Historyczna autentyczność i aktorski ciężar. Amanda Seyfried o aktorskiej kreacji Ann Lee
Nim padną pytania o warsztat i interpretację, warto pochylić się nad samym tłem tej wyjątkowej opowieści. Tytułowa Ann Lee to postać jak najbardziej autentyczna - charyzmatyczna założycielka i przywódczyni funkcjonującego od XVIII wieku ruchu szejkersów. Nazwa tej hermetycznej grupy religijnej wyewoluowała od pogardliwego określenia "shaking quakers", czyli w wolnym tłumaczeniu "trzęsących się kwakrów"; nawiązywało ono bezpośrednio do ich ekstatycznego, pełnego drżeń i tańców sposobu oddawania czci absolutowi. Sama Lee, otoczona gronem oddanych wyznawców i wyznawczyń, uznawana była w łonie sekty za "boską manifestację" - żeńskie wcielenie boskości, dopełniające obietnicę o "powtórnym przyjściu".
Amanda, która na swoim koncie ma nominację do Oscara za rolę w filmie "Mank" oraz Emmy i Złoty Glob za występ w serialu "Zepsuta krew", od lat udowadnia niezwykłą, zawodową wszechstronność. Szerokiej publiczności znana jest też między innymi z "Wrednych dziewczyn", "Mamma mia!", "Listów do Julii" czy "Nędzników"; tym razem Seyfried podjęła się jednak zadania o zupełnie innym, znacznie mroczniejszym ciężarze gatunkowym.
Wcielenie się w tak potężną i złożoną historycznie personę jak Ann Lee-Standley wymagało od amerykańskiej aktorki nie lada przygotowań - nie tylko lingwistycznych, związanych z koniecznością opanowania specyficznego, manchesterskiego akcentu (tam też założono bowiem wspomniany ruch, który po pewnym czasie przeniósł się na drugą stronę oceanu - do Nowego Jorku), lecz przede wszystkim tych natury psychologicznej. Jak wyznała w rozmowie, to właśnie mroki ludzkiej duszy okazały się najtrudniejszym terytorium do artystycznej eksploracji.
"Najtrudniejsze było pokazanie żałoby [...]. Żałoba to bardzo wyczerpujące uczucie, a ja przecież jej naprawdę nie przeżywałam, musiałam ją tylko zagrać. Nasza psychika nie zawsze odróżnia, co jest prawdziwe, a co nie; ciało też nie do końca to rozróżnia. W pewnym sensie przyjmowałam na siebie emocje, które były potrzebne, żeby wcielić się w Ann Lee w jej najciemniejszych momentach. I to trochę przyciemniało mój świat, nawet jeśli wiedziałam, że to tylko rola", mówiła.
Wybór tak niekonwencjonalnego projektu nie był jednak dziełem przypadku; artystka wprost przyznaje, że pociągają ją historie rzucające widzom oraz widzkom wyzwania i prowokujące kulturę do zrewidowania swoich przyzwyczajeń.
"Pociąga mnie to, co niekonwencjonalne. Lubię, kiedy historie mnie zaskakują i kiedy zaskakuje mnie też moja własna reakcja na nie. Dlatego chyba jesteśmy artystami i artystkami. Chcemy się sprawdzać, rzucać sobie wyzwania, ale też skłonić publiczność, by spojrzała na coś inaczej albo zaakceptowała coś, czego się nie spodziewa", podkreślała.
Bezwzględna równość i postępowe idee. Dziedzictwo osiemnastowiecznej liderki
Fenomen Ann Lee wykraczał jednak daleko poza religijną żarliwość; jej ruch opierał się na fundamentach, które z dzisiejszej perspektywy jawią się jako nad wyraz postępowe. W epoce, w której kobiety traktowano nierzadko wyłącznie jako "inwentarz" należący do mężów, charyzmatyczna przywódczyni zbudowała prężnie działające społeczeństwo, oparte na absolutnej równości płci i ras. Osiągnęła to, gromadząc wokół siebie niemal sześć tysięcy osób.
"Zrobiła to, bo sama potrzebowała tej zmiany, ale prowadziła ludzi z ogromnym współczuciem i troską. Otaczała opieką swoją społeczność, każdego, kto chciał za nią pójść, bo tak naprawdę nie miała nic do stracenia", tłumaczyła odtwórczyni głównej roli.
Seyfried zauważyła też, że fenomen Ann Lee opierał się przede wszystkim na głębokiej duchowości i ogromnej więzi z otaczającym ją światem.
"Wierzyła i rozumiała, że jesteśmy tutaj razem po to, żeby nawzajem się ratować. Kiedy mogła się załamać, zamiast tego zwróciła się w stronę światła i zaprosiła innych, żeby poszli tam razem z nią", opowiadała.
Mimo kontrowersyjnych założeń (tak wtedy, jak i dziś) - na czele z doktryną bezwzględnego celibatu - szejkersi stworzyli wybitnie samowystarczalną enklawę, słynącą z rzemiosła i innowacyjnych wynalazków.
Hart ducha z historycznej przeszłości skłonił też aktorkę do osobistych przemyśleń.
"Najbardziej niezwykłe jest to, że ona potrafiła dokonać tego wszystkiego w czasach, kiedy kobieta miała być właściwie czyjąś własnością. To niesamowite. I myślę sobie czasem, że gdybym sama miała trochę więcej odwagi, też mogłabym zrobić w życiu więcej", wyznała.
Gdy Maks Behr zapytał o feministyczny wymiar tej działalności, Seyfried opatrzyła swoją odpowiedź gorzką, niezwykle aktualną refleksją.
"Absolutnie była feministką. Chociaż pewnie sama powiedziałaby raczej, że jest humanistką. Ale nazywamy to feminizmem, bo kobiety i mężczyźni wciąż nie do końca są równi. Więc tak, feministyczna na pewno. I niestety, nadal bardzo progresywna", skwitowała.
Zobacz też:







