Sekundy, które zmieniły wszystko. Kamila Sellier miesiąc po igrzyskach
Łyżwiarstwo szybkie na torze krótkim to zjawisko o ogromnej dynamice. Na zamkniętym, liczącym zaledwie 111 metrów torze, rywalizuje jednocześnie od pięciu do nawet dziewięciu osób. Jak obrazowo i niezwykle trafnie podsumowuje to pierwszy trener zawodniczki, Ireneusz Borowiecki, to po prostu "żużel na łyżwach". Diané Sellier - mąż Kamili, Francuz od kilku lat reprezentujący Polskę - dodaje, że przemieszczanie się po lodzie z tak zawrotną prędkością, na bardzo cienkich płozach, dla wielu może wydawać się wręcz przerażające. To właśnie w tych uwarunkowaniach bohaterka niniejszej historii przygotowywała się do swojego olimpijskiego startu.
Sama zawodniczka przyznawała, że do tak ważnego wydarzenia trenuje się de facto przez całe życie, a rygorystyczny cykl obejmuje pełne cztery lata. W Mediolanie czuła się silna - miała sprecyzowany plan i świadomość, że ten konkretny wyścig leży w zasięgu jej możliwości. Niestety, sportowy los okazał się niezwykle przewrotny. Podczas biegu jadąca tuż obok Amerykanka upadła na taflę w taki sposób, że płoza jej łyżwy niefortunnie powędrowała do tyłu, trafiając prosto w twarz upadającej w tym samym ułamku sekundy Polki. Skutki tego mocnego uderzenia były poważne - złamanie kości w aż trzech miejscach (konieczna była rekonstrukcja oczodołu). Dziś panczenistka przyznawała, że znalazła się "w złym miejscu i w złym czasie".
Dla najbliższych chwile tuż po zdarzeniu ciągnęły się w nieskończoność. Matka łyżwiarki, Joanna Kujawska, wspominała, że początkowo sytuacja wyglądała zaledwie jak zwykłe potknięcie. Kobieta dodaje, że przez lata nie dopuszczała do siebie myśli o ogromnym ryzyku wpisanym w tę dyscyplinę, ale uległa namowom nastoletniej wówczas córki, która bardzo prosiła o zgodę, marząc o zdobywaniu medali. Ojciec, Jacek Kujawski, powtarzał sobie wówczas, że cała sytuacja musi zakończyć się dobrze, a jego córka "po prostu nie będzie już dalej jechać".
W zupełnie innym położeniu znajdował się mąż Kamili. Diané pracował z fizjoterapeutą nad rehabilitacją własnego kolana; oglądając francuską transmisję na żywo, usłyszał, że polska reprezentantka nie podnosi się z lodu. W materiale przyznał, że ogarnął go strach o to, czy jego żona nie straci oka, a z drugiej strony czuł obezwładniającą bezsilność wynikającą z faktu, że nie mógł być w tej chwili tuż obok niej. Co niezwykle poruszające, u poszkodowanej panczenistki zadziałał w tym momencie podobny mechanizm - jej pierwszą myślą podczas leżenia na lodzie była absolutna konieczność jak najszybszego wykonania telefonu do męża, by zapewnić go, że czuje się dobrze; chciała mu to przekazać, mimo że sama nie zdawała sobie jeszcze sprawy z konsekwencji tego upadku.
Małżeństwo na pierwszym miejscu. O niezwykłej relacji - na lodzie i poza nim
Ta sportowa historia płynnie przenika się z niezwykle romantycznym, życiowym scenariuszem. Kamila, która swoje pierwsze kroki w sekcji short tracku stawiała już we wczesnych klasach szkoły podstawowej, w rodzinnym Elblągu, przyznawała, że od tamtej pory jej życie kręciło się właściwie tylko wokół nauki i sportu. Wspomniany już trener Borowiecki przekonywał zaś, była na tyle sumienną zawodniczką, że trzeba było jej pilnować, aby nie trenowała za dużo.
Oddanie się pasji zaowocowało jednak czymś więcej niż tylko medalami. Swojego przyszłego męża poznała podczas zagranicznego zgrupowania w Niemczech. Diané, który do osiemnastego roku życia jeździł w barwach Francji, otrzymał wówczas propozycję reprezentowania Polski i ubiegania się o nowe obywatelstwo. Od razu pojawiła się między nimi niezwykła nić porozumienia; Joanna Kujawska, powołując się na relacje trenerów, wspominała, że chłopak na widok Polki "od razu zatrzepotał rzęsami". Sam zainteresowany przyznawał z kolei, że była to autentyczna miłość od pierwszego wejrzenia, zbudowana na długich, wieczornych rozmowach. Ich relacja rozwijała się niezwykle naturalnie, a w maju 2025 roku para oficjalnie ugruntowała swój związek, stając na ślubnym kobiercu.
Wspólne życie w Polsce okazało się dla francuskiego łyżwiarza początkiem pięknego rozdziału. Choć na co dzień małżonkowie komunikują się ze sobą w języku angielskim, Diané świetnie radzi sobie z polskim, szczególnie podczas długich konwersacji z teściową. Sportowiec z nieskrywanym entuzjazmem chłonie tutejszą kulturę i kulinaria; zachwyt nad tradycyjnym bigosem był tak duży, że - jak mówił Jacek Kujawski - zdeklasował nawet słynne pierogi. Zadowolenie to podzielają również francuscy krewni, którzy z wesela w Polsce wracali obdarowani słoiczkami z tym domowym specjałem. Mąż polskiej panczenistki niezwykle docenia spokój Elbląga, stanowiący przyjemny kontrast dla zgiełku Paryża, ale nade wszystko ceni sobie ogromne ciepło, jakiego doświadcza w nowej rodzinie.
Joanna Kujawska wierzy, że to właśnie wzajemny szacunek i miłość stanowią najlepszy wzorzec do budowania własnych, dojrzałych relacji przez młodsze pokolenie. Priorytety samego małżeństwa wydają się zresztą niezwykle poukładane. Choć Kamila deklaruje chęć powrotu na lód i kontynuowania kariery, stanowczo zaznacza, że dla niej "małżeństwo będzie zawsze na pierwszym miejscu" oraz że "idzie z nim w ciemno, bo to jej partner na życie". Diané wtórował zaś tym słowom, podkreślając, że ewentualne odłożenie własnej kariery na bok dla dobra żony nie stanowiłoby dla niego żadnego problemu; sport to bowiem tylko piękny etap młodości, podczas gdy miłość to fundament budowany na całe życie.








