O wywiadzie, do którego miało nie dojść. Bo telewizja była zła
Mimo że z historyczno-politycznego punktu widzenia wybory z czerwca 1989 roku uznawane są (i to nie bez przyczyny) za punkt przełomowy, w rzeczywistości zmiany – szczególnie te odczuwane przez niemających za wiele wspólnego z kręgami tak odchodzącej, jak i przychodzącej władzy – nie nastąpiły z dnia na dzień, zaś życie toczyło się dalej. Swoim tempem. Szarym tempem.
I choć owa szarość z wolna zaczynała nabierać kolorów, prędkość ta wydała się niektórym niewystarczająca. Wśród niektórych znalazła się zaś między innymi Joanna Szczepkowska.
"Miałam ochotę podejść do tych ludzi i zawołać: »Jesteśmy po drugiej stronie muru! Możemy rysować graffiti! Ucieszcie się, chociaż przez chwilę!« Niech będzie w naszej pamięci, w naszej historii jakieś święto, dzień uwolnienia dobrej, radosnej energii. Może trzeba było tam pójść, wstać nagle i krzyknąć: »Ludzie, jesteśmy wolnym krajem!«", pisała w książce o znamiennym tytule "4 czerwca".
I w gruncie rzeczy rzeczywiście "krzyknęła", choć w swoim stylu. Mało brakowało jednak, by nigdy nie miała co do tego sposobności. Gdy w październiku 1989 roku odebrała bowiem telefon z redakcji "Dziennika Telewizyjnego" i usłyszała propozycję krótkiego wywiadu "o życiu i planach", bez zastanowienia odmówiła. No bo jak to? Przyjaciółka Popiełuszki legitymizująca swoją obecnością peerelowską tubę propagandową? Po chwili przyszła jednak refleksja, a Szczepkowska oczami wyobraźni zobaczyła szansę na posłanie Polsce "dobrej nowiny". I to w antenowym prime timie.
"Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku...", czyli o "hermesowej" roli Szczepkowskiej
Szczęśliwie redaktorka "Dziennika" zadzwoniła ponownie. 28 października 1989 roku Joanna stawiła się więc w telewizyjnej siedzibie, do końca nie wiedząc jednak, jak w istocie zabrzmieć powinno jej przesłanie. Na miejscu okazało się, że schodów będzie nieco więcej – rozmowa miała bowiem zostać nagrana wcześniej. W głowie Szczepkowskiej pojawiły się tym samym kolejne obawy. Mimo to, gdy – już pod okiem kamer – usłyszała pytanie o plany, zadziałała instynktownie, prosząc prowadzącą o zamianę miejsc.
"Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm", powiedziała po chwili, patrząc prosto w obiektyw, by kilka minut później dowiedzieć się, że... rozmowę trzeba powtórzyć.
O dziwo, przebiegła ona identycznie. Aktorka wspominała po latach, że do domu dotarła już po emisji "Dziennika" z przekonaniem (graniczącym z pewnością), że telewizja nie zdecydowała się na wyemitowanie ostatniego, najważniejszego zdania.
"Dochodzę do swojego osiedla. We wszystkich prawie oknach pali się światło. Wchodzę do mieszkania. Cała podłoga w kwiatach", pisała.
Telefon rozdzwonił się od razu, gratulacje płynęły zewsząd, na bramie Uniwersytetu Warszawskiego zawisł zaś transparent z napisem "Joanna Szczepkowska niech żyje!". Wtedy wiedziała już, że przełom prawdziwie nastąpił, a jej "hermesowa" misja zakończyła się sukcesem.
"Dlaczego oni to puścili? To chyba prostsze niż się wydaje. Bo im też było to potrzebne. Bo 4 czerwca skończył się w Polsce komunizm i oni to wiedzieli tak samo dobrze jak my", podsumowała. I to już w prawdziwie wolnej ojczyźnie.
Sławne zdanie wypowiedziała raz jeszcze ponad trzy dekady później, po wyborach w 2023 roku, tym razem z teatralnej sceny. I choć podmiot był inny, motywacje z całą pewnością podobne.
Jej biografia to jednak nie tylko znamienne słowa, wypowiedziane 35 lat temu. Godzinami można by bowiem rozprawiać o rolach (tak teatralnych, jak i filmowych) czy rodzinnych koligacjach. Mało kto ma bowiem wśród przodków autora książek czytanych przez pokolenia, dwukrotnie nominowanego do literackiego Nobla (a mowa o Janie Parandowskim, twórcy "Mitologii", prywatnie zaś – dziadku artystki) czy aktora, którego twarz oglądała niegdyś na ekranach cała Polska (Andrzej Szczepkowski, ojciec Joanny, wykreował bowiem między innymi rolę Henryka Kamińskiego w kultowej "Wojnie domowej"). To jednak już materiał na inną, choć nie mniej pasjonującą historię.

Zobacz też:
Do czterech razy sztuka. O Januszu Gajosie, kilku żonach i prawdziwej miłości







