Biskupin, czyli "polskie Pompeje". Krótka historia archeologicznej "perły" Rzeczypospolitej
Odkrycia - niezależnie od ich proweniencji - relatywnie rzadko okazują się zwieńczeniem precyzyjnego planu; nie inaczej potoczyły się losy Biskupina - grodu nie bez przyczyny nazywanego "perłą polskiej archeologii" (a nierzadko i "polskimi Pompejami"). Gdy wiosną 1933 roku tafla Jeziora Biskupińskiego opadła pod wpływem prac przy pogłębianiu przepływającej przezeń rzeki Gąsawki, oczom miejscowych ukazał się obraz z pogranicza snu i jawy - rzędy drewnianych pali, przywodzących na myśl konstrukcję pogrążonej w toni osady. Tak oto przypadek stał się preludium jednej z największych sensacji archeologicznych ówczesnej Europy - otwierając wrota do rzeczywistości sprzed niemal trzydziestu stuleci.

Dwie wersje tej samej historii, czyli nieoczywiste kulisy archeologicznego przełomu
Geneza odkrycia biskupińskiego grodu nie jest opowieścią jednowymiarową - w historycznym przekazie funkcjonują bowiem dwie równoległe narracje; jedna przypisuje pierwszeństwo indywidualnej wnikliwości, druga zaś wskazuje na zewnętrzny asumpt. W obu wariantach centralną figurą pozostaje jednak Walenty Szwajcer - nauczyciel tutejszej szkoły powszechnej. Według części przekazów już w roku 1932 - a więc chwilę po rozpoczęciu wspomnianych prac melioracyjnych na Gąsawce - miał on dostrzec w mule nie tylko ciosane pale, ale i fragmenty ceramiki. Przez kolejne miesiące systematycznie gromadził wydobyte artefakty, planując ich samodzielne opisanie i publikację.
Niedługo później strategię tę zrewidowała jednak rzeczywistość. Właściciel gruntu - nieświadom wagi znaleziska i traktujący prastare drewno jako przeszkodę w eksploatacji torfu - rozpoczął wówczas niszczenie konstrukcji, odnalezione przedmioty traktował zaś w kategoriach merkantylnych. Szwajcer zrozumiał wówczas, że tajemnicze "zatopione miasto" może zniknąć, nim świat dowie się o jego istnieniu. Zderzenie z lokalną administracją okazało się bolesne; zarówno kuratorium, jak i lokalny referat kultury zignorowały bowiem zgłoszenie, nie wykazując najmniejszego zainteresowania znaleziskiem na pałuckiej łące. Ratunkiem okazała się interwencja w wielkopolskiej stolicy, gdzie Szwajcer dotarł do profesora Józefa Kostrzewskiego z Uniwersytetu Poznańskiego, oddając los znaleziska w profesjonalne ręce.
Warto odnotować jednak i drugi wariant opowieści, przyznający pionierski status nie nauczycielowi, lecz najmłodszym mieszkańcom i mieszkankom wsi. 11 października 1933 roku oni bowiem jako pierwsi mieli zauważyć wystające z wody rzędy zaostrzonych pali, biorąc je - zgodnie z miejscową legendą - za szczyty dachów mitycznych zabudowań. Dziatwa zaalarmowała tedy Szwajcera, który - domyślając się wagi odkrycia - stał się inicjatorem akademickiej interwencji.
Niezależnie od wersji, determinacja Szwajcera okazała się kluczowa. Kostrzewski, przybywając na miejsce, natychmiast rozpoznał wszak w rzekomych "dachach" system fortyfikacji i jeszcze w tym samym roku podjął decyzję o rozpoczęciu badań, które zmieniły oblicze polskiej archeologii.
Prehistoryczna inżynieria. O drewnianym majstersztyku i paradoksalnym żywiole
Odkrycie okazało się przykładem zaawansowanej urbanistyki; biskupińską osadę wzniesiono bowiem według ścisłego, z góry założonego planu, co dowodzi istnienia silnego ośrodka decyzyjnego i wzorowej dyscypliny budowlanej. Na obszarze blisko dwóch hektarów wyrósł tym samym owalny gród, otoczony falochronem i wałem obronnym, którego dębowe skrzynie wypełniano ziemią i kamieniami, a z zewnątrz oblepiano gliną. Przestrzeń wypełniało trzynaście równoległych rzędów domostw, ułożonych tak, by wejścia sytuowane od południa gwarantowały maksymalne wykorzystanie światła słonecznego, co w surowym klimacie miało znaczenie kluczowe. Zabudowania te wzniesiono zaś stosując technikę łątkowo-sumikową; pionowe słupy (a więc łątki) posiadały wyżłobione rowki, w które wsuwano poziome belki (zwane sumikami), co pozwalało drewnu "pracować" pod wpływem zmiennej wilgotności - bez naruszania statyki budynku.
O ile typologia konstrukcji pozwalała osadzić obiekt w szerokich ramach epoki brązu, o tyle przełomem w rozumieniu genezy osady okazała się dendrochronologia. Analiza przyrostów słojów drzewnych wykazała, że połowa dębów użytych do budowy grodu została ścięta w 748 roku przed naszą erą (a więc kilkanaście stuleci przed powstaniem pierwszych grodów Polan i Wiślan). Informacja ta rzuciła zupełnie nowe światło na organizację społeczną ówczesnych ludów - Biskupin nie narastał bowiem organicznie; powstał w wyniku jednorazowej "mobilizacji", będącej rodzajem prehistorycznego projektu "pod klucz".
Zagadka nagłego upadku Biskupina - po mniej więcej półtora wieku intensywnego funkcjonowania - stanowi przedmiot intensywnych dociekań historyków i historyczek; w dyskursie ścierają się obecnie dwie główne hipotezy (które nie muszą się jednak wykluczać). Pierwsza traktuje o inkursji koczowniczych plemion scytyjskich ze wschodu (ludu, który przemierzywszy tysiące kilometrów z głębi Wielkiego Stepu, dotarł aż na Pałuki, burząc spokój rolniczych osad) - dowodem na scenariusz ten mają być natomiast charakterystyczne, trójgraniaste groty, odnajdywane w warstwach pożarowych grodu.
Równolegle dowody geologiczne wskazują jednak na gwałtowne podniesienie się poziomu wód jeziornych w okresie subatlantyckim (przypadającym na przełom VI i V stulecia przed naszą erą). Mieszkańcy i mieszkanki do końca próbowali zapobiec nieuniknionemu - między innymi poprzez próby podnoszenia poziomów ulic; załamanie klimatu (połączone z prawdopodobną presją zewnętrzną) doprowadziło w rezultacie do swoistej inwersji ról - żywioł wody, który pierwotnie dawał osadzie bezpieczeństwo i izolację, stał się przyczyną jej upadku, a zarazem - paradoksalnie - ocalenia struktury owej spuścizny.
Iluzja autentyczności. Gdzie przebiegają granice rekonstrukcji?
Badania prowadzone na miejscu jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku zrewolucjonizowały polską archeologię - wprowadzając do niej standardy interdyscyplinarności na niespotykaną dotąd w Europie skalę. Wspominany już profesor Kostrzewski - świadom kruchości organicznego znaleziska - zaprosił do współpracy szerokie grono eksperckie z zakresu palinologii, zoologii i geologii, tworząc zintegrowany zespół, analizujący nie tylko odnalezione artefakty, ale i środowisko przyrodnicze dawnych Pałuk. Bezprecedensowym posunięciem okazało się zastosowanie fotografii lotniczej z wykorzystaniem balonu obserwacyjnego - pionowe zdjęcia fotogrametryczne pozwoliły uchwycić plan grodu, który z perspektywy wykopu wydawał się jedynie nieczytelną plątaniną butwiejących belek.
Największym wyzwaniem poznawczym dla gości i gościń współczesnego rezerwatu pozostaje jednak odwieczne pytanie o granicę między substancją zabytkową a dydaktyczną scenografią. Należy więc podkreślić, że to, co oglądają dziś tysiące turystów i turystek, jest naukową rekonstrukcją - makietą wykonaną w skali jeden do jednego. Oryginalne drewniane relikty, wydobyte z beztlenowego środowiska wodnego, w kontakcie z powietrzem atmosferycznym uległyby bowiem gwałtownej i nieodwracalnej degradacji; by ocalić więc to, co najcenniejsze zdecydowano się na konserwację in situ. Autentyczne pale i belki zostały zakopane w mokrym torfie, który stał się hermetycznym azylem gwarantującym przetrwanie materii organicznej.
Współczesna ekspozycja plenerowa jest zatem czymś więcej aniżeli tylko atrakcją wizualną - to efekt dziesięcioleci pracy w nurcie archeologii eksperymentalnej. Budując repliki domów przy użyciu tradycyjnych narzędzi, testowano dawną wydajność cieplną ognisk, odporność trzcinowej strzechy oraz organizację życiowej przestrzeni. W ten sposób Biskupin stał się dynamicznym polem interpretacji, gdzie nauka nie kończy się na katalogowaniu muzealnych gablot, lecz próbuje fizycznie doświadczyć trudów codziennego życia sprzed dwudziestu siedmiu stuleci. Osada pozostaje perłą archeologii nie tylko ze względu na unikalny stan zachowania drewnianej tkanki, ale przede wszystkim dzięki statusowi symbolu nowoczesnej myśli badawczej.
Zobacz też:





