Oświeceniowy ascetyzm. Niespełnione wizje Jakuba Kubickiego (i Stanisława II Augusta również)
Początki niniejszej historii powiązane są z trzecim dniem maja 1791 roku, a więc uchwaleniem Ustawy Rządowej - jednej z pierwszych konstytucji w historii, stanowiącej fundament postępowej myśli w dziejach Rzeczypospolitej. Zaledwie dwa dni później posłowie sejmu walnego, nazwanego później Wielkim, podjęli formalną uchwałę o wzniesieniu świątyni, mającej wyrażać wdzięczność "Najwyższej Opatrzności" za ocalenie chylącej się ku upadkowi państwowości; w pierwotnym zamyśle obiekt ten dalece odbiegał jednak od katolickiej ortodoksji - miał wszak stanowić miejsce ponadwyznaniowe i synkretyczne. Warto przy tym zaznaczyć, że koncepcja wzniesienia reprezentacyjnego gmachu o podobnym przeznaczeniu dyskutowana była już w roku 1775 - początkowo jako inicjatywa zastąpienia kościoła parafialnego wznoszącego się na południe od Belwederu (istniejącego ostatecznie do drugiej dekady XIX stulecia). Pierwsze plany przygotował wówczas Dominik Merlini, jednak koncepcja ta z biegiem lat ewoluowała - po 3 maja Stanisław II August osobiście zaangażował się w proces, rozpisując pierwszy w historii Polski międzynarodowy konkurs architektoniczny (do którego wytyczne ogłoszono w kilku językach). W rywalizacji tej wzięła udział plejada wybitnych twórców, w tym Jan Chrystian Kamsetzer, Jan Griesmayer czy Wawrzyniec Gucewicz, a także wielu innych; ówczesny poseł francuski zaproponował nawet wzniesienie wiernej kopii ateńskiego Partenonu. Monarcha ostatecznie wyróżnił i zaaprobował projekt swego zaufanego architekta Jakuba Kubickiego, który pokaźne makiety obiektu w różnych wariantach opracowywał już w połowie lat 80. XVIII wieku.
Zaproponowana przezeń wczesnoklasycystyczna bryła (złożona z monumentalnego kościoła górnego na rzucie ośmioboku, dla którego swoisty cokół tworzył kościół dolny) miała w swym zamyśle oddawać oświeceniowe ideały harmonii, proporcji i racjonalności, a przy tym nie epatować tradycyjnymi dewocjonalnymi - jedynym elementem zdobiącym ascetyczne mury pozostawał w zamierzeniu znak Świetlistej Delty. Pierwotną lokalizację wyznaczono na terenie przy Łazienkach Królewskich (a więc w miejscu dzisiejszego Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Warszawskiego) - rozpoczęte prace budowlane ograniczyły się natomiast do splantowania wzgórza i usunięcia istniejącej tam kapliczki kalwaryjskiej; bryła miała zostać jednocześnie wkomponowana w Oś Stanisławowską - założenie opierające miejski porządek na systemie krzyżujących się alei oraz gwiaździstych placów, zainicjowane przez króla Poniatowskiego kilkanaście lat wcześniej.
Wmurowanie kamienia węgielnego nastąpiło ostatecznie w pierwszą rocznicę uchwalenia konstytucji - 3 maja 1792 roku. Ceremonia ta, do której przez zaledwie półtora miesiąca przygotowywało wykop aż osiem tysięcy osób, trwała bitych osiem godzin; poświęcenia dokonał Michał Jerzy Poniatowski - ówczesny prymas Rzeczypospolitej, a pod głazem złożono specjalnie wybite medale z profilem monarchy.
Rzeczywistość historyczno-polityczna zniweczyła jednak świątynne plany w zaledwie kilka tygodni; z potężnych wykopów ostał się jedynie niewielki fragment fundamentów - niedokończony filar dolnego kościoła. Zabezpieczony naprędce prowizorycznym zadaszeniem, przybrał niedługo później formę niewielkiej kapliczki, trwającej pośród ogrodowej zieleni po dziś dzień. Wizje Jakuba Kubickiego nie przepadły przy tym całkowicie - projekty posłużyły do wzniesienia mniejszego kościoła w Mokobodach, a przygotowane kapitele kolumn ozdobiły pałac w Lubostroniu.

W epoce Kongresówki podjęto wprawdzie próbę architektonicznej reanimacji tego miejsca - Stanisław Potocki wystąpił wówczas z inicjatywą wzniesienia na ocalałych resztkach kościoła pomnika Opatrzności, deklarując przy tym gotowość samodzielnego sfinansowania obiektu, który miał zostać wykonany z ciosu i zwieńczony rzeźbionym w białym marmurze posągiem. Ambitny zamysł nigdy nie doczekał się jednak materializacji ze względu na śmierć wnioskodawcy. Oświeceniowe marzenie przeistoczyło się tym samym w trwałą ruinę, a stan swoistego zawieszenia trwał nieprzerwanie aż do XX stulecia.
Architektoniczny spór o ducha narodu, czyli jak świątynia na Mokotowie nie powstała
Odzyskanie niepodległości w 1918 roku błyskawicznie otworzyło nowy rozdział tejże historii. Władze powstałej właśnie republiki traktowały projekt już nie tylko w kategoriach duchowych uniesień, lecz dostrzegały w nim potężne narzędzie konsolidacji rozbitego narodu oraz namacalną demonstrację siły, integralności i nowoczesności młodego państwa. Już w marcu 1921 roku Sejm Ustawodawczy przypieczętował te dążenia, uchwalając specjalną ustawę o sfinansowaniu całości inwestycji z kasy państwowej. Ze względu na niezwykle dynamiczny rozwój nowej tkanki miejskiej, powrót na (zagospodarowany od ponad wieku) teren Ogrodu Botanicznego okazał się logistycznie wykluczony. W poszukiwaniu idealnego miejsca rozważano kilka lokalizacji, w tym Plac Saski, a konkretniej przekształcenie wzniesionego tam niedługo wcześniej soboru świętego Aleksandra Newskiego (świątynia została finalnie rozebrana w latach 1924-1926). Ostatecznie, korzystając z trwającej relokacji dawnego lotniska, zdecydowano się zlokalizować ów monumentalny gmach na rozległych terenach Pola Mokotowskiego, w sercu projektowanej Dzielnicy Marszałka Józefa Piłsudskiego - komemoratywnego założenia o niespotykanej dotąd na polskich ziemiach skali, łączącego kluczowe funkcje kulturalne, państwowe, a także religijne.
Podczas ogłoszonych wówczas konkursów okazało się, jak gigantyczna przepaść dzieli architektoniczną awangardę i gusta kleru. Projekty, zgłoszone pierwotnie w 1930 roku - w tym wizjonerska propozycja Bohdana Pniewskiego - spotkały się z ogromną krytyką; Aleksander Kakowski, metropolita warszawski, zarzucał im brak "ducha katolickiego", grzmiąc, że przypominają raczej "pogańskie obiekty". W wymuszonej "dogrywce", rozpisanej rok później, ponownie triumfował Bohdan Pniewski, proponując jednak wizję odmienną od wcześniejszej - jego autorski projekt wpisywał się w popularny podówczas w Europie nurt monumentalizmu państwowego (łącząc de facto zarys amerykańskich drapaczy chmur z nawiązaniami do gotyku), charakteryzując się potężnymi żelbetowymi rozwiązaniami, przemyślaną redukcją detalu oraz użyciem innowacyjnych materiałów.

Prace budowlane uroczyście zainaugurowano latem 1939 roku, jednak zaledwie kilka tygodni później ponownie przerwała je wielka historia. Zrównanie Warszawy z ziemią, a następnie kilkudziesięcioletnia epoka nowego ustroju po raz kolejny pogrzebały płonne nadzieje na realizację "narodowego testamentu". W peerelowskiej rzeczywistości, rolę swoistego "zastępstwa" przejął kościół Opatrzności Bożej na warszawskim Rakowcu, konsekrowany w 1979 roku, a także niewielkie sanktuarium w Prostyni, zaprojektowane przez samego Pniewskiego.
Triumf architektonicznego konserwatyzmu. O dwóch konkursach na Wilanowie
Przełom lat 80. i 90. ubiegłego stulecia pozwolił na kolejny - i ostatni, jak miało się wkrótce okazać - powrót do koncepcji budowy monumentalnej świątyni. W tym przypadku również nie obeszło się bez dyskusyjnych pomysłów - w 1996 roku Józef Glemp, prymas Polski, wysunął publicznie koncepcję przekształcenia w narodowe wotum kościoła świętego Aleksandra na Placu Trzech Krzyży (co, szczęśliwie, nie doszło do skutku). Trzy lata później na nową lokalizację wyznaczono więc ostatecznie słabo zurbanizowane wówczas południowe peryferia stolicy, znane jako Błonia Wilanowskie.
Skrystalizowanie ostatecznej formy przestrzennej obiektu poprzedził proces konkursowy - na etapie tym zapadła brzemienna w skutkach decyzja, która na zawsze zdefiniowała krajobraz tej części miasta, stając się podręcznikowym przykładem niezrozumiałego konserwatyzmu architektonicznego. W pierwszym, w pełni otwartym konkursie, bezsprzecznie triumfowała koncepcja stworzona przez profesora Marka Budzyńskiego; przewidywała ona harmonijne wzniesienie świątyni w nietypowej formie porośniętego zielenią kopca, ukrywającego w swym wnętrzu wkopaną w ziemię przestrzeń, oświetloną wspaniałym, kryształowym świetlikiem. Kościelne autorytety uznały jednak ów projekt za zbyt niezrozumiały, pozbawiony tradycyjnego triumfalizmu i nazbyt mocno zakorzeniony w "pogańskich" skojarzeniach. Diecezjalny konserwator zabytków posunął się wręcz do stwierdzenia, że świątynia przypomina w wizji tej "słowiański kurhan lub egipską piramidę". Wobec "buntu" inwestora i zasłonięcia się rzekomą nieopłacalnością inwestycji, rozpisano drugi, tym razem hermetyczny konkurs. Ostatecznie wytypowano historyzujący (rozrysowany na rzucie krzyża greckiego) i monumentalny projekt Wojciecha i Lecha Szymborskich.
Anatomia wilanowskiej "wyciskarki". Dlaczego monumentalna bryła stała się estetycznym balastem?
Dlaczego monumentalna budowla, zakorzeniona w rzymskich i bizantyjskich proporcjach dawnych dziejów, okazała się jednak estetycznym balastem? Wilanowska "wyciskarka" to sztandarowa ofiara kościelnego postmodernizmu - nurtu, który miast wznosić ducha, nader często brutalizuje miejski krajobraz. Dobitnym świadectwem może być rok 2016, kiedy to ukończony obiekt "uhonorowano" powszechnie znaną antynagrodą Makabryły za najbrzydszy budynek w kraju. Nieszczęsna anatomia gmachu zasadza się w głównej mierze na błędzie przyjętej skali oraz nieprzemyślanej perspektywie wizualnej - twórcy zaprojektowali tę masywną bryłę z całkowicie abstrakcyjnego, wyidealizowanego punktu widzenia; po analizie kreślarskich rzutów i izometrycznych wizualizacji, geometryczny układ sztywnego sześcianu płynnie uciekający w miękką kopułę wydawał się niezwykle poprawny.
Niestety, z perspektywy człowieka przemierzającego chodniki współczesnego Wilanowa, odbiór staje się zupełnie inny; potężny korpus podstawy posiada nienaturalnie wysokie, przytłaczające ściany i ciężki, potężnie wysunięty w przód gzyms, który odcina linię widzenia, maskując spód kopuły. Zwykły, "uwięziony" na poziomie chodnika obserwator (czy taka też obserwatorka) zderza się zatem z betonowym blokiem, z którego wyrasta żebrowana czasza. Przeskok między ostrokątną bazą a żłobioną górą odpowiada bezpośrednio za potoczne, kpiące skojarzenia z prozaicznym narzędziem kuchennym.
Krytyka wielokrotnie piętnowała architektoniczną banalność i semantyczne zagubienie obiektu; określano go mianem "skleconego supermarketu", w którego zawiłej strukturze chaotycznie zderzają się sprzeczne wizualnie motywy rodem z meczetów i cerkwi, "dosmaczone" odrobiną "neosocrealizmu". Finałem stał się tym samym moloch, stanowiący sztandarowy przykład tego, jak fatalnie starzeje się nieudolny postmodernizm. Dojmujące wrażenie chłodu potęguje dodatkowo miedziana, połyskująca kopuła oraz osadzony na niej szklany świetlik; ich obecność jedynie usztywniła odhumanizowany wizerunek budowli. Efektu tego nie łagodzi nawet spoczywający na samym szczycie, półtonowy krzyż ze stali nierdzewnej, z wyciętą szczeliną mającą przepuszczać światło.
Współcześnie, wnętrza świątyni - uroczyście otwartej 11 listopada 2016 roku - poddawane są sukcesywnej estetyzacji; surowość żelbetowych ścian łagodzić mają sprowadzane relikwie oraz tworząca się w podziemiach narodowa nekropolia. Doraźne próby ocieplenia monumentalnej pustki nie potrafią jednak zatrzeć obrazu samej bryły. Ten wyjątkowy przypadek pozostaje nieprzeciętnym lustrem, bezbłędnie obnażającym skomplikowaną kondycję współczesnego projektowania sakralnego w Polsce. Świątynia, która u swych początków miała stanowić wyrafinowany hołd dla intelektualnego blasku konstytucji, padła ostatecznie ofiarą asekuracyjnych decyzji i artystycznego fałszu. Miast dumnego symbolu tożsamości, stolica otrzymała zatem zwalisty pomnik megalomanii - wszystko to zaś ze strachu przed rzekomym "nowatorstwem".








