Szczodre Gody. O słowiańskim oswajaniu najdłuższej nocy roku (i tym, co z niej zostało)
Przesilenie zimowe rzadko bywa dziś postrzegane jako moment graniczny - ten następuje na ogół kilka dni później, wraz z początkiem nowego roku kalendarzowego. W porządku dawnych wyobrażeń chwila ta należała jednak do najbardziej niepokojących, a jednocześnie kluczowych punktów powtarzającego się cyklu. Najdłuższa noc oznaczała bowiem dla Słowian i Słowianek symboliczne domknięcie starego i narodziny nowego cyklu solarnego, a związane z nią obrzędy - zbiorczo, choć nie do końca precyzyjnie, określane dziś mianem Szczodrych Godów - nie sprowadzały się li do świętowania sensu stricto, lecz stanowiły próbę podtrzymania równowagi rzeczy.

Cała celebracja, zwana niekiedy Szczodruszką lub Godowym Świętem, trwała od nocy z 21 na 22 grudnia aż do 6 stycznia, obejmując okres dwunastu nocy przejściowych. Współczesne święta, choć opowiedziane późniejszym językiem, wciąż noszą zaś czytelne ślady tej archaicznej logiki, w której wszystko zdawało się funkcjonować w ramach jednego, nierozerwalnego systemu znaczeń.
Gody, Kraczun i Koliada. Jak naprawdę nazywało się słowiańskie przesilenie?
Pojęcie "Szczodre Gody", dziś chętnie używane w tekstach popularnonaukowych i dyskursie rekonstrukcyjnym, nie było jedyną ani nawet pierwotną nazwą zimowego święta. Rdzeń "god-" w językach prasłowiańskich oznaczał czas stosowny, moment przejścia, punkt zwrotny w cyklu rocznym - a nie, jak sądzi się współcześnie, jedynie uroczystość. "Gody" były więc czasem "pomiędzy" - końcem starego cyklu świata i zapowiedzią nowego. To właśnie stąd wzięło się staropolskie określenie grudniowych świąt, które przez wieki nazywano Godami właśnie.
W różnych częściach Słowiańszczyzny funkcjonowały przy tym odmienne nazwy, akcentujące inne aspekty tego samego zjawiska. Na terenach dzisiejszych Czech i Słowacji dominował "Kraczun" lub "Koroczun" - odnoszący się do najkrótszego dnia i symbolicznego "kroku" słońca ku odrodzeniu. "Koliada", znana ze wschodnich i południowych tradycji (w tym z dzisiejszej Ukrainy), podkreślała aspekt obrzędowy i pieśni życzące, a jej etymologia prowadzi najpewniej do rzymskich "calendae", co już samo w sobie świadczy o długiej historii kulturowych zapożyczeń. Przymiotnik "szczodre" nie był natomiast poetyckim dodatkiem, lecz instrukcją - hojność posiadała charakter sprawczy, a obfitość darów, zarówno tych materialnych, jak i symbolicznych, miała "zaklinać" przyszły urodzaj. Wierzono, że to, jak spędzi się rzeczone dwanaście dni, zdeterminuje pomyślność w nadchodzących dwunastu miesiącach roku - stąd też skrupulatnie wróżono pogodę na każdy kolejny miesiąc, obserwując aurę kolejnych dni Godów.
Umarło słońce, niech żyje słońce. Istota najdłuższej ze słowiańskich nocy
W wyobraźni naszych przodków i przodkiń przesilenie zimowe było momentem realnego zagrożenia - czasem, w którym stare słońce słabnie i "umiera", mrok osiąga zaś swoje maksimum. Był to obraz cykliczny - śmierć stanowiła warunek odrodzenia. W tej logice kluczową rolę odgrywał Swaróg, bóg nieba i ognia, którego moc w okresie najdłuższej nocy ulegała regeneracji; wydłużający się dzień był tym samym znakiem zwycięstwa światła i zapowiedzią powrotu życia.
Równolegle aktywizowała się sfera chtoniczna, związana z Welesem - opiekunem zaświatów, bogactwa czy wiedzy. To właśnie on patronował "czasowi bezczasu", dwunastu dniom pomiędzy starym a nowym rokiem, kiedy granica między światem żywych i umarłych stawała się wyjątkowo cienka. W niektórych regionach Weles przybierał w tym okresie bardziej surowe oblicze, przypominając wschodniego Czarnoboga. Szczodre Gody miały więc również wyraźny charakter zaduszny - przodkowie wracali do domów, a żywi byli zobowiązani przyjąć ich z należnym szacunkiem. Aby dusze mogły się ogrzać w tę najzimniejszą noc, w miejscach spoczynku wzniecano ogniska, od czasu do czasu urządzając tam również pełnowymiarowe uczty.
Przepisane dziedzictwo. O słowiańskim wpływie na współczesność
To, co dzisiaj postrzegamy jako uświęconą tradycję, jest w istocie fascynującym efektem synkretyzmu, w którym dawne rytuały rodzimowiercze zostały z czasem wpasowane w nowe uniwersum znaczeń. Znaczna część współczesnych zwyczajów świątecznych wciąż niesie w sobie echo Szczodrych Godów, stanowiąc depozyt przedchrześcijańskiej wiedzy o świecie.
Zanim choinka - stosunkowo późny, nowożytny import z Niemiec - stała się więc centralnym symbolem zimowych świąt, rolę osi świata pełniły inne, znacznie starsze obiekty. Diduch, czyli pierwszy zżęty snop zboża przechowywany od żniw aż do przesilenia, uosabiał ducha przodków i ciągłość rodu; ustawiany w "świętym kącie" izby, łączył świat żywych z cyklem wegetacyjnym, a ziarno zeń wracało na pole wiosną, domykając symboliczny obieg życia. Podobną funkcję pełniła również podłaźniczka - gałąź iglasta zawieszana pod sufitem, dekorowana jabłkami, orzechami i słomą, szczególnie popularna w południowej Polsce (na Podhalu, Sądecczyźnie czy w okolicach Krakowa). Nie była ozdobą, lecz amuletem ochronnym, zawieszonym pomiędzy ziemią a niebem. Siano pod obrusem, dziś tłumaczone przez pryzmat rzekomej stajenki, pierwotnie stanowiło ofiarę dla duchów domowych, takich jak Siema (opiekun ogniska) czy Rgieł (bóstwo pól).
Urządzane wówczas uczty nie były zaś zwykłymi wieczerzami, lecz aktami podszytymi duchowym znaczeniem. W zależności od zamożności gospodarza na stole pojawiało się siedem, dziewięć lub dwanaście potraw, a spróbowanie każdej z nich było warunkiem pomyślności w nadchodzącym roku. Postność nie oznaczała przy tym wyrzeczenia, lecz przygotowanie do kontaktu ze sferą sacrum. Stąd też znana po dziś dzień kutia - złożona z ziaren, maku i miodu - łączyła symbolikę odrodzenia i wieczności; mak był pokarmem dla dusz, miód substancją sakralną, a ziarno obietnicą przyszłych plonów. Z kutią wiązał się też specyficzny rytuał - podrzucano ją do góry, a im więcej ziaren przykleiło się do sufitu, tym bogatsze zapowiadały się zbiory. Na stole musiały pojawić się również dary wszystkich żywiołów, a grzyby, ryby, kapusta, groch czy jabłka również nie były przypadkowe - ich obecność miała zapewnić przychylność opiekujących się poszczególnymi sferami natury. Puste miejsce przy stole przeznaczone było nie dla abstrakcyjnego "wędrowca", lecz dla konkretnego - choć niewidzialnego - przodka, któremu po wieczerzy często zostawiano resztki potraw na stole.
Postępująca chrystianizacja nie zniosła Szczodrych Godów, lecz nałożyła na nie nową narrację. Ustalenie daty chrześcijańskich świąt na 25 grudnia było świadomym zabiegiem, konkurującym z dawnym kultem przesilenia. Symbolika światła została jednak zachowana, zmienił się jedynie jej adresat. Dawne formy - w tym kolędowanie czy dzielenie się chlebem (które później zastąpił opłatek) - przetrwały, otrzymując nowe uzasadnienie.
To właśnie dlatego współczesne polskie świętowanie pozostaje tak gęste od znaczeń, często sprzecznych, lecz współistniejących. Jest jednocześnie świętem narodzin, pamięci o zmarłych, nadziei na przyszłość i próbą oswojenia zimy. Szczodre Gody nie zniknęły - zostały przepisane na nowo. Każde źdźbło siana, każdy makowy obrzęd i każda kolęda są echem świata, w którym człowiek nie był panem natury, lecz jej częścią. Szczodre Gody przypominają, że najdłuższa noc roku nie jest końcem, lecz warunkiem powrotu światła. Ten jeden zimowy wieczór wciąż każe się zatrzymać i mimo wszystko udawać, że porządek świata da się jeszcze na chwilę podtrzymać.
Zobacz też:






