Biografia ukryta w baśni. O życiowych inspiracjach autora
Dlaczego ta krótka historia tak silnie rezonuje z czytelnikami oraz czytelniczkami pod każdą szerokością geograficzną? Część odpowiedzi wywieść można z biografii samego Antoine'a de Saint-Exupéry'ego, który na swój sposób zatarł granicę między własnymi przeżyciami a fikcją literacką. Mimo arystokratycznego pochodzenia swe prawdziwe powołanie odnalazł nie w eleganckich salonach, lecz w lotnictwie.
Jednym z istotnych doświadczeń, które ukształtowały ramy narracyjne samego utworu, był zaś wypadek na libijskiej pustyni z 1935 roku; Antoine, zmuszony do awaryjnego lądowania, zmagał się wówczas z odwodnieniem, które poskutkowało zwodniczymi mirażami - wydarzenia te stały się w późniejszych latach bazą dla postaci narratora-pilota, zagubionego wśród piasków. Tytułowy bohater jest jednak owocem znacznie szerszego splotu inspiracji - prawdopodobnie stanowi wszak przede wszystkim odbicie młodzieńczych cech samego autora. Przedwczesna śmierć brata, Françoisa, znalazła z kolei swe odzwierciedlenie nie w samej genezie przybysza z gwiazd, ale w jego łagodnym odejściu; postać ta bywa współcześnie odczytywana jako alegoria utraconej niewinności.
Nie mniej ważnym elementem, budującym emocjonalny ciężar opowieści, była dojmująca izolacja twórcy. Książka powstawała w Nowym Jorku, w czasie gdy Saint-Exupéry przebywał na emigracji, z dala od ojczyzny i żony, Consuelo. To ona, mimo niezwykle burzliwego małżeństwa, stała się literackim pierwowzorem kapryśnej Róży chronionej pod szklanym kloszem; wielkie pole róż, które bohater odkrywa na Ziemi, interpretowane jest z kolei jako symbol małżeńskich niewierności. Pisarz przelał w narrację osobiste doświadczenie wykorzenienia, nadając elementom fantastycznym głęboko osadzony w biografii kontekst. Badacze i badaczki wskazują chociażby, że trzy wulkany na asteroidzie to nawiązanie do krajobrazu Salwadoru, z którego pochodziła Consuelo, zaś rozrastające się baobaby stanowią metaforę systemu pragnącego pochłonąć ówczesną Europę.
Odpowiedzią na aksjologiczną pustkę oraz "dorosły" materializm staje się mądrość przekazana przez Lisa - postać inspirowaną podobnież nowojorską przyjaciółką autora, Silvią Hamilton Reinhardt; to właśnie jej przypisuje się zasugerowanie słynnej frazy o tym, że najważniejsze pozostaje niewidoczne dla oczu. Zdefiniowany w ten sposób proces "oswajania" nadaje ludzkiemu istnieniu autentyczną wartość.
Ostatnim akordem, na zawsze wpisującym mit w tę historię, jest zaś niewyjaśnione zniknięcie samego autora w 1944 roku; lotnik przepadł bez śladu (wyruszył wówczas z zadaniem wykonania zdjęć lotniczych koło Lyonu - z misji tej już nie powrócił; dopiero po dekadach ustalono, że pilotowana przezeń maszyna zatonęła w pobliżu wysp Frioul, niedaleko Marsylii), niemal równie cicho i tajemniczo, jak wykreowany przez niego wędrowiec.
Potęga słowa. O globalnym wymiarze "Małego Księcia"
Wszechobecność noweli zmusza również do refleksji nad jej warstwą językową oraz samym, niezwykle żmudnym procesem twórczym. Osiągnięcie pułapu około sześciuset języków, na które przetłumaczono "Małego Księcia", stawia to dzieło w absolutnej czołówce światowej literatury, zostawiając daleko w tyle wielotomowe serie wydawnicze. Powód tego sukcesu kryje się zaś w zaplanowanej prostocie - ta ascetyczna forma nie była jednak dziełem przypadku, lecz efektem nieustannego dążenia do perfekcji. Pisarz, przyrównywany niekiedy do wybitnego francuskiego realisty i poety Stéphane'a Mallarmégo, poddawał swoje brudnopisy bezlitosnej redakcji - potrafił wykreślić całe strony, redukując pierwotne szkice nawet o dwie trzecie, by ostatecznie pozostawić jedno idealne słowo tam, gdzie wcześniej było ich sto; pracował na ogół nocą, pisząc nieprzerwanie i z pełną koncentracją, aż do momentu, w którym ze zmęczenia zasypiał. Z tytanicznej pracy wyłonił się tekst o melancholijnym, wyważonym tonie - swoisty pomnik wzniesiony na cześć przyjaźni; świadomie zrezygnowano w nim z kwiecistych ozdobników i skomplikowanych konstrukcji, używając miast tego nieskomplikowanych odniesień - gwiazd, wody, pustyni - zjawisk, które naturalnie funkcjonują w każdej kulturze globu.
Owa elastyczność sprawiła, że historia wędrowca z gwiazd jawi się dziś jako jedno z najważniejszych narzędzi w ratowaniu wymierających języków (przed kilkoma laty ukazał się choćby "Der Kliny Fjyśt", a więc tłumaczenie pozycji na język wilamowski, którego - zgodnie z danymi ostatniego spisu powszechnego - w codziennych kontaktach używa ledwie dziesięć osób). Tekst funkcjonuje wybornie, ponieważ opiera się na logice młodzieńczej wyobraźni, a nie na ścisłym, rygorystycznym realizmie dorosłych; podróż na inną planetę przy pomocy stada ptaków jest koncepcją czytelną pod każdą szerokością geograficzną. Wiele z tych poetyckich refleksji rodziło się zresztą w przestworzach - pisarz-lotnik nierzadko zabierał do kokpitu liniowany notes, by w samotności, wysoko nad ziemią, zapisywać filozoficzne przypowieści.
Dziś te podniebne przemyślenia służą wyższym celom - ekspertki i eksperci z UNESCO zwracają uwagę, że do końca stulecia zniknie ogromna część lokalnych dialektów; tłumaczenia funkcjonują tym samym jako część aktu ochrony dziedzictwa, nierzadko wymagając jednak od tłumaczek i tłumaczy ogromnej kreatywności. Przy pracy nad przekładem dla północnoamerykańskiego plemienia Ojibwe zrezygnowano choćby ze słynnego zdania "dobrze widzi się tylko sercem" - w tamtejszej kulturze serce nie jest bowiem narządem odpowiedzialnym za rozumienie świata. Konieczne było znalezienie rodzimej metafory oddającej sens oryginału, co dowodzi, jak wspaniale ta historia adaptuje się do nowych ram.
Równolegle, książka pełni ogromną rolę społeczną. Jej objętość i bogactwo ilustracji sprawiają, że idealnie sprawdza się choćby w programach niwelowania zjawiska analfabetyzmu funkcyjnego wśród dorosłych - miast sięgać po grube podręczniki, osoby stawiające pierwsze kroki w płynnym czytaniu wybierają tekst, który ich nie ocenia, dając przy tym poczucie obcowania z wybitną klasyką. Z kolei w Europie, opowieść o osamotnionym przybyszu z innej planety bywa przydatna w programach integracyjnych jako miękkie, poetyckie narzędzie pomagające nowo przybyłym radzić sobie z poczuciem wyobcowania w nieznanym systemie.
Całość tego gigantycznego przedsięwzięcia jest dziś zarządzana przez spadkobierców oraz spadkobierczynie autora. Komercyjny zysk jest zaś w dużej mierze reinwestowany w filantropię; finansuje się z niego druk darmowych książek dla najuboższych i opłaca pracę ratujących niszowe języki. Powstała z dala od ojczyzny historia dawno przestała być zwykłą opowieścią na dobranoc - stała się globalną siecią porozumienia; łagodnym, ale stanowczym głosem przypominającym o tym, że czas i uwaga, które bezinteresownie oddaje się innym, bywają najcenniejszym kapitałem.







