Zachwycał na scenie, ujmował w rozmowie. Maria Szabłowska o Marku Grechucie
Maria Szabłowska miała okazję poznać Marka Grechutę na początku jego kariery, a później wielokrotnie spotykała go zarówno podczas wydarzeń muzycznych, jak i w mniej oficjalnych okolicznościach. Z perspektywy lat zapamiętała przede wszystkim jego serdeczność, otwartość i szczególną umiejętność nawiązywania kontaktu. Choć na scenie sprawiał wrażenie artysty otoczonego pewną aurą niedostępności, w bezpośredniej rozmowie szybko znikał wszelki dystans.
"Pamiętam chyba wszystkie spotkania z Markiem Grechutą" - przyznała, podkreślając, że porozumienie z nim przychodziło niemal natychmiast, co w pracy dziennikarskiej wcale nie jest oczywistością.
Jednym z ostatnich wspomnień Szabłowskiej pozostaje spotkanie przy okazji uroczystości związanej z wręczeniem medali "Zasłużony Kulturze Gloria Artis" w 2005 roku. Po oficjalnej części wydarzenia oboje mieli jeszcze okazję porozmawiać podczas bankietu. Szabłowska wróciła do tamtych chwil, podkreślając, jak szczególną postacią był Grechuta nie tylko jako wykonawca, ale również jako człowiek.
W jej ocenie artysta dokonał czegoś, co na przełomie lat 60. i 70. trudno było uznać za oczywisty przepis na sukces - wprowadził ambitną poezję na estradę zdominowaną przez znacznie przystępniejszy repertuar. W czasach, gdy od popularnej piosenki oczekiwano przede wszystkim chwytliwej melodii i łatwego w odbiorze tekstu, Grechuta proponował utwory wymagające większego skupienia.
Szczególną rolę w kształtowaniu ich brzmienia odegrał Jan Kanty Pawluśkiewicz, z którym Grechuta stworzył grupę Anawa. Połączenie literackich tekstów z nieoczywistymi aranżacjami, wykorzystującymi między innymi skrzypce i gitarę elektryczną, wyróżniało zespół na tle ówczesnej estrady. Kiedy w 1968 roku artysta po raz pierwszy wystąpił na festiwalu w Opolu, zaprezentował publiczności muzykę wykraczającą poza przyjęte schematy.
Jak zauważyła Szabłowska, początkowo nie było pewności, czy taka propozycja spotka się z zainteresowaniem szerokiej publiczności. Okazało się jednak, że ambitniejszy repertuar nie musi pozostawać domeną wąskiego grona odbiorców i odbiorczyń - może wszak zdobyć popularność i trafić na najwyższe miejsca list przebojów.
Wystarczyło, że pojawił się w sali. Maciej Miecznikowski wspomina Marka Grechutę
Szczególne wspomnienie o Marku Grechucie wiąże się również z początkami muzycznej drogi Macieja Miecznikowskiego. W 1989 roku wykonawca został wyróżniony na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie; podczas festiwalowego bankietu, na którym występował Andrzej Zaucha, wydarzyło się zaś coś, co na długo pozostało w jego pamięci.
W pewnym momencie do sali wszedł Marek Grechuta. Jego pojawienie się wywołało wyraźne poruszenie wśród zgromadzonych. Miecznikowski pamięta przede wszystkim atmosferę tamtej chwili i wrażenie, jakie obecność Grechuty wywarła na młodszych osobach z muzycznej branży.
Choć obaj znaleźli się wówczas w tym samym miejscu, nie doszło między nimi do rozmowy. Nie pozostała też żadna wspólna fotografia - jedynie obraz zachowany we wspomnieniach. Jak przyznał Miecznikowski, właśnie od tamtego wydarzenia symbolicznie liczy początek swojej artystycznej kariery.
Z czasem sam zaczął sięgać po repertuar Grechuty, między innymi w muzycznym widowisku "Nie dokazuj!", poświęconym twórczości artysty oraz Jana Kantego Pawluśkiewicza. W rozmowie przyznał, że choć nigdy szczególnie nie przepadał za poezją śpiewaną, utwory Grechuty stanowiły dla niego wyjątek. Fascynowało go zwłaszcza zestawienie muzycznej klasyki z rockową energią.
"Klasyka łączy się z rockiem" - zauważył, wskazując na charakterystyczne współbrzmienie skrzypiec i gitary, które nadawało tym kompozycjom wyjątkową dynamikę.
Osobnym wyzwaniem pozostaje sposób interpretowania tekstów. Jak podkreślał Miecznikowski, śpiew Grechuty sytuował się gdzieś pomiędzy mową a melodią, dzięki czemu opowiadane historie brzmiały niezwykle naturalnie. Artysta miał własny, trudny do podrobienia styl, a jego piosenki - wśród których Miecznikowski wymienił między innymi mniej znaną "Historię pewnej podróży" - wciąż przyciągają na koncerty różne pokolenia.
Rodzinny ślad w Zamościu. Rafał Brzozowski o zaskakującym związku z Grechutą
Nieco inną więź z Markiem Grechutą odczuwa Rafał Brzozowski. Choć nie miał okazji poznać go osobiście, obaj artyści związani są z Zamościem. Grechuta przyszedł tam na świat i uczęszczał do I Liceum Ogólnokształcącego imienia Jana Zamoyskiego, w którym nauczycielem matematyki i fizyki był dziadek Brzozowskiego.
Do dziś pozostaje jednak niewyjaśnione, czy wśród jego uczniów znajdował się również przyszły autor "Dni, których nie znamy".
"Nie zdążyłem o to dopytać" - przyznał Brzozowski, wyjaśniając, że jego dziadek zmarł w 1991 roku, zanim muzyk zainteresował się tą częścią rodzinnej historii.
Gdy odwiedza Zamość, chętnie zagląda w okolice domu, w którym mieszkał Grechuta. Zwraca również uwagę na wycieczki zatrzymujące się przy poświęconej mu tablicy pamiątkowej. Dla Brzozowskiego twórczość artysty pozostaje jednym z najważniejszych osiągnięć polskiej muzyki, choć sam przyznaje, że jej wykonywanie nie należy do łatwych zadań.
Wymagające teksty, rozbudowane aranżacje i charakterystyczny sposób prowadzenia melodii sprawiają, że interpretowanie tych utworów wymaga szczególnego skupienia. Właśnie dlatego Brzozowski, przygotowując się do występu, zwracał uwagę nie tylko na warstwę muzyczną, lecz także na znaczenie śpiewanych słów. Podczas pierwszolistopadowego wydania "halo tu polsat" wspominano również innych wybitnych wykonawców polskiej sceny, między innymi Zbigniewa Wodeckiego i Andrzeja Zauchę. Nieprzypadkowo to właśnie "Dni, których nie znamy" wybrano jednak na zakończenie programu w wykonaniu Rafała Brzozowskiego.
Dwie dekady po odejściu Marka Grechuty jego dorobek nie jest wyłącznie częścią muzycznej historii. Jak podkreślali goście, utwory stworzone przed wieloma laty nadal znajdują miejsce we współczesnym repertuarze, a ich słowa pozostają bliskie także tym, którzy nie mieli okazji oglądać artysty na scenie. O trwałości jego twórczości najlepiej świadczy więc nie liczba wspomnień, lecz fakt, że wciąż chce się jej słuchać.







