Radek Liszewski i Krzysztof Skiba wrócili do szkolnych lat. "Dostaliśmy zakaz"
Czy artyści, którzy dziś bez problemu radzą sobie przed wielką publicznością, równie dobrze czuli się kiedyś przy szkolnej tablicy? Radosław Liszewski i Krzysztof Skiba w "halo tu polsat" wrócili wspomnieniami do czasów podstawówki i szkoły średniej. Szybko okazało się, że szkolne ławki były dla obu świetnym miejscem do rozwijania kreatywności - choć nie zawsze dokładnie takiej, jakiej oczekiwali nauczyciele.
Były uwagi w dzienniczku, kabaret, którego scenariusza dyrekcja nie sprawdziła przed występem, nietypowa przygoda z dzwonkiem i lekcja dobrych manier. A zaczęło się od... sprawdzenia obecności.
I właśnie owo sprawdzanie obecności pokazało, że goście "halo tu polsat" nie zamierzają podchodzić do szkolnego tematu z nadmierną powagą. Radosław Liszewski zameldował się bowiem "z czerwonym paskiem, niekoniecznie na świadectwie", a Krzysztof Skiba zapewnił, że jest "obecny duchem i ciałem".
Kiedy jednak przyszło do wystawienia sobie ocen za zachowanie w szkolnej ławie, artyści nie próbowali kreować się na wzorowych uczniów.
Liszewski przyznał, że szczególnie w późniejszych klasach podstawówki zdarzało mu się czasem "urwać" z lekcji. Skiba miał z kolei nieco inny problem - jak przyznał, fizycznie pozostawał w klasie, ale jego myśli potrafiły wędrować bardzo daleko od tematu zajęć.
"Ja to bardzo często miałem tak, że się zamyślałem. Nauczycielka coś tłumaczy, z historii jakieś bardzo ważne rzeczy albo z matematyki, a ja myślę o czymś innym. [...] No to tam po prostu miałem swoje sprawy i tak dalej. Byłem też takim uczniem, który miał dużo uwag w dzienniczku" - wspominał Krzysztof Skiba.
Niektóre z tych uwag zapamiętał zresztą do dziś. Jak opowiadał, rozmowa z kolegą niejednokrotnie wydawała mu się znacznie bardziej interesująca niż to, co w danej chwili działo się przy tablicy.
"Były specjalne takie kartki na uwagi. I pamiętam tych nauczycieli w nerwach, bo oczywiście ciekawsza była rozmowa z kolegą. I najlepsza była taka uwaga: »Klasa chodzi po klasie, a Krzysiek nie zwraca uwagi na moje uwagi«" - mówił ze śmiechem.
Jak zauważyli prowadzący, wygląda na to, że już wtedy Skiba potrafił skutecznie zagadać niemal każdą sytuację. I - jak się okazało - szkolna ławka szybko przestała być dla niego jedynym miejscem artystycznej ekspresji.
Krzysztof Skiba założył pierwszy kabaret już w podstawówce
Zanim pojawiły się duże sceny, koncerty i zespół Big Cyc, była Szkoła Podstawowa nr 50 w Gdańsku. To właśnie tam Skiba założył swój pierwszy kabaret - Tapeta.
Pierwszy występ powstał jako niespodzianka dla koleżanek z klasy z okazji 8 marca. Zamiast tradycyjnych upominków uczniowie przygotowali przedstawienie. Pomysł okazał się na tyle udany, że młodzi artyści postanowili pójść krok dalej.
"Już w podstawówce założyłem swój pierwszy kabaret. To był kabaret Tapeta, Szkoła Podstawowa nr 50 w Gdańsku. Najpierw były takie żarty z okazji 8 marca. Zrobiliśmy dziewczynom oryginalny prezent. Nie jakieś kwiatki, tylko spektakl. I to się sprawdziło. To było tylko dla naszej klasy. Dziewczyny się śmiały, bo trochę parodiowaliśmy nauczycieli, więc zrobiliśmy już taki poważniejszy program" - opowiadał Skiba.
Młodzi kabareciarze zgłosili się z pomysłem do dyrekcji, a ta była zachwycona uczniowską inicjatywą. Problem pojawił się dopiero później - nikt wcześniej nie poprosił bowiem o przedstawienie scenariusza.
"Dyrekcja zachwycona, bo bardzo często było tak: »Uczcie się wierszy, róbcie«, a nikt nie chciał. A tu nagle inicjatywa uczniów, że sami. Super. I popełnili jeden błąd - nie sprawdzili naszych tekstów. Sala gimnastyczna, wszystkie klasy siódme, wszystkie klasy ósme. I oto, proszę bardzo, program. No i po tym występie dostaliśmy zakaz" - wspominał muzyk ze śmiechem.
Radosław Liszewski i szkolny dzwonek. Pokusa okazała się zbyt duża
Radosław Liszewski także miał w zanadrzu kilka historii, których raczej nie znajdziemy na świadectwach. Jedna z nich wydarzyła się jeszcze w podstawówce, w dniu... awarii sieci energetycznej.
Ponieważ nie działał szkolny dzwonek, jego rolę przejął tradycyjny ręczny dzwonek używany przez woźnego. I właśnie wtedy młodego Radosława dopadła pewna pokusa.
"Nie pamiętam, która to była klasa, może czwarta, piąta, szósta. W każdym razie podstawówka. Wyszedłem z klasy. Pamiętam, że to był dzień, w którym była jakaś awaria sieci energetycznej i nie było po prostu dzwonka. Woźny miał ten swój dzwonek: dum, dum, dum, dum. Poszedłem do toalety, wracam, a on stał na parapecie" - opowiadał Liszewski.
Jak można się domyślić, pozostawienie szkolnego dzwonka w zasięgu ucznia z dużą wyobraźnią nie było najlepszym pomysłem.
"A może lekcja trwała 25-30 minut, góra. No i czy mnie nie podkusiło... Przecież to jeszcze było niemożliwe, żeby ta lekcja się skończyła. Ale podkusiło mnie w każdym razie" - przyznał wokalista.
Można więc powiedzieć, że przynajmniej przez moment Liszewski miał realny wpływ na organizację szkolnego dnia. I nie była to ostatnia historia z jego edukacji, która po latach wywołuje uśmiech.
Liszewski wyszedł ze szkoły przez okno. Wszystko wydarzyło się w technikum
Prowadzący mieli dla wokalisty jeszcze jedno pytanie. Jak sami stwierdzili, "ptaszki ćwierkały", że w młodości zdarzyło mu się opuścić szkolne pomieszczenie przez okno.
Liszewski początkowo żartował, że miał o tym nie mówić, ale ostatecznie zdradził okoliczności całej sytuacji. Był wtedy uczniem technikum mechanizacji rolnictwa.
"Jak chodziłem do technikum, to było Technikum Mechanizacji Rolnictwa. Cztery dni normalnie chodziliśmy do szkoły, ale jeden dzień był taki warsztatowy - tokarnia, frezarnia, spawalnia. Mieliśmy takie działy, obróbka wszelaka. No i z chłopakami poszliśmy trochę popsocić za okno. Wpadamy z powrotem, a akurat wchodzi profesor" - opowiadał.
I właśnie wtedy doszło do rozmowy, z której Liszewski zapamiętał przede wszystkim... lekcję językowej elegancji.
"Profesor pyta: »Liszewski, gdzie byłeś?«. A później mnie pouczył: »Liszewski, nie mówi się tak, tylko: za potrzebą«. I tak mnie pouczył" - wspominał wokalista.
Jak skwitowano w studiu, szkoła rzeczywiście uczy wielu rzeczy - czasem nawet wtedy, gdy uczeń najmniej się tego spodziewa.
Po latach nauczyciel poprosił Liszewskiego, by mówił mu po imieniu
W rozmowie nie zabrakło jednak znacznie bardziej sentymentalnych wspomnień. Prowadzący zapytali gości, jak wyglądały ich spotkania z dawnymi nauczycielami już po zakończeniu szkoły.
Liszewski opowiedział o swoim wychowawcy, Andrzeju Małkińskim. Przez lata był dla niego przede wszystkim nauczycielem, dlatego przejście po latach na zupełnie inną formę znajomości nie przyszło artyście łatwo.
"Moim wychowawcą od piątej do ósmej klasy był pan Andrzej Małkiński. Po latach było nam dane się spotkać, posiedzieć przy herbacie. I powiem wam szczerze, że pan Andrzej wymusił na mnie to, żebym mówił do niego po imieniu" - opowiadał Liszewski.
Taki gest może wydawać się drobiazgiem, ale każdy, kto po latach spotkał swojego nauczyciela, prawdopodobnie zna to uczucie. Trudno nagle zwracać się po imieniu do osoby, która przez dużą część dzieciństwa pozostawała "panem profesorem".
Krzysztof Skiba chciał być szarmancki. Skończyło się lekcją kindersztuby
Na koniec Krzysztof Skiba przypomniał sobie jeszcze jedno wydarzenie z ósmej klasy. Zbliżał się koniec podstawówki, a przyszli licealiści czuli się już niemal dorośli. Młody Skiba także postanowił zachować się wyjątkowo dojrzale i szarmancko wobec swojej wychowawczyni, Danuty Śmiech.
"To już była końcówka ósmej klasy szkoły podstawowej. Wiadomo, że idziemy do liceum, a liceum to już prawie studenci. [...] Chciałem być taki bardzo szarmancki. Naszą wychowawczynią była pani Danuta Śmiech. Była naprawdę bardzo lubiana, wprowadzała taki miły nastrój" - wspominał.
Wtedy postanowił po raz pierwszy pocałować nauczycielkę w dłoń. Intencje były bez zarzutu. Z techniką poszło nieco gorzej.
"Ja właśnie po raz pierwszy w życiu chciałem tak szarmancko pocałować ją w dłoń. No i pocałowałem, ale to był tak zwany styl »wyrwij rączka«. Później mi wytłumaczono, że to mężczyzna się schyla i całuje dłoń, a nie ją wyrywa" - żartował Skiba.
Jak trafnie podsumowano w studiu, dla przyszłego muzyka była to prawdziwa "szkoła kindersztuby".








