"Płomienie", czyli bunt po polsku. Modest Ruciński o fizycznym ciężarze wielkich idei
Twórczość Stanisława Brzozowskiego - jednego z najważniejszych, a zarazem najśmielszych myślicieli polskiego modernizmu - od dekad stanowi intelektualne wyzwanie dla zbiorowej świadomości. Literatura ta, gęsta od znaczeń i historiozoficznych diagnoz, wymaga od adaptatujących ją niezwykłej wrażliwości, od interpretujących natomiast - gotowości do pracy na najwyższych obrotach emocjonalnych. W ostatnim czasie z wyzwaniem tym przyszło mierzyć się Modestowi Rucińskiemu, który starcie z rolą Michała Kaniowskiego w "Płomieniach" (reżyserowanych przez Janusza Opryńskiego) zawdzięcza stołecznemu Teatrowi Polskiemu. Rozmowa z aktorem, który zasiadł na żółtej kanapie "halo tu polsat", stała się zaś przyczynkiem do wielowątkowej dyskusji o kondycji człowieka współczesnego, trawiącej sile idei oraz stawianiu granic w profesji opartej na eksploatacji własnej podmiotowości.

Redukcja monumentalnej formy. O fizycznej cenie permanentnego napięcia
Przeniesienie na scenę monumentalnego, liczącego około sześciuset stron dzieła Stanisława Brzozowskiego (wydanego w roku 1908 i uznawanego za pierwszą polską powieść intelektualną), wymagało od osób tworzących dokonania bolesnej, lecz koniecznej syntezy. Ruciński zwrócił uwagę na karkołomne zadanie, jakim stało się zamknięcie kilkudziesięciu lat życia bohatera w ramach ledwie dziewięćdziesięciominutowego spektaklu. Aktor nie opuszcza sceny ani na moment, co sprawia, że jego zadanie wykracza poza standardową interpretację tekstu, stając się niemal sportowym wyczynem. Intensywność tego doświadczenia sprawia, że po trzech miesiącach prób i serii spektakli premierowych, artysta odczuwa głęboką potrzebę regeneracji, na którą - ze względu na wymogi repertuarowe - wciąż brakuje przestrzeni.
Ruciński w przejmujący sposób opisał stan, w którym znajduje się jego organizm po zejściu ze sceny. Nie jest to zwykłe zmęczenie, lecz stan głębokiego drenażu energetycznego. Postać Kaniowskiego, przeprowadzana przez skrajne stany afektywne - od euforycznej wiary w zmianę, przez gorycz zdrady, aż po tragiczny finał - wymaga od aktora uruchomienia zasobów, które w codziennym życiu pozostają uśpione. To balansowanie na granicy wytrzymałości psychofizycznej sprawia, że marzenie o odpoczynku staje się nie tyle fanaberią, co koniecznością pozwalającą na powrót do równowagi.
W rozmowie wybrzmiał niezwykle istotny wątek dotyczący bezpieczeństwa psychicznego w zawodzie aktora. Wcielanie się w postać, która decyduje się na akt autoanihilacji w imię idei, niesie ze sobą ryzyko zatarcia granicy między fikcją a rzeczywistością. Ruciński podkreślił jednak, że profesjonalne przygotowanie, jakie otrzymał w Akademii Teatralnej, stanowi skuteczną barierę ochronną. Przywołując nazwiska swoich mistrzów - Zbigniewa Zapasiewicza, Mai Komorowskiej czy Anny Seniuk - wskazał na wagę techniki i rzemiosła.
To właśnie ów metaforyczny "przybornik narzędzi" pozwala mu oddzielić tragizm odgrywanej postaci od własnego życia prywatnego. Dzięki temu, mimo intensywnej pracy nad rolą wymagającą głębokiej introspekcji, aktor nie wynosi traumy poza mury teatru. Ruciński traktuje spotkanie z tekstem Brzozowskiego jako intelektualną przygodę i lekcję, która - choć pozostawia ślad w postaci przemyśleń i "gorącej głowy" - nie dewastuje wewnętrznego spokoju. Jest to dowód na to, że dojrzałe aktorstwo to nie tylko emocjonalna bezbronność, ale przede wszystkim precyzyjna kontrola nad własnym aparatem.
Diagnoza "niedojrzałej polskości" i pułapka dogmatyzmu
Spektakl Janusza Opryńskiego, choć osadzony w realiach początku XX wieku, uderza aktualnością stawianych pytań. Brzozowski, ustami swoich bohaterów i bohaterek, dokonuje surowej wiwisekcji polskiego społeczeństwa, wytykając mu "zdziecinnienie", powierzchowny klerykalizm oraz skłonność do zamykania się w ciasnych ramach nacjonalizmu. Wersja sceniczna, w której narrację prowadzą kobiety - Katia i Ola - wydobywa te wątki z nową siłą, ukazując mechanizmy, które wciąż determinują nasze życie publiczne.
Modest Ruciński zauważył, że "Płomienie" to opowieść o niebezpieczeństwie popadania w skrajności. Z jednej strony mamy do czynienia z duszącym gorsetem konwenansów i społecznych oczekiwań, z drugiej - z niszczycielską siłą dogmatyzmu. Aktor wskazał na tragizm postawy, w której walka o zmianę porządku świata staje się ważniejsza niż samo życie - nie tylko własne, ale i najbliższych. Dzieło przestrzega przed momentem, w którym idea przesłania człowieka, prowadząc do nieuchronnej katastrofy. Mimo mrocznej tonacji, Ruciński dostrzega w spektaklu jasny punkt - wezwanie do budowania porozumienia opartego na "czystej myśl". To humanistyczne przesłanie, sugerujące, że wyjście z dziejowej matni jest możliwe jedynie poprzez odrzucenie przemocy i powrót do autentycznej komunikacji z drugim człowiekiem.
Zobacz też:






