Grażyna Bacewicz, czyli "pierwsza dama polskiej muzyki". O artystce totalnej i jej renesansie
Mianem "pierwszej damy" określił ją niegdyś Stefan Kamasa - jeden z najwybitniejszych polskich altowiolistów,, choć ona uciekała na ogół od wszelkich etykiet. Bez wątpienia była jednak wirtuozką, która rzuciła wyzwanie dotychczasowej dominacji kompozycyjnej, intelektualistką zakochaną w arystotelesowskiej logice i wizjonerką, która potrafiła przekuć matematyczną dyscyplinę w czyste, porywające piękno. Grażyna Bacewicz to postać, która wciąż wymyka się prostym definicjom, a jej życiorys - rozpięty między wschodnią melancholią a zachodnim szykiem - mógłby stanowić gotowy scenariusz na film o geniuszu, determinacji i triumfie nad przeciwnościami losu.

W historii kultury rzadko zdarzają się postacie tak kompletne, a jednocześnie tak paradoksalnie niedoszacowane w powszechnej świadomości. Grażyna Bacewicz przez lata funkcjonowała w cieniu wielkich kolegów - Lutosławskiego, Góreckiego czy Pendereckiego - mimo że jej dorobek w niczym nie ustępuje ich osiągnięciom, a w wielu aspektach wręcz je wyprzedzał. Dziś, gdy światowe estrady przeżywają niejako renesans jej twórczości, warto przyjrzeć się fenomenowi kobiety, która twierdziła, że posiada wewnętrzny, "niewidzialny silnik", pozwalający jej pracować szybciej i intensywniej niż inni. Była artystką totalną: pianistką, skrzypaczką, kompozytorką i pisarką, u której każda nuta była wynikiem precyzyjnej kalkulacji, a każda decyzja życiowa - aktem odwagi.
Między filozofią a estradą. Genialna siostra, która wybrała Polskę
Urodziła się w Łodzi, w domu, który stanowił swoisty mikrokosmos skomplikowanej historii Europy Środkowo-Wschodniej. Córka Litwina - Vincasa Bacevičiusa i Polki - Marii z Modlińskich, od dziecka dorastała w atmosferze artystycznego dualizmu i geopolitycznych napięć. Losy rodzeństwa Bacewiczów to zresztą fascynująca saga: podczas gdy jej brat, Vytautas, wybrał tożsamość litewską i wyjazd do USA, Grażyna wraz z bratem Kiejstutem (późniejszym rektorem łódzkiej Akademii Muzycznej) świadomie postawiła na polskość, stając się ostatecznie jednym z filarów rodzimej kultury. Wielokulturowa tkanka, w której wzrastała, wyposażyła ją w niezwykłą otwartość i umiejętność funkcjonowania ponad podziałami.
Nie była to jednak artystka bujająca w obłokach. Bacewicz twardo stąpała po ziemi, co potwierdza rzadko przywoływany, choć istotny epizod jej biografii - półtoraroczne studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim. Mimo że ostatecznie porzuciła uniwersyteckie sale dla konserwatorium, zamiłowanie do logiki, precyzji myślenia i analizy struktur pozostało. Jej partytury to zaś nie tylko emocje, ale i intelektualne konstrukcje, w których nie ma miejsca na przypadek.
Ostateczny szlif talentowi Grażyny nadał jednak Paryż lat 30., gdzie trafiła dzięki stypendium ufundowanemu przez samego Ignacego Jana Paderewskiego. To tam, w prestiżowej École Normale de Musique, trafiła pod skrzydła legendarnej Nadii Boulanger - "matki chrzestnej" współczesnej muzyki. Boulanger nauczyła ją, że kompozycja to przede wszystkim rzemiosło i praca nad materią, a nie romantyczne uniesienia. Równolegle Bacewicz szlifowała wirtuozerię skrzypcową u kolejnego mistrza - Carla Flescha. Efekt tego podwójnego kształcenia był bez mała piorunujący - muzyka Bacewicz jest wszak "idiomatyczna", a więc napisana tak, jakby wypływała bezpośrednio z fizjologii instrumentu, co sprawia, że do dziś wyjątkowo często wybierana jest przez wykonawców i wykonawczynie..
Przez pierwsze dekady kariery funkcjonowała w świecie muzycznym przede wszystkim jako wybitna skrzypaczka (wyróżniona między innymi podczas pierwszej edycji Konkursu Wieniawskiego - w 1935 roku) i koncertmistrzyni Orkiestry Polskiego Radia. Żyła w nieustannym biegu, między pulpitem a papierem nutowym, udowadniając, że wirtuozeria wykonawcza może iść w parze z głębią twórczą. Jej ówczesne utwory, pełne motorycznej energii i neoklasycznej klarowności, były zaś tak potężne, że słynny krytyk Stefan Kisielewski napisał o nich słowa, które przeszły do legendy: "Honor kompozytorów polskich uratowała tym razem baba, Grażyna Bacewicz... Otrzymaliśmy wreszcie »kawał muzyki«, napisanej z werwą prawdziwie męską". Choć z dzisiejszej perspektywy brzmi to... kontrowersyjnie (eufemistycznie rzecz ujmójąc), Bacewicz nie obrażała się na te słowa; wiedziała, że w tamtych czasach oznaczały one najwyższy stopień uznania dla solidności i braku sentymentalizmu w jej sztuce.
Kraksa, która zmieniła historię. Od "męskiego grania" do światowego renesansu
Szósta deakda XX wieku przyniosły ograniczenia, która dla wirtuozki mogły oznaczać koniec, lecz dla kompozytorki stała się paradoksalnym błogosławieństwem. Nie chodziło jednak wyłącznie o peerelowską rzeczywistość, ale i poważny wypadek samochodowy, który Grażyna Bacewicz przypłaciła licznymi złamaniami oraz długą rekonwalescencją; to zmusiło ją zaś do ostatecznego porzucenia kariery solistycznej. Uwolniona od żmudnych ćwiczeń i wyczerpujących tras koncertowych, skierowała tedy całą swoją tytaniczną energię na komponowanie. Wtedy też, w dobie odwilży, narodziła się "druga Bacewicz" - odważniejsza, eksperymentująca, flirtująca z awangardą, jednak nieustannie tworząca na własnych warunkach.
Powstały wówczas arcydzieła takie jak "Muzyka na smyczki, trąbki i perkusję" czy oniryczne "Pensieri notturni" ("Myśli nocne"), w których artystka badała samą naturę dźwięku, tworząc migotliwe, impresjonistyczne pejzaże, tak odległe od jej wcześniejszego, "ostrego" stylu.
Ale Bacewicz to nie tylko muzyka. Jej artystyczny "silnik" potrzebował też innych paliw, by nie ulec przegrzaniu. W wolnych chwilach tworzyła więc... literaturę. Jej zbiór opowiadań "Znak szczególny" czy kryminał "Sidła" pokazują zupełnie inne oblicze kompozytorki - jako bystrej obserwatorki rzeczywistości, posługującej się piórem z tą samą lapidarnością i humorem, co smyczkiem.
Dziś, w XXI wieku, obserwujemy spektakularny powrót do jej wielowymiarowej twórczości. Grażyna Bacewicz przestała być "ciekawostką", a stała się kanonem. Dzięki nowemu pokoleniu artystów i artystek, takich jak południowokoreańska gwiazda skrzypiec Bomsori Kim (nazywana wręcz "ambasadorką Bacewicz") czy Kwartet Śląski, jej dzieła zdobywają nagrody Gramophone i zachwycają krytykę "New York Timesa". Okazuje się, że to, co kiedyś określano mianem "męskiej muzyki", jest po prostu muzyką uniwersalną - ponadczasową, witalną i genialnie skonstruowaną. Grażyna Bacewicz, kobieta o wielu talentach i jednej, żelaznej dyscyplinie, wreszcie zajmuje zaś należne jej miejsce w ścisłym panteonie europejskiego modernizmu, udowadniając, że prawdziwy talent potrafi przebić się przez każdą barierę.
Zobacz też:






