiskową symbiozę; w "Rigoletcie" występowali wspólnie tak często, że stali się niemal nierozłącznym duetem scenicznym. Zachowane nagrania, choć trzeszczące i niedoskonałe, do dziś dają zaś pojęcie o magii, jaką wspólnie tworzyli.
Nieśmiertelne echa ostatniego ukłonu
Primadonna rozstała się z nowojorską sceną po jedenastu sezonach, mając ledwie pięćdziesiąt jeden lat - wyznawała zasadę, że lepiej odejść w pełni sił, otoczoną uwielbieniem, niż usłyszeć szeptaną za plecami ulgę publiki. Jej pożegnanie 6 lutego 1909 roku było tak huczne, że bilety wyprzedano w dwie godziny, a galę uświetnili najwybitniejsi artyści i takie też artystki.
Po zakończeniu kariery scenicznej Sembrich nie osiadła jednak na laurach. Przez kolejne lata z pasją kształciła nowe pokolenia w prestiżowych Juilliard School i Curtis Institute. Swoją prywatną przystań znalazła natomiast nad jeziorem George w stanie Nowy Jork, w miejscowości Bolton Landing - tam też, w posiadłości zwanej "Bay View", stworzyła swoje letnie królestwo.
Marcella Sembrich-Kochańska zmarła 11 stycznia 1935 roku w apartamencie przy Central Parku. Zgodnie z jej wolą, spoczęła w Dreźnie - mieście, które przed laty stało się jej drugim domem - w rodzinnym grobowcu u boku męża (jako Marcella Praxeda Stengel-Sembrich). Jej azyl w Bolton Landing oparł się jednak próbie czasu, trwając dziś jako muzeum "The Sembrich"; to przestrzeń, w której pośród scenicznych kreacji i przy niemym fortepianie Steinwaya wciąż wyczuwalna jest obecność dziewczyny z Wiśniewczyka - tej samej, która miała śmiałość, by sięgnąć po niemożliwe.
Spacerując współcześnie po nowojorskim Lincoln Center, warto pamiętać, że podwaliny pod potęgę amerykańskiej opery kładła genialna Polka, dla której "trzy pary skrzydeł" okazały się czymś więcej niż tylko metaforą.
Zobacz też:






