Drugi po Koperniku. Jan Heweliusz i niesprawiedliwość pamięci
Losy Jana Heweliusza stanowią fascynujące, choć nieco cierpkie studium pamięciowej asymetrii. Gdański "książę astronomów", który całe życie spędził z głową zadartą ku górze - kreśląc lunarne mapy i nazywając nowe konstelacje - doświadczył bowiem (post mortem) specyficznego chichotu historii. O ile bowiem jego naukowy wkład pozostaje niezaprzeczalny, o tyle w powszechnym odbiorze nazwisko to zaczęło dryfować w stronę innych skojarzeń. Podczas gdy Mikołaj Kopernik niepodzielnie włada wyobraźnią jako symbol naukowego przełomu (nawet, jeśli jego nazwiskiem chrzczone są kolejne jednostki pływające), XVII-wieczny Gdańszczanin coraz częściej dzieli miejsce w zbiorowej świadomości z wydarzeniami stycznia 1993 roku. Nie tak dawno współczesność wzmocniła ten dualizm, sprawiając, że wybitny obserwator nieba przywoływany jest dziś równie często w kontekście gwiezdnych atlasów, co morskiego żywiołu. Kim w istocie był jednak Johannes Hevelius?

Mikrokosmos nad Motławą. O browarniku z głową w gwiazdach
Fenomen Heweliusza wymyka się prostym definicjom, wymagając przy tym porzucenia współczesnych kategorii tożsamościowych na rzecz XVII-wiecznego kosmopolityzmu. Przyszły astronom - urodzony 28 stycznia 1611 roku, w rodzinie zamożnego gdańskiego patrycjusza (wywodzącego się ze śląskiego Ottendorfu) - wyrósł z ducha złotego wieku miasta, będącego wówczas samorządną metropolią, która, choć lojalna wobec Rzeczypospolitej, stanowiła autonomiczny mikrokosmos. W rzeczywistości tej intelektualna ambicja oraz kupiecki pragmatyzm przenikały się niemal na każdym kroku, polszczyzna swobodnie współbrzmiała zaś z łaciną i niemczyzną. Heweliusz - mimo że podpisywany jako civis orbis Poloni ("obywatel polskiego świata") - uosabiał ten tygiel. Nie był przy tym akademikiem zamkniętym w wieży, lecz człowiekiem czynu - prawnikiem, rajcą, a nade wszystko wybitnym browarnikiem.
Browarnictwo - konkretnie gdańskie Jopenbier (gęsty, niemal syropowaty trunek o właściwościach leczniczych) - stało się fundamentem jego naukowej niezależności. Zyski z fermentacji finansowały wszak obserwacje nieba - każde spojrzenie w teleskop opłacone było więc niejako beczką przedniego napitku. Finansowa suwerenność pozwoliła Janowi (zwanemu też Johannesem i Johannem) na luksus bycia "amatorem" w najszlachetniejszym tego słowa znaczeniu - pasjonatem, który nie musi schlebiać mecenasom ani uniwersyteckim koteriom.
W 1641 roku, na dachach trzech połączonych kamienic przy ulicy Korzennej, Heweliusz wzniósł swoje opus magnum - obserwatorium zwane Sternenburgiem (a więc "gwiezdnym zamkiem"). W przeciwieństwie do dzisiejszych placówek podobnego typu, które umiejscawiane są na ogół pośród pustkowi, jego pracownia tętniła życiem w samym sercu metropolii. To tam, zaopatrzony w instrumenty własnej konstrukcji, rzucił on wyzwanie niebu.
Heweliuszowskie podejście do oprzyrządowania było przejawem swoistej gigantomanii połączonej z zegarmistrzowską precyzją. Konstruował lunety o absurdalnych wręcz długościach (choć budował też nowatorskie peryskopy, zwane polemoskopami) - najdłuższa z nich, mierząca 45 metrów i zawieszona na maszcie poza murami miasta, była ówczesnym cudem techniki, choć jej użyteczność (ze względu na drgania wywoływane przez wiatr) do dziś pozostaje kwestią dyskusyjną. Niezależnie od tego Europa otrzymała jednak wyjątkowo czytelny komunikat - nad Motławą rodzi się nowa jakość.
Księżycowa kartografia, czyli polski ślad w nieskończoności
Heweliusz nie był teoretycznym wizjonerem - jak zmarły blisko siedem dekad przed jego narodzinami Kopernik - lecz mistrzem empirii; jego wkład w astronomię to przede wszystkim tytaniczna praca kartograficzna i katalogowa. W 1647 roku światło dzienne ujrzało dzieło opatrzone tytułem "Selenographia: sive Lunae Descriptio" (a więc "Selenografia: lub Opisanie Księżyca") - praca, która na zawsze zmieniła sposób postrzegania ziemskiego satelity. Jan - spędzając przy teleskopowym okularze setki, jeśli nie tysiące godzin - stworzył mapy Księżyca o niespotykanej dotąd dokładności, nadając nazwę formacjom, które obserwowane są po dziś dzień (to on wprowadził na lunarne mapy Alpy - Montes Alpes czy Apeniny - Montes Apenninus). Odkrył ponadto librację Księżyca, a więc jego subtelne "kołysanie" (będące w istocie efektem eliptycznej orbity), co pozwoliło zajrzeć za krawędź tarczy, niedostępną dotąd dla wzroku kierowanego z Ziemi.
Ambicje bohatera niniejszych rozważań sięgały jednak dalej niż orbita satelity - w dziele "Cometographia" z 1668 roku rzucił wyzwanie samemu Johannesowi Keplerowi, udowadniając na podstawie obserwacji siedmiu komet, że ciała te nie poruszają się po liniach prostych, lecz krzywych. On też, jako niezależny odkrywca, dostrzegł na niebie "nową gwiazdę" - Nova 1670 Vulpeculae - w konstelacji, którą sam nazwał Liskiem.
Techniczne detale warsztatu zawarł w monumentalnym dziele "Machina Coelestis" ("Machina Niebieska"), które ukazało się w dwóch odsłonach; szczegółowe opisy instrumentarium stały się jednak zarzewiem głośnego, międzynarodowego sporu. John Flamsteed oraz Robert Hooke, luminarze londyńskiego Royal Society, otwarcie zakwestionowali bowiem metodykę Gdańszczanina - przekonywali oni bowiem, że nowoczesne lunety wyposażone w mikrometry gwarantują precyzję nieosiągalną dla instrumentów pozbawionych optyki. Pewny swego Heweliusz poprosił Londyn o arbitraż, co poskutkowało wizytą Edmonda Halleya (znanego dziś przede wszystkim dzięki komecie swego imienia) - przez ponad miesiąc obaj astronomowie prowadzili tedy równoległe obserwacje. Wynik okazał się tryumfem starego mistrza - precyzja jego pomiarów dorównywała technologicznym nowinkom z Wysp, co Halley zmuszony był oficjalnie zaraportować. Wydarzenia te uchodzą dziś za ostatni z wielkich triumfów astronomii przedteleskopowej.
Jan Heweliusz pozostawił po sobie również trwały ślad w samej architekturze nieba. "Udekorował" bowiem firmament kilkoma nowymi gwiazdozbiorami, wypełniając luki między antycznymi konstelacjami; wśród nich znalazła się Scutum Sobiescianum ("Tarcza Sobieskiego", współcześnie zwana "Tarczą") - jeden z niewielu gwiazdozbiorów upamiętniających realną postać historyczną, a przy tym konkretne wydarzenie (w tym przypadku - wiktorię wiedeńską z 1683 roku). Pozostałe gwiazdozbiory nazwane przez gdańskiego browarnika to zaś Jaszczurka, Mały Lew, Psy Gończe, Ryś, Sekstans oraz wspomniany już Lisek - w XX wieku zostały one zatwierdzone przez Międzynarodową Unię Astronomiczną i po dziś dzień pozostają w użyciu.
Anatomia zapomnienia. O morzu, które "ukradło" niebiańską tożsamość
Dlaczego postać tak barwna, a przy tym zasłużona, została jednak zepchnięta do roli "tego drugiego"? Odpowiedź tkwi przede wszystkim w mechanizmach pamięci zbiorowej - Polska narracja historyczna potrzebowała wszak symboli jednoznacznych. Kopernik - ten, który "wstrzymał Słońce", a przy okazji dochował wierności polskiej Koronie (mimo niejednoznacznego pochodzenia) - nadawał się do tej roli idealnie. Heweliusz - piszący po łacinie, należący do intelektualnej elity Zachodu, a do tego tkwiący korzeniami w niemieckiej kulturze Gdańska, pozostawał postacią zbyt zniuansowaną na potrzeby prostych mitów "ku pokrzepieniu serc". W rezultacie postać ta nie przekracza na ogół mentalnych murów rodzinnego miasta, skazując go na wieczny pobyt w cieniu toruńskiego mistrza
Ostatecznym, gorzkim aktem w dramacie pamięci o Heweliuszu stały się wydarzenia z końca XX wieku. Decyzja Polskich Linii Oceanicznych o nadaniu bliźniaczym promom imion wielkich astronomów - Kopernika i Heweliusza - miała uhonorować naukę, choć stała się fundamentem pod ponurą legendę. Podczas gdy MF Mikołaj Kopernik służył bezpiecznie, MF Jan Heweliusz od początku zdawał się naznaczony pechem - aż do nocy z 13 na 14 stycznia 1993 roku.
Zatonięcie promu u wybrzeży Rugii, które pochłonęło ponad pięćdziesiąt ludzkich istnień, dokonało w polskiej świadomości semantycznego przesunięcia o tektonicznej sile. Hasło "Heweliusz" przestało tedy kojarzyć się z lunetą, gwiazdami czy intelektem - zostało "sklejone" z obrazami przewróconego kadłuba, lodowatego Bałtyku i błędów ludzkich. Astronomia przegrała tym samym z tanatologią.
Rok 2025 przyniósł natomiast ostateczne domknięcie tej narracji. Serial "Heweliusz" w reżyserii Jana Holoubka - choć artystycznie wybitny - dokonał wszak w masowej wyobraźni ostatecznego zawłaszczenia nazwiska astronoma. Dla milionów Polek i Polaków "Heweliusz" to już nie człowiek, który "meblował" niebo, lecz stalowy sarkofag na dnie morza. Paradoks godny antycznej tragedii - człowiek, który całe życie patrzył w górę, ku gwiazdom, został w pamięci potomnych ściągnięty na dno, w mroczne głębiny.
W tym kontekście powyższe rozważania pozostają nie tylko przypomnieniem biografii, ale i aktem sprzeciwu wobec dyktatu popkulturowych uproszczeń. Jan Heweliusz zasługuje na to, by wyłonić się z cienia - zarówno tego rzucanego przez pomnik Kopernika, jak i tego, który kładzie się cieniem wraku na dnie Bałtyku. Bo choć jego imiennik zatonął, gwiazdozbiory, które nakreślił, wciąż trwają na firmamencie, obojętne na ludzkie tragedie i kaprysy pamięci.
Zobacz też:






