Pokojówka i literat, czyli od pierwszej "randki" do światowego arcydzieła
Wczesnym latem 1904 roku podążający wzdłuż dublińskiej Nassau Street dwudziestodwuletni Joyce znajdował się w stanie egzystencjalnej matni. Dręczony wielką żałobą i poczuciem wyobcowania, dryfował ku solipsystycznej arogancji, którą na kartach powieści miał wkrótce oddać Stephen Dedalus; zbieg okoliczności sprawił jednak, że na drodze zgorzkniałego literata stanęła Nora Barnacle. Kasztanowłosa kobieta o pewnym, swobodnym kroku pracowała wówczas jako pokojówka w Finn's Hotel, a jej nazwisko - oznaczające w języku angielskim pąklę, a więc morskiego skorupiaka o nadzwyczajnej zdolności do trwałego przywierania do okrętowych kadłubów - miało stać się wkrótce zgoła ironicznym, acz trafnym omenem, zapowiadającym niemal czterdziestoletnie scalenie dwóch całkowicie odmiennych światów.
Droga do owego zjednoczenia nie była jednak pozbawiona wybojów; na pierwsze spotkanie Nora nie przyszła, co w innych okolicznościach bezpowrotnie przekreśliłoby ową znajomość. Joyce wykazał się jednak rzadką u siebie determinacją, co zaowocowało kolejną próbą - w czwartkowy wieczór, 16 czerwca. Odbyli oni wówczas długi spacer w kierunku ubogiej dzielnicy Ringsend, a wydarzenia owego wieczoru dalekie były od platonicznych konwenansów podyktowanych przez edwardiańską pruderię; pokojówka z Galway, wykazując się niebywałą jak na ówczesne standardy swobodą, podarowała zagubionemu intelektualiście namacalny dowód akceptacji jego cielesności. Akt ten został później udokumentowany w niezwykle szczerych listach do żony. Pisarz traktował ów epizod nie tylko w kategoriach zaspokojenia, lecz jako fundamentalną inicjację w uziemioną dorosłość, pisząc do Nory: "To ty zrobiłaś ze mnie mężczyznę".
Incydent ten odmienił nie tylko prywatne życie Irlandczyka, ale i oś światowej literatury. Owo czerwcowe popołudnie i wieczór podzieliły wewnętrzne życie artysty na dwa zupełnie odrębne etapy. Nauczyły go poszukiwania tego, co badacze i badaczki określają mianem niezwykłości w rzeczach pospolitych; to właśnie wtedy zrodził się zarys postaci Leopolda Blooma - pobłażliwego, pełnego ludzkich wad wędrowca, uosabiającego nade wszystko triumf zwykłego człowieczeństwa nad wzniosłym, pustym patosem. Literackim echem Nory stała się zaś Molly Bloom, jawiąca się na kartach epopei jako potężna apoteoza nieskrępowanej witalności, tak odległa od sterylnego cynizmu z wcześniejszych lat twórczości Joyce'a. Akt osadzenia monumentalnej, liczącej ponad ćwierć miliona słów epopei w ciasnych ramach pojedynczej doby stanowił natomiast najbardziej elokwentny hołd oddany kobiecie, która wyrwała go z otchłani samotności. Pisarz zaadaptował w ten sposób starożytny, homerycki mit, zamykając dziesięcioletnią odyseję w osiemnastu godzinach z życia dublińskich ulic i czyniąc ze zwykłego czwartku absolutne centrum literackiego wszechświata.
Od kpiarskich przejażdżek po wielkie święto. O narodzinach Bloomsday
Nim 16 czerwca przeobraził się w zinstytucjonalizowane święto, upamiętnianie pierwszego spaceru miało charakter zgoła elitarny, a niekiedy - całkowicie anarchiczny. Zjawisko deifikacji owego dnia rozpoczęło się na emigracji, gdzie Joyce z melancholią począł odnotowywać pierwsze przejawy oddolnego uwielbienia; dwadzieścia lat później, w 1924 roku, w jednej z paryskich klinik (gdzie przechodził rekonwalescencję po kolejnej operacji okulistycznej) artysta odbierał od zafascynowanych swym dziełem wyznawców i wyznawczyń kuriozalne bukiety ufarbowanych na biało i niebiesko hortensji.
Krajowy grunt okazał się zgoła mniej podatny na intelektualne egzaltacje i przez całe dekady zionął do autora potężnym resentymentem. Pierwsze dublińskie obchody Bloomsday, zorganizowane w pięćdziesiątą rocznicę spotkania Jamesa i Nory przez nietuzinkowego artystę Johna Ryana, stanowiły wybitnie satyryczną parodię samego procesu analitycznego. Wynająwszy staroświeckie dorożki konne, doborowe towarzystwo literackie - w skład którego weszli tacy mocarze irlandzkiego pióra jak Brian O'Nolan czy Patrick Kavanagh - miało zamiar podążać śladami Blooma od wieży w Sandycove aż do upadłej dzielnicy Nighttown; rozkład jazdy uległ jednak gwałtownej dezintegracji ze względu na obfitą ulewę i równie obfity stan wskazujący uczestników. Epizod ten położył jednak niepodważalny kamień węgielny pod to, co w kolejnych dekadach miało ewoluować w formę absolutnego dziedzictwa narodowego.
Współczesna fizjonomia dublińskich obchodów dowodzi, że arcydzieło wyklęte niegdyś przez cenzurę urosło do rangi niezbywalnego katalizatora miejskiej tożsamości. Ulica przestała pełnić wyłącznie funkcję anonimowego ciągu komunikacyjnego, stając się sceną wielowymiarowego performansu; w czerwcowe dni stolica Irlandii roi się tym samym od setek spacerowiczów i spacerowiczek, którzy z pieczołowitością odtwarzają ścieżki homerycznej wędrówki. Literacki szlak wchłonął zarazem sferę kulinarną, czyniąc z prostego aktu odżywiania się swoistą, sekularną formę hołdu. Tradycyjne spożywanie rano silnie pachnącej na patelni wieprzowej nerki, a w porze lunchu obowiązkowy kieliszek burgunda i kanapka z pleśniowym serem gorgonzola u Davy Byrne'a, pozwalają wyjść poza ramy czysto intelektualnej lektury, przywracając ciału miejsce obok umysłu.
W szerszym ujęciu kulturowym ów oddolny fenomen udowadnia, że literatura najwyższej próby ostatecznie opuszcza ramy papierowego wolumenu, by zyskać autonomiczne, pulsujące życiem miejsce w przestrzeni miejskiej. Coroczna celebracja czerwcowej daty stała się triumfem zmysłowej pospolitości nad wielką, przemijającą historią; uosabia ona głęboki humanizm, w którym codzienne troski, fizjologia oraz drobne dylematy jednostki zyskują rangę uniwersalnego mitu. Spacer, rozpoczęty przed laty na południowym nabrzeżu rzeki Liffey, ostatecznie zatarł granicę między fikcją a rzeczywistością, przypominając z perspektywy czasu, że najtrwalsze pomniki ludzkiej wyobraźni wznoszą się na fundamencie autentycznego, intymnego spotkania; to właśnie ta bezwarunkowa afirmacja zwykłego istnienia pozwala joyce'owskiemu Dublinowi trwać w świadomości kolejnych pokoleń badaczy i badaczek jako wiecznie żywe serce nowoczesnej kultury.







