Zmierzch królów. Kim są kobiety, które przejmą trony Europy?
Europejskie uniwersum monarchiczne znalazło się przed dwoma laty w wyjątkowo osobliwym momencie - od stycznia 2024 roku na tronie nie zasiada bowiem ani jedna kobieta; po abdykacji Małgorzaty II (i poprzedzającej tę o ledwie kilkanaście miesięcy śmierci Elżbiety II) dynastyczna mapa kontynentu stała się męskim monolitem. Jest to jednak układ o charakterze tymczasowym - Stary Kontynent stoi u progu bezprecedensowej feminizacji korony, a "w kolejce" czeka już w pełni świadoma generacja następczyń. Skąd przychodzą? Kim są? I - co w XXI wieku zdaje się fundamentalne - dokąd zmierzają?

Umykającą w codzienności bezprecedensowość docenić można dopiero po zdmuchnięciu kurzu z archiwów - by odnaleźć podobną lukę w historii, należy cofnąć się znacznie dalej niż o kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. O ile pod uwagę wziąć wyłącznie królowe, o tyle okazuje się, że podobna pauza trwała nieco ponad pięć lat - jednak miało to miejsce jeszcze w XIX wieku, między 1828 a 1833 rokiem (a więc od końca pierwszego okresu panowania Marii II w Portugalii do objęcia hiszpańskiego tronu przez Izabelę II). Gdyby uwzględnić jednak wszystkie monarchinie (w tym te noszące tytuły księżnych, jak choćby Maria Ludwika - druga żona Napoleona I, a jednocześnie władczyni Parmy, Piacenzy i Guastalli), trop wiedzie aż do pierwszej połowy XVIII wieku. Wówczas to, w latach 1727-1730 (między śmiercią rosyjskiej cesarzowej Katarzyny I a wstąpieniem na tron cesarzowej Anny) Europa faktycznie rządzona była wyłącznie męską ręką. Dziś, po niemal trzystu latach, historia zatoczyła zaś koło.
Więcej niż jedno imię. Terminologiczny labirynt monarchii
Przy okazji warto też uporządkować nieco terminologiczny chaos, bowiem to, co polszczyzna "spłaszcza" do słowa "królowa", ma w rzeczywistości złożoną architekturę znaczeniową - najlepiej widać to zaś na przykładzie nomenklatury brytyjskiej (będącej w istocie kalką z łaciny i dawnej francuszczyzny). Fundamentem jest dychotomia między "queen regnant" a "queen consort". Pierwsza, wywodząca się z łacińskiego "regina regnans" ("królowa rządząca"), to suwerenna monarchini dzierżąca realną władzę (abstrahując od jej zakresu) - ta, która panuje, nie jest zaś tylko "żoną swojego męża". Druga - od "regina consors" ("towarzyszka losu" lub "królowa współdzieląca los") - to małżonka monarchy, pełniąca funkcje reprezentacyjne, lecz pozbawiona politycznej sprawczości; tego "rodzaju" bynajmniej jednak w Europie nie brakuje, dość wspomnieć Kamilę - królową Wielkiej Brytanii czy Letycję - królową Hiszpanii.
Część porządków przyznaje też określony status wdowom po królach. Tytuł "queen dowager" (ze starofrancuskiego "douairiere", czyli "z wdowią oprawą") pierwotnie określał status majątkowy arystokratki po śmierci męża. Z kolei "queen mother" - choć historycznie zakorzenione we francuskim wzorcu "reine mère" (a więc, dosłownie, "królowa-matka) - swoją współczesną, urzędową doniosłość zyskało na początku lat 50. XX wieku, gdy posłużyło do uporządkowania dynastycznego "tłoku" na brytyjskim dworze. Zabieg ten pozwolił uniknąć fatalnych pomyłek tytularnych (szczególnie w przypadku dwóch Elżbiet), a samej matce władczyni zapewnił pozycję nadrzędną wobec "zwykłych" wdów królewskich.
Od prawa salickiego do absolutnej równości. Ewolucja europejskich tronów
Po wyposażeniu w niezbędne instrumentarium można spojrzeć na monarchiczną mapę świata z perspektywy chłodnej statystyki. Obecnie na globie funkcjonuje ponad czterdzieści suwerennych monarchii (choć część to państwa Commonwealth realm, które połączone są z Wielką Brytanią unią personalną , z czego aż dwanaście znajduje się w Europie (alfabetycznie są to: Księstwo Andory, Królestwo Belgii, Królestwo Danii, Królestwo Hiszpanii, Księstwo Liechtensteinu, Wielkie Księstwo Luksemburga, Księstwo Monako, Królestwo Niderlandów, Królestwo Norwegii, Królestwo Szwecji, Państwo Watykańskie oraz Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej). To wciąż istotny odsetek, świadczący o trwałości tej starożytnej bądź co bądź instytucji. Z kręgu zainteresowań należy jednak na wstępie wyłączyć dwa z nich. Pierwszym jest Watykan - elekcyjna teokracja absolutna, gdzie kwestia sukcesji dynastycznej nie istnieje z oczywistych względów (brak następców jest wszak kluczowym "wymogiem kadrowym"). Drugie wykluczenie to Andora - specyficzna diarchia, w której rolę współksiążąt pełnią z urzędu prezydent Francji oraz biskup hiszpańskiego Urgell (i choć Pałac Elizejski może zająć kobieta, jej książęcy tytuł pozostanie jedynie proceduralnym dodatkiem do "kariery" głowy państwa). Pozostaje więc dziesięć dziedzicznych monarchii, w których gra o tron toczy się według ściśle określonych, choć ewoluujących reguł.
Kluczem do zrozumienia, dlaczego przyszłość Europy jest kobietą, pozostaje natomiast pojęcie primogenitury - zasady pierwszeństwa dziedziczenia. Przez wieki kontynentem rządziło prawo salickie lub agnatyczne, traktujące kobiety jako ogniwa "niezdolne do przekazywania władzy", a w najlepszym razie jako "opcję zapasową". Dziś jednak większość nowoczesnych monarchii europejskich przyjęła zasadę primogenitury absolutnej (zwanej też równorzędną) - oznacza to, że korona przypada najstarszemu potomkowi, niezależnie od płci. Szlak ten przetarła Szwecja w 1980 roku, w jej ślady poszły zaś między innymi Belgia, Norwegia czy Niderlandy. Warto zresztą odnotować, że w przypadku tych ostatnich, obecne rządy króla Wilhelma-Aleksandra są swoistym "wyjątkiem od reguły" - w latach 1890-2013 holenderski tron nieprzerwanie zajmowały bowiem kobiety, co dowodzi, że matriarchat nie jest tam nowinką, lecz ugruntowaną tradycją.
Nie wszędzie jednak czas płynie tak samo szybko. Hiszpania (choć następczyni tamtejszego tronu znajduje się w gronie będącym przedmiotem niniejszych rozważań) pozostaje jedyną dużą monarchią, która stosuje system kognatyczny z preferencją męską. Eleonora, księżniczka Asturii, zawdzięcza tym samym swoją pozycję wyłącznie faktowi, że nie posiada brata - gdyby ten przyszedł na świat, "zepchnąłby" ją w kolejce do sukcesji (co stanowi trudny do usunięcia konstytucyjny anachronizm). Podobny konserwatyzm widać w Monako, gdzie biologia przegrała z tradycją - choć księżniczka Gabriela jest starsza od swojego brata-bliźniaka Jakuba o dwie minuty, to on, jako mężczyzna, dzierży tytuł dziedzicznego księcia.
W porównaniu do reguł rządzących resztą globu zasady te jawią się jednak jako niewiele znaczące niuanse. Poza Starym Światem męski monopol na władzę nie jest bowiem wyjątkiem, lecz statystyczną normą; w zdecydowanej większości pozaeuropejskich monarchii - od Maroka, przez Arabię Saudyjską czy Oman, po Japonię - prawo sukcesyjne pozostaje nieprzejednanie patriarchalne. Ba, nawet w Europie ostał się ostatni przyczółek tej tradycji - tym jest zaś Liechtenstein; w alpejskim księstwie wciąż obowiązuje ścisłe prawo agnatyczne, które sprawia, że żadna kobieta nie ma prawa zasiąść na tamtejszym tronie, co stanowi dość jaskrawy ewenement.
Przyszłość jest kobietą. Portret zbiorowy nadchodzących władczyń
Skupmy się zatem wyłącznie na przyszłych reginae regnantes - kobietach, które niebawem zamienią rolę reprezentacyjnego tła na pierwszy plan, biorąc na barki pełną (choć różnie definiowaną) odpowiedzialność konstytucyjną. Nadchodząca generacja to bowiem postacie, które zrywają z wizerunkiem biernych statystek - obserwujemy wszak proces głębokiej profesjonalizacji urzędu, który w niestabilnych czasach ma pozostawać symbolem nienaruszalności.
Najlepszym tego przykładem jest następczyni szwedzkiego tronu - Wiktoria, księżniczka koronna i księżna Västergötlandu. Jej droga do sukcesji była relatywnie wyboista - urodziła się jako pierwsza w linii sukcesji (w roku 1977), by po narodzinach brata stracić tytuł, a następnie odzyskać go dzięki wstecznej zmianie prawa w 1980 roku (co zresztą do dziś pozostaje zadrą w jej relacjach z ojcem - królem Karolem XVI Gustawem). Wiktoria to jednak przede wszystkim "księżniczka ludzkich serc" w nowoczesnym wydaniu - otwarcie mówiąc o zmaganiach z cieniami własnej biografii, zbudowała kapitał zaufania nieosiągalny dla większości uczestników i uczestniczek debaty publicznej. Dziś postrzegana jest tym samym przez Szwedów i Szwedki niemal jako dyrektorka generalna firmy "Szwecja" - tytanka pracy dyplomatycznej, skupiona na zrównoważonym rozwoju i sprawach społecznych, a nie na dworskim blichtrze.
Podobną ścieżką intelektualnego rygoru kroczy belgijska następczyni - Elżbieta, księżna Brabancji (urodzona w roku 2001). Jest pierwszą w historii kraju kobietą, która (jak wskazują obecnie znaki na niebie i ziemi) odziedziczy tron z prawa urodzenia. Stawia przy tym na format "królowej-intelektualistki" - jej curriculum vitae to nie tylko szkolenia, ale przede wszystkim prestiżowe studia (historia i polityka w oksfordzkim Lincoln College oraz polityka publiczna na Harvardzie). W podzielonej Belgii Elżbieta wyrasta przy tym na idealne "spoiwo" - perfekcyjna znajomość wszystkich języków narodowych oraz dyplomatyczny sznyt mają uczynić z niej nowoczesny autorytet moralny, zdolny łagodzić pęknięcia siłą samego wizerunku.

Zupełnie inny model zdaje się reprezentować pierwsza w kolejce do tronu Królestwa Niderlandów, a mianowicie Katarzyna-Amalia, księżniczka Oranii. Holenderska następczyni tronu (która na świat przyszła w roku 2003) zdaje się idealnie wpisywać w tamtejszą tradycję "pracujących królowych", traktując swoje przeznaczenie z managerskim wręcz pragmatyzmem. Amalia zdefiniowała się w oczach opinii publicznej przede wszystkim bezprecedensowym gestem - dobrowolną rezygnacją z przysługujących jej apanaży do czasu podjęcia pełnych obowiązków. W świecie, gdzie przywileje są często brane za pewnik, decyzja ta została odebrana jako przejaw dojrzałości obywatelskiej i zrozumienie ducha czasów - przyszła królowa nie chce być bowiem "kosztem", lecz wartością dodaną dla swojego społeczeństwa.

Na Półwyspie Iberyjskim wspomniana już Eleonora (urodzona w 2005 roku) przechodzi proces, który prasa określa mianem "przyspieszonego dojrzewania do władzy". W kraju, gdzie cień skandali swojego dziadka - Jana Karola I, zwanego powszechnie Juanem Carlosem - wciąż kładzie się na działaniach dworu, księżniczka stała się niejako ostatnią deską ratunku dla wizerunku dynastii Burbonów, a zjawisko to zyskało nawet nazwę "leonormanía" (analogicznie do wcześniejszego "juancarlismo"). Każde jej wystąpienie publiczne jest analizowane pod kątem mowy ciała i retoryki, a nienaganna postawa ma być antytezą dla ciemnej przeszłości, przywracając Hiszpanom i Hiszpankom wiarę w sensowność korony.

Dopełnieniem niech będzie zaś Norwegia, gdzie mowa jednak nie o pierwszej, a drugiej w kolejce do tronu. Księżniczka Ingryda Aleksandra, przed którą na tronie zasiądzie jeszcze ojciec - książę Haakon - jest pierwszą Norweżką urodzoną (w 2004 roku) z niezbywalnym prawem do tronu (to zmieniono bowiem w roku 1990). Jej publiczna aktywność koncentruje się na tematach uniwersalnych, jak ekologia czy sport, jednak taka strategia pozwala utrzymać narrację o "zwyczajnej dziewczynie", co w egalitarnym społeczeństwie norweskim jest nie tyle wyborem wizerunkowym, co warunkiem niezbędnym dla stabilności korony.

Europa stoi więc w obliczu fascynującej zmiany. Niezależnie bowiem od niekończących się debat nad zasadnością utrzymywania monarchii w XXI wieku, pewne jest jedno: nadchodzące władczynie - Wiktoria, Elżbieta, Katarzyna-Amalia, Eleonora i Ingryda - to pokolenie, które może stanąć w obliczu wyzwań, jakich europejskie monarchie nie doświadczyły od kilku dekad. Wiele wskazuje przy tym, że to właśnie Wiktoria - z racji stażu i naturalnej kolei rzeczy - jako pierwsza z tego grona zamieni tytuł książęcy na królewski, przecierając szlak, którym w nadchodzących dekadach podąży reszta kontynentu.
Zobacz też:






