Artysta wszechstronny, czyli Gerarda Wilka droga do sławy
Gerard Wilk urodził się 12 stycznia 1944 roku w Gliwicach; początkowo taniec nie leżał jednak w sferze jego zainteresowań - miast tego rysował i szkicował - lecz w wieku trzynastu lat, dzięki szkolnemu nauczycielowi, trafił do bytomskiej szkoły baletowej. Trzyletnie zaległości nadrobił pod kierunkiem Haliny Hulanickiej, a następnie w tajemnicy przed rodzicami zdał egzaminy do warszawskiej szkoły baletowej, którą ukończył w 1964 roku z wyróżnieniem. Jeszcze w tym samym roku otrzymał angaż w Teatrze Wielkim.
W ciągu sześciu lat przeszedł całą hierarchię - od corps de ballet po solisty w roku 1970. Tańczył w najważniejszych spektaklach klasycznych, zachwycając nie tylko techniką, ale też emocjonalnością - był Albertem w "Giselle", Romeem w "Romeo i Julii" czy Spartakusem w monumentalnym balecie Chaczaturiana. Równolegle z klasyką eksplorował nowoczesność - wystąpił z Krystyną Mazurówną na Międzynarodowym Festiwalu Jazzowym w Pradze, zdobywając pierwszą nagrodę za etiudy do muzyki Komedy, Kurylewicza i Trzaskowskiego. W Polsce jednak duet spotkał się z oporem - środowisko baletowe uznało ich za "ideologicznie niedojrzałych", co w praktyce oznaczało środowiskowy ostracyzm. Już wtedy jasne było, że dla artysty tej miary system stanie się nie klatką ochronną, lecz więzieniem.
Wilk nie zamierzał jednak milczeć, a wraz ze sceną operową zdobywał popularność w telewizji. Wystąpił w "Małżeństwie z rozsądku" i "Przygodzie z piosenką" Barei, zatańczył z Mazurówną w legendarnym teledysku do "Kochać" Piotra Szczepanika, pojawiał się w programach muzyczno-rozrywkowych, wykonywał etiudy jazzowe do "Hey Jude" Beatlesów. Fotografowany przez Barbarę Hoff, rozsławił kwieciste marynarki, hipisowskie koszule i ekstrawaganckie płaszcze. I choć publiczność go uwielbiała, konserwatywny komentariat drwił ponad wszystko, co przyczyniło się jedynie do jego fenomenu.
Życie prywatne Wilka było przedłużeniem jego artystycznej wolności. Uwielbiany przez kobiety i mężczyzn, żył intensywnie, otoczony adoratorami oraz adoratorkami. W Warszawie plotkowano o jego romansach, a on sam traktował relacje z lekkością. Najgłośniejszy, a zarazem najskrytszy związek łączył go jednak z Markiem Barbasiewiczem, którego poznał w Sopocie w 1968 roku. Ich romans przetrwał kilka miesięcy (choć fakt jego zaistnienia ujawniono dopiero po latach), po czym Wilk związał się z francuskim malarzem Jeanem-Jacquesem Le Corre. Ten związek trwał już blisko dwie dekady, choć publicznie nigdy nie został ogłoszony. W czasach, gdy homoseksualność była tabu, Wilk nie budował fałszywej fasady - nie wchodził w małżeństwa dla pozoru, nie ukrywał się za konwenansem. Był sobą - i to samo w sobie było manifestem.
W 1970 roku, po premierze "Romea i Julii", wyjechał do Paryża, gdzie spotkał Maurice'a Béjarta. Został przyjęty do Baletu XX wieku i przez jedenaście lat tańczył na scenach całego świata. Występował między innymi w "Gaîté Parisienne", "Eros Thanatos" czy "Pli selon Pli", a także wcielał się w Tybalta w "Romeo i Julii" Berlioza. Koncertował na wszystkich kontynentach, a zawód tancerza stał się dla niego paszportem wolności. Nie był pierwszym solistą - tę rolę pełnił Jorge Donn - ale pozostawał jednym z filarów zespołu. W 1979 roku zagrał w filmie baletowym "Podróż magiczna", nagrodzonym na międzynarodowych festiwalach.
W 1981 roku zakończył karierę sceniczną i rozpoczął przekazywanie wiedzy innym - uczył tańca w Monachium, Berlinie, Florencji, Monte Carlo. Regularnie wracał do Warszawy jako pedagog, a w 1994 roku wyreżyserował "Werthera" Masseneta w Teatrze Wielkim, ze scenografią przygotowaną przez Le Corre. Był już wtedy wymagającym nauczycielem, którego nazywano "Wilczycą" - surowym, ale sprawiedliwym.
Rok później jego życie dobiegło jednak końca - od lat zmagał się z wirusem HIV, lecz ukrywał chorobę. Zmarł 28 sierpnia 1995 roku w Paryżu; pogrzeb odbył się na Père-Lachaise, a prochy, zgodnie z jego życzeniem, rozsypano nad Sekwaną.
Gerard Wilk pozostaje w pamięci jako symbol wolności wbrew czasom - artysta, który łączył scenę operową i estradę telewizyjną, klasykę i jazz, konserwatywne formy i popkulturową ekstrawagancję. Tancerz, którego kariera sięgała od Gliwic i Bytomia, przez Warszawę i Brukselę, po największe sceny świata. Człowiek, którego życie prywatne stanowiło nie mniej odważny manifest niż jego sztuka. Kolorowy ptak w szarej klatce PRL-u - metafora, która nie potrzebuje dopowiedzeń.
Zobacz też:
O "pierwszej damie polskiego humoru" pamięta dziś mało kto. Kim była Stefania Grodzieńska?







