Czerwony ponton jako punkt zwrotny. Zaskakujące początki "pałacowego" biznesu
Początkowo zawodowe ścieżki obu bohaterów niniejszej historii skrzyżowały się w Zieleńcu, gdzie funkcjonowali w realiach sportów zimowych - prowadząc wypożyczalnię sprzętu i ucząc jazdy na nartach. To, co zdefiniowało ich późniejszą karierę, narodziło się jednak z zupełnie prozaicznej sytuacji. Kiedy kilkanaście lat temu jeden z nich dostrzegł w hurtowni czerwony ponton, wystarczył krótki telefon i szybka decyzja o podzieleniu się kosztami, by za trzy tysiące złotych rozpocząć nowy, życiowy rozdział. Ta niepozorna inwestycja zapoczątkowała organizację spływów rzecznych; z upływem lat flota rozrosła się z kilku do ponad stu pięćdziesięciu jednostek.
Przemierzając Nysę Kłodzką między Ławicą a Bardem, turyści oraz turystki mogą podziwiać nie tylko naturalne bogactwo regionu, ale i historyczne ciekawostki - jak choćby Skałę Napoleona, noszącą ślady dawnych potyczek. To właśnie z perspektywy wodnego nurtu wspólnicy dostrzegli niszczejącą posiadłość; budowla zaintrygowała ich na tyle mocno, że postanowili całkowicie odmienić jej los.
Neorenesansowa perła w stanie upadku. O odzyskiwaniu dawnego blasku
Decyzja o zakupie pałacu zapadła niemal impulsywnie; po opłaceniu wadium z firmowego konta, w portfelach nowych właścicieli pozostały zaledwie symboliczne kwoty. Nabyta przez nich nieruchomość to autentyczna perła z XVIII wieku, gruntownie przebudowana pod koniec kolejnego stulecia na zlecenie ówczesnego posiadacza majątku, Rudolpha Schöllera. Ta eklektyczna budowla, łącząca w sobie cechy neorenesansowe i neobarokowe, znajdowała się w momencie zakupu w stanie upadku - pozbawiona instalacji oraz dawnego blasku. Przedsiębiorcom udało się jednak ocalić część oryginalnej sztukaterii, wiekową stolarkę okienną i drzwiową, a także unikatowy piec z epoki.
Równie istotnym punktem tej inwestycji okazały się okoliczne zabudowania folwarczne. Właściciele zorganizowali tam nieszablonowe muzeum, które angażuje bez poczucia akademickiej nudy. Zgromadzono w nim intrygujące artefakty, w tym rekwizyty filmowe przekazane im w ramach współpracy przez reżysera Jana Jakuba Kolskiego.
Renowacja w skali makro. Jak utrzymać wielowiekową twierdzę?
Kolejnym etapem na drodze rewitalizacji dolnośląskich zabytków okazał się zamek w Międzylesiu, nabyty w wyniku dobrych relacji z poprzednimi właścicielami. Budowla, o powierzchni zadaszonej liczącej niemal hektar, stanowi fascynujący przekrój architektonicznych epok. Jej początki sięgają XIV wieku i rodu Glaubitzów; później została odbudowana jako renesansowy dwór przez rodzinę Tschirnhausów, a pod koniec XVII stulecia przestrzeń powiększono o nową, barokową część, wzniesioną przez ród Althannów.
Żona jednego ze wspólników, Angela Herberger, przyznawała początkowo, że skala tego przedsięwzięcia wydawała się całkowicie przekraczać ich możliwości. Dziś jednak, z młotkiem i śrubokrętem w dłoni, aktywnie angażuje się w prace remontowe, które zainicjowano od pilnego zabezpieczenia nieszczelnego dachu.
Jak zauważają właściciele, potężne mury skrywają nie tylko wspaniałą salę balową, ale i udokumentowane historie o... sześciu duchach. Zjawiska te wiążą się z dawnymi mieszkańcami i mieszkankami, w tym z przedstawicielką wspomnianych Althannów.
Mimo ogromu logistycznych wyzwań i chwilowego zmęczenia, przedsiębiorcy nie tracą zapału; czerpią ogromną satysfakcję z przywracania blasku historycznym wnętrzom, a w ich umysłach już powoli kreują się plany na ocalenie kolejnych, zapomnianych miejsc.







