"Klub kawalerów" według Krystyny Jandy i współczesne dylematy wokół małżeństwa. "Warto skosztować życia"
W dobie nieustannych przemian społecznych i redefinicji relacji międzyludzkich pytanie o kondycję instytucji małżeństwa powraca raz za razem - czy zachowało ono swą uniwersalną wartość, czy też ewoluowało w relikt minionych epok? Rozważań na ten temat podjął się reporter programu "halo tu polsat", Maks Behr, wykorzystując jako tło uroczystą premierę spektaklu "Klub kawalerów" w warszawskim Och-Teatrze. Kuluarowe rozmowy ze zgromadzonymi na wydarzeniu osobami stały się zaś fascynującym świadectwem współczesnego podejścia do formalizowania związków (a także sztuki pielęgnowania wolności).

Inscenizacja w reżyserii Krystyny Jandy posłużyła za nad wyraz trafny pretekst do quasisocjologicznych dociekań. Błyskotliwa komedia charakterów pióra Michała Bałuckiego portretuje bowiem środowisko mężczyzn zamkniętych w przekonaniu, że kawalerska swoboda stanowi wartość nadrzędną, a romantyczne uniesienia to zaledwie naiwne złudzenie. Kiedy starannie tkane na scenie intrygi zderzają się jednak ze sprytem i wrodzoną inteligencją kobiet, urok dziewiętnastowiecznej konwencji zaczyna idealnie rezonować z rytmem nowoczesności. Reżyserce nie po raz pierwszy udało się więc wydobyć z klasycznego tekstu tak inteligentny dowcip, jak i ponadczasową prawdę o ludzkich słabościach, tworząc w ten sposób niezwykle aktualny komentarz do dzisiejszej rzeczywistości.
O sztuce pielęgnowania wolności i poszukiwaniu życiowego balansu
Refleksje gości i gościń premiery teatralnej jednoznacznie wskazują na głęboką ewolucję podejścia do formalizowania relacji. Jak zauważała aktorka Katarzyna Herman, wiek wchodzenia w związki małżeńskie uległ znacznemu przesunięciu; decyzje podejmowane u progu dorosłości, niegdyś powszechne, należą dziś do rzadkości, ponieważ - jak twierdziła - "czas trochę inaczej teraz płynie". Wtóruje jej Szymon Majewski (autor oprawy literackiej spektaklu), dostrzegając w tym zjawisku wysoce przemyślane podejście współczesnych pokoleń, dla których opóźnianie momentu ustatkowania przestało być wyłącznie dziełem przypadku. Stało się miast tego swego rodzaju "rozmyślną strategią", pozbawioną sztywnych założeń, w której prym wiodą afirmacja niezależności i chęć dłuższego cieszenia się wolnością.
Istotę owego zjawiska dopełniło spojrzenie aktorki Agnieszki Sienkiewicz, akcentującej niebagatelną wagę samoświadomości. Według niej przed podjęciem tak wiążącej decyzji "warto kosztować życia", by wejść w relację z pełnym przekonaniem, odpowiednią dojrzałością oraz precyzyjną wiedzą o tym, "na co w relacjach się nie zgadzamy". Aktorka Maria Dębska zwracała zaś uwagę na niebywałą intensywność dzisiejszego funkcjonowania; zawrotne tempo współczesności sprawia, że dawne normy wieloletnich, trwających cztery czy pięć dekad związków, bywają obecnie niejako "wyrabiane" w zaledwie kilkanaście lat. Młodsze pokolenia stawiają przy tym na gruntowne przepracowanie własnych emocji, wychodząc z założenia, że niezachwianym fundamentem udanego partnerstwa jest umiejętność bycia szczęśliwym w pojedynkę, choć ostatecznie uniwersalna i ponadczasowa miłość zawsze zdoła się obronić.
Mimo że samo uczucie pozostaje niezmiennym elementem ludzkiego jestestwa, postrzeganie małżeństwa jako koniecznej instytucji uległo wyraźnej, wręcz bezkompromisowej dekonstrukcji. Językoznawca Jerzy Bralczyk stanowczo odrzucał tezę o uniwersalnej wartości formalnego związku, twierdząc, że "cała otoczka pragnienia wyjścia za mąż" oraz anachroniczne przywiązanie do formy to zjawiska, które trwale odeszły w niepamięć. Podobny sceptycyzm, choć w nieco innej postaci, wyrażała jego żona, psycholożka Lucyna Kirwil, która w miejsce pytań o uniwersalność owej instytucji, proponowała rozważania nad jej aktualną "atrakcyjnością".
Pisarka Katarzyna Grochola przenosiła natomiast ciężar dyskusji z rygoru prawnego na absolutną wartość miłości jako dobra niezbywalnego. Twórczyni punktowała współczesne zjawisko unikania konfrontacji, współczując jednostkom, "które potrafią się zghostować", miast wziąć na siebie trud i żal nierozerwalnie związane z zakończeniem znajomości. Akceptacja odpowiedzialności za własne czyny i stawienie czoła pretensjom drugiej strony to według autorki doskonała lekcja empatii. Dla aktorki Honoraty Witańskiej kluczem do sukcesu i swoistą magią budowania więzi okazuje się z kolei spotkanie kogoś, kto w sposób wysoce naturalny dopasuje się do potrzeb partnera lub partnerki, zachowując przy tym idealne życiowe proporcje.
W dobie nierzadko przytłaczającej codzienności, formalny lub nieformalny związek dwojga ludzi - jak zauważała reżyserka spektaklu, Krystyna Janda - wciąż może stanowić swoiste koło ratunkowe; odnalezienie przysłowiowej drugiej połowy i budowanie wspólnego życia potrafią sprawić, że egzystencja staje się odczuwalnie lżejsza. Gwarantem takiego stanu rzeczy nie jest jednak prawny dokument, lecz dogłębne wartości leżące u samych podstaw budowanej więzi. Dla autorki inscenizacji absolutnym fundamentem pozostają bezkompromisowa prawda i szczerość, a rzekomy kryzys człowieczeństwa to koncepcja, której reżyserka zwyczajnie nie przyjmuje do wiadomości.
Niezwykle istotnym spoiwem, na co subtelnie wskazywała Katarzyna Herman, jest również przyjaźń, na której warto wznosić coś trwalszego w obliczu powszechnych obaw, że romantyczna miłość z czasem przemija. Całość tych wielowątkowych rozważań spinała klamrą nad wyraz pragmatyczna rada Krystyny Jandy, stanowiąca perfekcyjne podsumowanie zarówno premiery dziewiętnastowiecznej komedii, jak i współczesnej recepty na udane życie we dwoje - jej zdaniem absolutnie "nie warto wiązać się z ludźmi bez poczucia humoru".
Zobacz też:






