Językowe kompromisy. O potędze fleksji i elastyczności egzonimów
Zrozumienie mechanizmów stojących za rodzimymi rewizjami wymaga uchwycenia dychotomii między endonimem a egzonimem. Pierwszy to nic innego jak nazwa własna, zakotwiczona w jej terytorialnej tożsamości (a więc portugalska Lisboa, duńskie København czy austriackie Wien). Egzonim z kolei - będący istotą niniejszych rozważań - to forma wtórna, nierzadko znacznie różniąca się od oryginału, używana do opisania obiektu leżącego poza granicami danego kraju. Stosowanie takich określeń w żadnym wypadku nie wynika jednak z lingwistycznej czy kulturowej ignorancji, lecz z naturalnej potrzeby dostosowania zagranicznych słów do tutejszej fonetyki i gramatyki. Język polski bezwzględnie wymusza odmianę przez przypadki, a nadanie obcym nazwom rodzimego brzmienia pozwala na ich bezkolizyjne włączenie w płynną narrację; to właśnie te pragmatyczne przekształcenia sprawiają, że stolica Francji pozostaje Paryżem (a nie Paris), a kolebka renesansu to Florencja (nie zaś Firenze). Warto zarazem nadmienić, że ów lingwistyczny rygor łagodzony jest niekiedy przez egzonimy wariantowe, dające użytkownikom i użytkowniczkom języka wybór formy w zależności od oficjalnego bądź potocznego kontekstu wypowiedzi (tak też dzieje się między innymi w przypadku australijskiego Adelaide, które w mowie potocznej zwane być może również Adelajdą).
Należy przy tym oddzielić sytuacje, w których dane państwo zmienia swój własny endonim (jak kazachska stolica powracająca do formy Astana, co rodzima kartografia jedynie biernie zarejestrowała), od momentów wymagających celowej interwencji w ugruntowane latami nazewnictwo. Nad procesami tymi czuwa wzmiankowana komisja - konkretniej Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej. To wysoce wyspecjalizowane, interdyscyplinarne gremium - zrzeszające wybitne ekspertki i ekspertów z dziedziny geografii, kartografii oraz filologii - stanowi swego rodzaju wyrocznię przy tworzeniu urzędowych wykazów, ostatecznie decydując o tym, w jaki sposób świat odmieniany jest przez polskie przypadki.
Błędy przeszłości. Dylematy wokół (nie tylko) azjatyckich ośrodków
Prace KSNG nierzadko polegają na korygowaniu nieścisłości, które wynikają ze zjawiska zapożyczeń pośrednich. Fenomenem na tej płaszczyźnie pozostaje przypadek stolicy Korei Północnej. Przez dekady oficjalną polską nazwą tego fasadowego ośrodka był sztuczny, niemający wiele wspólnego z rzeczywistością twór - "Phenian". Błąd ten zrodził się w epoce ubiegłowiecznych uzależnień naukowych, kiedy to nazwy z Dalekiego Wschodu docierały nad Wisłę niemal wyłącznie za pośrednictwem języka rosyjskiego. Zignorowano wówczas oryginalne, koreańskie brzmienie, dokonując mechanicznej (a przy tym błędnej) transliteracji z cyrylicy - przełożenie to wygenerowało tym samym językową hybrydę. KSNG, dekonstruując ów błąd metodyczny, zdecydowała w 2006 roku o odcięciu ugruntowanego latami słowa i wprowadzeniu współczesnej formy "Pjongjang" - opartej na rzetelnej, bezpośredniej transkrypcji z języka koreańskiego.
Zupełnie inny ciężar gatunkowy wiązał się z XX-wiecznym dążeniem państw do odzyskiwania tożsamości nazewniczej. I tak - trzecia co do wielkości aglomeracja Indii przez ponad dwieście lat brytyjskiego panowania znana była pod zanglicyzowaną formą "Calcutta"; w polszczyźnie uległa ona pełnej asymilacji jako "Kalkuta", obrastając potężnym zapleczem literackim i społecznym (chociażby za sprawą powszechnego kojarzenia z postacią Anjezë Bojaxhiu). Kiedy władze indyjskie przywróciły sprawiedliwość fonetyczną, polskie gremia stanęły przed dylematem metodologicznym - odrzucenie tradycji wiązałoby się z zerwaniem wielowiekowej ciągłości historycznej; ignorowanie decyzji Indii mogłoby z kolei uchodzić za przywiązanie do narzuconego reliktu. Wypracowano zatem kompromis - oficjalnie usankcjonowano obie nazwy, przy czym wierna oryginałowi "Kolkata" wiedzie dziś prym jako egzonim główny, a historyczna "Kalkuta" pozostaje wariantem.
Nieco odmienną dynamikę ukazuje przypadek dawnej stolicy Mjanmy. Lokalna administracja domagała się swego czasu całkowitego porzucenia formy "Rangun" na rzecz nowej - "Yangon". KSNG wskazywało, że proces rutynowej standaryzacji został w tym przypadku poddany głębokiej analizie dyplomatycznej - strona rządowa obawiała się, że nagłe i bezwarunkowe dostosowanie polskiego nazewnictwa uwiarygodni tamtejszy aparat państwowy na arenie międzynarodowej. Zdecydowano zatem o utrzymaniu tradycyjnej nazwy jako formy pierwszorzędnej, przy jednoczesnym "dołączeniu" nowej formy jedynie jako dopuszczalnego egzonimu wariantowego. Równie nieoczywisty z punktu widzenia socjolingwistyki pozostaje sam zapis "Yangonu" - celowe użycie litery "Y" miast "J" paradoksalnie dostosowało zapis do angielskiej transkrypcji. neutralizując potencjalne błędy wymowy. Dylemat ten nie dotyczy zresztą wyłącznie największej aglomeracji, ale i samego państwa. Choć na oficjalnych mapach prym wiedzie dziś "Mjanma", wcześniejsza "Birma" nie zniknęła ze słowników - KSNG wciąż zaleca bowiem równorzędne nazwy oboczne, wymieniając i "Mjanmę", i "Birmę".
Tendencja do językowego uniezależniania się od narzuconej w przeszłości nomenklatury nie ogranicza się bynajmniej do pojedynczych przypadków, stanowiąc na współczesnych mapach znacznie szerszy fenomen. W samej tylko Azji Południowej podobną drogę przeszły inne potężne ośrodki - w wyniku analogicznych rewizji dawny Bombaj funkcjonuje dziś w urzędowych wykazach jako Mumbaj, a historyczny Madras ostatecznie ustąpił miejsca zaktualizowanej formie Ćennaj.
Oczyszczanie rejestrów. Dlaczego Kaliningrad na nowo stał się Królewcem?
W architekturze zmian toponimicznych niezwykle silnie rezonuje potrzeba dziejowej sprawiedliwości - zwłaszcza w odniesieniu do terytoriów, których nazwy ukształtowały się pod dyktando narzuconych z zewnątrz systemów. Jeden z najbardziej wyrazistych przejawów tego mechanizmu w bieżącej dekadzie dotyczy bezpośrednio północnego sąsiedztwa Polski. Nadana w połowie ubiegłego stulecia nazwa "Kaliningrad" niosła ze sobą potężne obciążenie moralne - odwoływała się wszak do postaci obarczonej winą za historyczne dramaty. W obliczu zmieniającej się rzeczywistości, utrzymywanie w państwowych rejestrach tego stanu rzeczy stawało się anachronizmem. Rodzima komisja zaleciła zatem powrót do historycznego, w pełni spolonizowanego egzonimu - "Królewiec", a więc formy mającej nad Wisłą solidne fundamenty kulturowe. Równocześnie, aby uniknąć rażącej hybrydy administracyjnej, ukuto termin "obwód królewiecki", udowadniając, że standaryzacja bywa aktem aktywnego rzeźbienia w materii języka, a nie tylko jego biernym opisywaniem.
Dbałość o detale nie kończy się zresztą na jednym przykładzie; podobne, choć nierzadko cichsze procesy korygujące obejmują znacznie szersze terytoria. Współczesna standaryzacja systematycznie oczyszcza mapy z dawnych, błędnych naleciałości fonetycznych - na mocy analitycznych rozstrzygnięć, dawna kazachska "Ałma-Ata" uległa korekcie, by dziś funkcjonować w oficjalnych wykazach jako zrewidowane "Ałmaty" (choć przy pozostawieniu egzonimu wariantowego). Z podobną precyzją pochylono się nad nazewnictwem państw bałtyckich, ostatecznie dopuszczając zapis estońskiej stolicy jako Tallinn - z podwójną spółgłoską na końcu, oddając w ten sposób sprawiedliwość lokalnej etymologii. Każda z tych zmian udowadnia, że troska o poprawność toponimiczną polega na ostrożnym zdejmowaniu wtórnych warstw, by odsłonić wreszcie autentyczny, niezafałszowany obraz.
Oś aktywności ekspertek i ekspertów nie ogranicza się rzecz jasna li tylko do rozstrzygania dylematów wokół odległych metropolii; wspomniane przypadki to zaledwie kropla w morzu toponimicznych wyzwań. Równie istotnym obszarem prac pozostaje skrupulatne porządkowanie polskiego nazewnictwa dla wszelkich innych form ukształtowania terenu, zapobiegając tym samym sztucznej dekonstrukcji pod wpływem obcych języków. Uwagę poświęca się również definiowaniu przestrzeni makroregionalnych, włączając do urzędowych wykazów pojęcia takie jak Afryka Subsaharyjska czy ułatwiający analityczną pracę arabski Maszrek (stanowiący logiczną opozycję dla zachodniego Maghrebu). Całość tych wielowymiarowych wysiłków dobitnie udowadnia, że polski aparat nazewniczy to niezwykle wyrafinowane instrumentarium; stanowi on rzetelny miernik dziejowych procesów, który ze stoickim spokojem filtruje globalny chaos, stojąc na straży spójności i funkcjonalności polskiego systemu nazewniczego.
Zobacz też:
Ledzień, łżykwiat i stojaczka, czyli o etymologii nazw polskich miesięcy







