Od scenariusza "absolutnego debiutanta" do... wspólnej kariery pedagogicznej. Historia Lindy i Ślesickiego
Zaczęło się od scenariusza wysłanego "w ciemno" i telefonu, który - jak wspomina dziś Maciej Ślesicki - zaskoczył go zupełnie. Był bowiem wówczas "absolutnym debiutantem", Bogusław Linda już wtedy uchodził zaś za gwiazdą polskiego kina. A jednak jedno "gram", wypowiedziane po drugiej stronie słuchawki, uruchomiło ciąg zdarzeń, który sięgnął znacznie dalej niż jeden film. Zawodowe spotkania przekształciły się z czasem w relację opartą na zaufaniu i lojalności, a jej konsekwencją okazała się... szkoła, która dziś kształci kolejne pokolenia twórców i twórczyń.

Debiutant i gwiazda. O początkach współpracy (i niezwykłej relacji)
Maciej Ślesicki wrócił pamięcią do momentu, w którym po raz pierwszy zetknął się z Bogusławem Lindą - nie osobiście, lecz przez wysłany do Zakopanego scenariusz filmu "Tato". Ten, niedługo po sukcesie drugiej części "Psów", realizował wówczas "Prowokatora" z Krzysztofem Langiem i nic nie zapowiadało, że sięgnie po tekst młodego, nikomu jeszcze nieznanego twórcy. Ślesicki wspominał, kiedy telefon wreszcie zadzwonił, reakcja była mieszanką niedowierzania i ostrożności.
"Nie wykręcisz mi żadnego numeru?", zapytał wtedy.
Odpowiedź Bogusława była krótka i definitywna.
"Ja nie robię numerów".
Dla Lindy decydujący okazał się nie status autora, lecz sam tekst. Mówił o "wyciągniętej prawdzie" i dobrych dialogach - zaproponowane rozwiązania wyprzedzały niejako swoje czasy i mieszały gatunki w sposób nieobecny w polskim kinie. Film nie tylko przeszedł do kanonu, ale przyniósł Lindzie nagrodę w Gdyni i otworzył zupełnie nowy etap współpracy.
Między reżyserem a aktorem - jak sami podkreślają - szybko pojawiło się coś więcej niż zawodowe porozumienie. Nie tyle przyjaźń rozumiana jako codzienny kontakt, lecz relacja oparta na wzajemnym szacunku, lojalności i zaufaniu.
"To jest bardzo poważny układ lojalnościowy", mówił Ślesicki.
"Mamy do siebie zaufanie", dopowiadał z kolei Linda.
Szkoła zamiast kolejnego filmu. "Miejsce, które otwiera głowę"
Momentem przełomowym wspólnej pracy okazało się pytanie, czy porozumienie może wyjść poza plan filmowy. Pomysł założenia szkoły wyszedł - jak zgodnie podkreślali - od Ślesickiego. Linda przyznaje, że był zaskoczony - zamiast kolejnego scenariusza dostał bowiem projekt... wyższej uczelni. Inspiracją była historia znajomej, która założyła przedszkole, ale też bardzo osobiste doświadczenia Macieja ze szkolnej przeszłości - wyrzucenie z liceum tuż przed maturą i edukacyjna trauma, z której narodziło się marzenie o miejscu "otwierającym głowę".
Tak powstała Warszawska Szkoła Filmowa, a potem cały zespół szkół - z liceum filmowym i kreacji gier włącznie. Linda, świadomy własnych doświadczeń, włączył się w proces bardziej mentorsko, próbując odnaleźć to, czego sam kiedyś potrzebował jako uczeń i aktor, oraz dobierając pedagogów i pedagożki, którzy trzymają się spójnej linii nauczania.
Efekty widać dziś wyraźnie. O liceum mówi się "legenda" - nie bez przesady, jak przyznaje Linda, wspominając filmy realizowane przez uczniów oraz uczennice. Autentyczność, świeżość i odwaga wypowiedzi młodych robiły wrażenie nawet na kimś, kto w polskim kinie widział już (niemal) wszystko.
"Pamiętaj, że nic nie musisz"
Przykładem działania tego modelu jest Emilia Jachimczyk - absolwentka liceum Ślesickiego i Lindy, dziś kontynuująca naukę w Rzymie, która również zasiadła na żółtej kanapie "halo tu polsat". Dzięki warsztatowi zdobytemu jeszcze przed maturą została przyjęta na studia zagraniczne, choć - jak zaznacza Ślesicki - większość absolwentów i absolwentek nie idzie wprost do szkół artystycznych. I właśnie o to chodziło - by stworzyć miejsce, które daje narzędzia przydatne w każdej dalszej drodze.
Szkoła, jak podkreślają jej twórcy, łączy solidną podstawę - może pochwalić się między innymi stuprocentową zdawalnością matur - z edukacją artystyczną, uczącą uważności, otwartości i pracy z emocjami. Hasło "Pamiętaj, że nic nie musisz", o którym wspominał Linda, nie brzmi tu jak slogan, lecz jak fundament myślenia o edukacji.
Historia Bogusława Lindy i Macieja Ślesickiego pokazuje, że jedno zawodowe spotkanie może uruchomić proces o znacznie większym zasięgu. Od wspólnego filmu do instytucji, która realnie wpływa na kolejne pokolenia - i to być może jest najbardziej filmowy zwrot akcji w całej tej opowieści.
Zobacz też:






