Chopin w roli głównej i wyjątkowe spotkanie na scenie. Duet Żółkowska-Holtz o innowacyjnej sztuce oraz artystycznej drodze
Kiedy na jednej scenie pojawiają się osoby połączone więzami krwi, siłą rzeczy budzi to ogromną ciekawość publiczności; w przypadku Joanny Żółkowskiej i jej córki, Pauliny Holtz, tego rodzaju zawodowe spotkania wpisały się już w stały rytm artystycznej współpracy. Ich pierwszą wspólną realizacją na teatralnych deskach był spektakl "Po co są matki?" w Teatrze Polonia - na podstawie sztuki Hindi Brooks, wyreżyserowany przez Roberta Glińskiego. Pod okiem tego samego reżysera obie aktorki występują również w swoim najnowszym projekcie - tym razem na warsztat trafiła jednak adaptacja powieści Érica-Emmanuela Schmitta (twórcy kultowego "Oskara i pani Róży"), nosząca tytuł "Pani Pylińska i sekret Chopina".
Inicjatywa sięgnięcia po ten konkretny materiał wyszła bezpośrednio od Joanny Żółkowskiej.
"Wpadłam na pomysł, by wykorzystać ten tekst i zrobić przedstawienie, które łączyłoby koncert na żywo z akcją dramatyczną", mówiła, podkreślając tym samym, że stworzony spektakl to wydarzenie, w którym muzyka nie stanowi jedynie tła, lecz staje się pełnoprawną bohaterką inscenizacji.
Aktorski trzon tego wielowymiarowego przedstawienia - oprócz Joanny Żółkowskiej i Pauliny Holtz - współtworzy Kacper Kuszewski, a tercetowi temu na scenie towarzyszy wybitna pianistka, Lena Ledoff. To właśnie innowacyjne sprzężenie sztuki dramatycznej z wykonywanymi na żywo utworami Fryderyka Chopina stanowi o absolutnej wyjątkowości tej formy, niosąc za sobą również potężną misję popularyzatorską.
Jak zauważyła Paulina Holtz, ten niecodzienny format budzi u odbiorców niezwykle głębokie, nierzadko wręcz odkrywcze emocje.
"Bardzo wiele osób, które przychodzi na to przedstawienie ze względu na dramaturgię, na nazwiska czy na to, że chcą zwyczajnie przyjść do teatru, mówi: »Boże, ja nigdy nie słyszałam Chopina na żywo«. To zupełnie inne doświadczenie, usłyszeć tę muzykę graną ze sceny", przyznała.
Artystki z nieskrywaną satysfakcją docierają z tym wymagającym repertuarem do mniejszych ośrodków kulturalnych, dając widzom oraz widzkom unikalną szansę bezpośredniego obcowania z wybitnymi kompozycjami; to wartość nie do przecenienia.
Nim doszło do owocnych, wspólnych projektów, Paulina musiała jednak wydeptać własną ścieżkę. Wejście w zawodową dorosłość w ślad za utytułowaną matką zazwyczaj niesie za sobą ryzyko nieustannych porównań. Nic więc dziwnego, że początkowo próbowała ona ominąć sceniczne przeznaczenie, studiując dwa zupełnie inne kierunki.
"Długo miałam tę nadzieję, ale nie udało się", przyznała z uśmiechem, nawiązując do wczesnych prób "ucieczki" przed aktorskimi genami.
Ostatecznie sceniczne powołanie okazało się silniejsze, co po latach otworzyło przed obiema artystkami przestrzeń do dojrzałej współpracy.
Praca bez rywalizacji. O łączenie życia prywatnego z zawodowymi wyzwaniami
Praca w branży, która niejako z natury nagradza egocentryzm, mogłaby stanowić pole nieustannych tarć - środowisko artystyczne rzadko bywa bowiem wolne od ukrytej rywalizacji. Mimo to duet Joanny i Pauliny stanowi zaprzeczenie stereotypów o zawodowej zawiści.
"Rzeczywiście ten zawód opiera się na »ja, ja, ja« - »ja najpiękniejsza«, »ja najlepsza« i tak dalej. Ale my tego w ogóle nie mamy. Zwłaszcza wobec siebie nawzajem", zadeklarowała Żółkowska, ucinając spekulacje o zakulisowych animozjach.
Międzypokoleniowy komfort twórczy ujawnił się już wcześniej, podczas realizacji wspomnianej sztuki "Po co są matki?". Mierząc się z tekstem o chłodnej relacji, aktorki ze zdumieniem obserwowały widzki, dla których podobna współpraca z własnymi rodzicielkami wydawała się niewyobrażalna. W ich przypadku granice między życiem prywatnym a sceną zatarły się bezkolizyjnie.
"W naszym przypadku to jest bardzo płynne i jest taką kontynuacją tego, jaką mamy relację w życiu", podsumowała Holtz.
Obecne porozumienie stanowi zwieńczenie długiego procesu wychowawczego i nauki wzajemnego zaufania. Dzieciństwo Pauliny Holtz upływało pod znakiem niespożytej energii i ciągłego wyprzedzania o krok swoich rodziców. Pozostając w nieustannym ruchu, wymagała od matki zachowania szczególnej czujności. W rodzinnych wspomnieniach do dziś powracają anegdoty o momentach, w których ten ogromny temperament doprowadzał do błyskawicznych, ryzykownych ucieczek w najmniej oczekiwanych miejscach, zmuszając Joannę Żółkowską do śledzenia każdego kroku córki i natychmiastowego reagowania.
Z biegiem lat wychowawcze podejście uległo jednak wyraźnej ewolucji, zmierzając w stronę coraz większej autonomii. Dziś to Paulina kładzie nacisk na samodzielność własnych córek, naturalnie cedując na nie część codziennych obowiązków i ucząc brania odpowiedzialności za własne decyzje. Joanna z kolei, przyglądając się z boku edukacyjnym dylematom dorastających wnuczek - z których jedna szuka właśnie swojej drogi na studiach, a druga mierzy się z egzaminem dojrzałości - zachowuje zdrowy dystans. Całkowicie zrezygnowała z potrzeby kontrolowania cudzych ścieżek i wpływania na wybory kolejnego pokolenia, z ulgą przyjmując pozycję życzliwej, zdystansowanej obserwatorki.
Historia obu artystek to wspaniały dowód na to, że fundamentem udanej relacji, zarówno tej prywatnej, jak i zawodowej, zawsze pozostaje przestrzeń na życiową indywidualność.







