Teatralny fenomen i setki spektakli, czyli "Pięćdziesiąt twarzy..." na deskach
Wszystko zaczęło się od odważnej decyzji Krystyny Jandy - to właśnie ona, jako jedyna teatralna dyrektorka w kraju, postanowiła "wpuścić" na afisz autorską adaptację słynnych (albo i osławionych w swej pierwotnej formie) "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Spektakl "Klaps!", reżyserowany przez Johna Weisgerbera, w którym Damięckiemu partnerują Magdalena Lamparska oraz Marta Walesiak-Łabędzka, okazał się repertuarowym "pewniakiem". Od ponad dwunastu lat przyciąga on publiczność, a sam aktor wcielił się w tytułową rolę już trzysta dwanaście razy.
"Zostaliśmy zaproszeni, by zagrać to na Małej Scenie. Po dwóch czy trzech spektaklach Krystyna zdecydowała, że pokażemy to większej ilości widzów", wspominał artysta.
Przez ponad dekadę postać ewoluowała tym samym wraz ze swoim odtwórcą. Zmieniały się kostiumy i waga aktora - choćby w okresie przygotowań do filmu "Furioza" - a także życiowe okoliczności, nierzadko wymagające ogromnego zaangażowania organizmu. Damięcki przywołał anegdotę o graniu z poważną kontuzją po niefortunnym zejściu z najwyższego szczytu Szkocji, Ben Nevis.
"Zagrałem trzy spektakle i dopiero później, pod koniec, gdy już nie mogłem założyć buta, pojechałem do lekarza i okazało się, że chyba nie powinienem nosić Magdy Lamparskiej trzy dni z rzędu po scenie ze złamaną nogą" - opowiadał, dodając, że ten konkretny bohater towarzyszy mu przez niemal całe dorosłe życie.
Kobiecy pierwiastek i sceniczna wrażliwość. Czego uczą Damięckie?
Aktorstwo to zawód wymagający ciągłej pracy nad sobą i swoistego wychodzenia ze strefy komfortu. Jak przyznał gość programu, unikanie zaszufladkowania w roli amanta zawdzięcza między innymi mądrości swojej babci, Ireny Górskiej-Damięckiej. Wybitna aktorka, która zmarła w 2008 roku, pozostawiła po sobie nie tylko piękną historię, sięgającą egzaminów u samego Aleksandra Zelwerowicza, ale i cenną radę - szuflada powinna motywować do przełamywania własnych barier i sięgania po nieoczywiste wyzwania.
Rozmowa, naturalnie oscylująca wokół Dnia Kobiet, obnażyła ogromny wpływ, jaki na życie artysty mają jego najbliższe krewne oraz żona. Mateusz z pełnym przekonaniem podkreślił, że to właśnie od nich uczy się najważniejszych wartości. Matylda Damięcka, młodsza siostra twórcy, stanowi dla niego niedościgniony wzór życiowej odwagi; to kobieta bezkompromisowa, całkowicie niezależna i wierna swoim ideałom. Mama, Joanna Damięcka, jako wieloletnia agentka, zapewnia mu zawodowy spokój oraz bezwarunkowo dba o jego karierę. Fundamentem domowej codzienności pozostaje z kolei żona artysty, Paulina Andrzejewska-Damięcka.
"Moja żona uczy mnie cierpliwości i tego, że bywa różnie, ale się dogrywamy", wyznał, wspominając przy tym, że to właśnie ona wielokrotnie pomagała mu przygotowywać skomplikowane układy choreograficzne do jego scenicznych wcieleń, w tym wymagającą koordynacji rolę drag queen na wysokich obcasach.
Otwartość na "kobiecy pierwiastek" w samym sobie to zresztą cecha, z której aktor jest niezwykle dumny. Świadome obcowanie z wrażliwością pozwoliło mu z sukcesem wcielać się w damę dworu czy redaktorkę śledczą, ucząc pokory i poszerzając jego horyzonty. Rozmowę zwieńczyły szczere życzenia, które doskonale podsumowują stosunek Mateusza do świata.
"Życzę wszystkim paniom tego, żeby mogły robić to, co im się żywnie podoba i żeby nikt o nich nie decydował", skwitował.
Nam pozostaje zaś przyłączyć się do tych życzeń.
Zobacz też:







