"2026 is the new 2016". O tęsknocie za "nieświadomym" światem sprzed dekady
Wystarczyła ledwie dekada, by czas w popkulturze począł zjadać własny ogon; miast (mniej lub bardziej realnych) wizji jutra, bieżący rok już na wstępie przynosi bowiem estetyczne déjà vu, a hasło "2026 nowym 2016" traci z wolna znamiona cyfrowej fanaberii. Nie chodzi wszak jedynie o trend, lecz o rodzaj zbiorowego exodusu, w którym natarczywe "teraz" ustępuje miejsca "ostatnim momentom beztroski" - rok 2016 jawi się tym samym jako niemal arkadyjska przystań; moment, gdy przyszłość pozostawała obietnicą, a nie źródłem permanentnej niepewności.

Wbrew logice, której celem stała się nieustanna optymalizacja rzeczywistości, część globalnej wioski wykonuje więc niemal atawistyczny zwrot w tył. W cieniu algorytmów rodzi się tym samym (a właściwie - odradza) fascynacja niedoskonałością; owa "retromania" nie detronizuje jednak technologii, lecz tworzy dla niej rodzaj sentymentalnej alternatywy, w której prym wiodą analogowe emocje.
Zmęczenie perfekcją. Czy to koniec wizualnej poprawności?
By w pełni zrozumieć naturę zjawiska, należy zacząć od krótkiej charakterystyki minimalistycznych trendów, które zdominowały (nie tylko) sferę estetyczną w pierwszej połowie lat dwudziestych. Przez ostatnie pół dekady kultura wizualna co rusz zanurzała się bowiem w monotonii "clean girl aesthetic" - sterylnej, wygłądzonej przez filtry perfekcji, złożonej z kojących barw i obłych kształtów, mających tworzyć iluzję świata pozbawionego zbędnych tarć. W ten sposób pielęgnowano obraz codzienności opartej na bezpiecznych schematach, które z czasem zaczęły jednak nużyć swoją przewidywalnością. Tegoroczny "przewrót" może być więc sygnałem do poluzowania owej strategii - na rzecz nieskrępowanej, eklektycznej ekspresji.
O sile owego zwrotu nie decyduje jednak medialna kreacja tej czy innej celebrytki, lecz to, z jaką intensywnością estetyka "nowego 2016 roku" próbuje się zmaterializować. To, co zaczęło się jako sentyment, zyskuje bowiem wymiar sprawczy - fizyczna "rehabilitacja" nasyconych i chaotycznych form "wymusza" niejako powrót atmosfery wolnej od przymusu wizualnej dyscypliny.
"Korekta" ta rezonuje też znacznie głębiej, wykraczając poza wątki okołomodowe - z wolna wyczerpuje się bowiem model funkcjonowania oparty na nieustannym "redagowaniu siebie". W miejsce idealizowanego wellness ma więc szansę wkraczyć przyzwolenie na nieuporządkowanie, a nawet - "nadmierną intensywność". To socjologiczny zwrot ku spontaniczności, w którym kategoria "cringe'u" przestaje być stygmatem, a staje się dowodem na dystans do siebie.
Równolegle transformacji ulega również sam sposób rejestrowania rzeczywistości. W świecie zalanym przez hiperrealistyczne grafiki generowane przez sztuczną inteligencję, techniczna doskonałość zdjęcia stała się paradoksalnie czymś podejrzanym. Użytkowniczki i użytkownicy mediów społecznościowych instynktownie poczynają więc odrzucać "kuratorowanie" idealnych feedów, zwracając się ku "lo-fi" - wizualnej nonszalancji, przedkładającej spontaniczny, "szumiący" zapis chwili nad jego cyfrową obróbkę. Katalizatorem stały się zaś same algorytmy, co rusz podsuwając wspomnienia sprzed dekady, a tym samym przypominając o istnieniu innej, mniej wyreżyserowanej rzeczywistości. "Cyfrowe wykopaliska" - nieostre, spontaniczne i pozbawione dzisiejszej pozy - zdają się na nowo definiować pojęcie "prawdy", inspirując do sięgania po dawno zapomniane filtry i estetykę przypadkowego kadru. W tym kontekście rozmazane, spontaniczne ujęcie ma szansę znaczyć więcej niż wyretuszowany portret - staje się bowiem dowodem na to, że sytuacja zaistniała naprawdę, a za obiektywem stał człowiek z krwi i kości.
Wiele wskazuje więc na to, że w świecie generowanym przez maszyny to właśnie niedoskonałość ma szansę stać się najbardziej pożądanym luksusem.
Ostatni "bezpieczny zapis". Nostalgia jako ucieczka przed przyszłością
Próby zdiagnozowania przyczyn tej nostalgicznej fali nie powinny pomijać istotnego faktu - rok 2026 unieważnia niejako jedną z fundamentalnych zasad rządzących dynamiką popkultury. Do lamusa odchodzi bowiem niepisana "reguła dwudziestu lat", zakładająca, że cykl nostalgii potrzebuje dwóch dekad, by pokolenie konsumentów i konsumentek dojrzało do roli tworzących kulturę i zaczęło romantyzować okres własnego dorastania. Obecny trend skurczył ów dystans do zaledwie dziesięciu lat, co stanowi nie tylko rodzaj kulturowej anomalii, ale i dowód na niepohamowane przyspieszenie czasu w epoce cyfrowej. Internet "trawi" historię w trybie ekspresowym, a algorytmy serwujące codzienność sprawiają, że przeszłość nie ma szansy "zardzewieć" i w pełni wybrzmieć. Dekada okazuje się tym samym dystansem wystarczającym, by nabrać patyny "starych, dobrych czasów".
Mechanika czasu czy łatwa dostępność cyfrowych archiwów bez wątpienia "zasłużyły się" w tym procesie, lecz u jego podstaw leży przede wszystkim głęboka potrzeba emocjonalna. Kluczem do zrozumienia fenomenu "2026 is the new 2016" staje się tym samym kategoria "lekkości" i utraconej beztroski. Bo choć obiektywnie dziesięć lat temu nie brakowało napięć i pęknięć (dość wspomnieć sytuację w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii), w zbiorowej pamięci pokolenia Z czas ten zapisał się jako jeden z ostatnich "momentów niewinności" - przed zamknięciem świata w czterech ścianach cztery lata później oraz przed eskalacją cywilizacyjnego niepokoju.
W tym ujęciu nostalgia przestaje dotyczyć faktów, a staje się tęsknotą za określonym stanem ducha - za rzeczywistością, w której widmo nadchodzących wstrząsów nie przesłaniało jeszcze horyzontu. Umysł instynktownie ucieka do ostatniego "bezpiecznego zapisu gry" przed nieuchronną cezurą nowej dekady. Dla "zetek" (ale i dorastającej generacji alfa), tamten okres to również "vintage internet" - epoka, w której media społecznościowe pełniły zgoła odmienną funkcję. Ówczesne platformy służyły nieskrępowanej zabawie i komunikacji, a nie budowaniu zasięgów, zmaganiom o algorytmiczną widoczność czy monetyzacji każdego skrawka prywatności.
Fascynacja rokiem 2016 jest więc w istocie tęsknotą za błogą nieświadomością. Chęć powrotu do tamtej estetyki nie wynika z ich obiektywnej wybitności, lecz z faktu, że towarzyszyły one życiu wolnemu od wiedzy o tym, jak skomplikowana i wymagająca okaże się kolejna dekada. Niewiedza ta - z perspektywy "dzisiaj" - jawi się jako największy luksus, na który współczesnych już nie stać. W obliczu "polikryzysu" i lęku przed przyszłością ucieczka w chaotyczny eklektyzm staje się formą estetycznej terapii - rozpaczliwą, acz fascynującą próbą odzyskania kontroli, a tym samym powrotu do świata, który w zmitologizowanych wspomnieniach wydaje się zwyczajnie lżejszy.
Zobacz też:






