Burzliwe początki wielkiego fenomenu. O kulisach "pozyskania" antycznej ikony
Historia odnalezienia rzeźby wymaga zarysowania kontekstu historycznego Francji po okresie napoleońskim - w 1815 roku, na mocy postanowień kongresu wiedeńskiego, Luwr został bowiem zobligowany do zwrotu setek zrabowanych wcześniej dzieł sztuki. Najdotkliwsza okazała się utrata "Wenus Medycejskiej" - marmurowego posągu bogini z I wieku naszej ery, będącego kopią brązowej rzeźby Praksytelesa - która powróciła wówczas do Galleria degli Uffizi we Florencji. Francuska administracja rozpoczęła tym samym poszukiwania nowego arcydzieła, które przyćmiłoby zbiory innych mocarstw. Gdy 8 kwietnia 1820 roku grecki rolnik Yorgos Kentrotas z cykladzkiej wyspy Milos - stanowiącej w owym czasie terytorium Imperium Osmańskiego - poszukując budulca do naprawy muru, natrafił więc w czworokątnej starożytnej niszy na marmurowy tors, machina dyplomatyczna Paryża była już gotowa, by "zaopiekować się" znaleziskiem.
Z piaszczystego gruzu niewielkiej wyspy na Morzu Egejskim wydobyto tedy ponaddwumetrową marmurową figurę; w bezpośrednim sąsiedztwie korpusu odnaleziono zaś liczne, dodatkowe części - wśród nich znajdowały się między innymi fragmenty ramion, a także antyczne inskrypcje (w tym jedna z zachowanym podpisem rzeźbiarza, skrupulatnie przerysowana, jednak z czasem bezpowrotnie utracona). Odkrycie natychmiast zmobilizowało Francję - wieści o znalezisku trafiły do ambasadora w Konstantynopolu, Charlesa Françoisa de Riffardeau, który wysłał na wyspę swego emisariusza. Gdy ten dotarł do Milos, posąg był już załadowany na statek z przeznaczeniem dla innego kupca - sprawna interwencja dyplomatyczna pozwoliła jednak odkupić arcydzieło. Na bazie tej powstała legenda zakorzeniona w powszechnej wyobraźni, a dotycząca rzekomej potyczki między francuską marynarką a osmańską strażą; podczas owej szamotaniny rzeźba miała stracić ramiona, które zatonęły podobno w wodach Morza Egejskiego. Rzeczywistość okazała się znacznie bardziej prozaiczna - posąg wykonano techniką addytywną, co oznacza, że kończyny przymocowano metalowymi trzpieniami, toteż odłączyły się one od korpusu pod wpływem czasu (prawdopodobnie jeszcze w starożytności).
Najbardziej kuriozalny rozdział w dziejach "Wenus" nie rozegrał się na greckim wybrzeżu, lecz w zaciszach Luwru, gdzie ostatecznie - z woli Ludwika XVIII, który otrzymał dzieło od wspomnianego de Riffardeau - zainstalowano antyczny marmur. Do Paryża bezpiecznie dotarły bowiem odnalezione fragmenty, jednak osoby oddelegowane do zbadania znaleziska stanęły przed podwójnym dylematem. Po pierwsze - odnalezione ramię i dłoń wydawały się "mniej precyzyjne" aniżeli tors, co stanowiło wówczas wystarczający powód, by uznać je za późniejsze renowacje; po drugie - wbrew ówczesnej praktyce bezrefleksyjnego sztukowania braków, wpływowy teoretyk Quatremère de Quincy rekomendował zachowanie niekompletnego status quo (argumentował on - błędnie, jak okazało się później - że "Wenus" oryginalnie stanowiła spójną grupę rzeźbiarską z postacią Marsa, zatem bez niego rekonstrukcja samych ramion pozbawiona byłaby logicznej racji bytu). W imię estetycznych dogmatów autentyczne ramiona zostały więc oficjalnie odrzucone i zatajone, choć współczesne badania petrograficzne ostatecznie potwierdziły, że wykonano je z tej samej partii marmuru co całą postać. Niższa jakość polerowania wynikała zaś prawdopodobnie z faktu, że kończyny znajdowały się powyżej linii wzroku i nie wymagały aż tak misternego wykończenia.
W cieniu muzealnych tajemnic. Jak niekompletna rzeźba zawładnęła wyobraźnią
Równolegle w przestrzeniach Luwru trwała dysputa, która przerodziła się wkrótce w mistyfikację o skali instytucjonalnej; wraz z rzeźbą odnaleziono bowiem fragment cokołu z inskrypcją: "[Aleks]andros, syn [M]enidesa, z Antiochii nad Meandrem, wykonał to". Dla dyrektora muzeum, Auguste'a de Forbina, była to informacja niemalże katastrofalna - Antiochia została założona po 280 roku przed naszą erą, co dyskwalifikowało rzeźbę jako oryginalne dzieło klasycznych mistrzów z V czy IV wieku. Jako że Francja potrzebowała triumfu z czasów Peryklesa, kłopotliwy dowód z nazwiskiem autora został ukryty, po czym w tajemniczych okolicznościach bezpowrotnie "zaginął". W środowisku akademickim błyskawicznie zawrzało - część uczonych upierała się przy datowaniu rzeźby na czas między Fidiaszem a Praksytelesem, inni przypisywali ją kręgowi tego drugiego, jeszcze inni uważali zaś marmur za późniejszą kopię. Spór ten przecięto ostatecznie dopiero w 1893 roku, kiedy niemiecki badacz, Adolf Furtwängler, dowiódł, że dzieło jest w istocie późnohellenistyczne.
Ostateczna decyzja o nieprzywracaniu rzeźbie ramion ustanowiła natomiast zupełnie nową jakość intelektualną - kluczową rolę odegrał tu Quatremère de Quincy, francuski teoretyk sztuki; wbrew ówczesnej praktyce, domagającej się bezrefleksyjnego sztukowania antycznych braków, kategorycznie odradzał on ingerencję w bryłę. Błędnie zakładał bowiem, że bogini wchodziła pierwotnie w skład rzeźbiarskiej grupy z postacią Marsa; argumentował tym samym, że skoro brakuje "drugiej części", sztuczne odtwarzanie samych ramion bogini pozbawione jest jakiegokolwiek sensu. Tak oto "Wenus" (vel "Afrodyta") - jako "wybrakowane" arcydzieło - zaczęła żyć autonomicznym życiem, stając się z czasem uniwersalnym symbolem nieosiągalnego ideału oraz ludzkiej niemocy wobec upływu wieków.
Głęboki ślad ów wizerunek zostawił w wyobraźni twórców i twórczyń XIX stulecia; rzeźba inspirowała przede wszystkim poetów parnasistów oraz malarzy - w tym Honoré Daumiera czy Eugène'a Delacroix, dla którego mogła stanowić wzorzec przy tworzeniu słynnej "Wolności wiodącej lud na barykady". Z kolei w literaturze polskiej rzeźba ta urosła do rangi kluczowego symbolu w "Ludziach bezdomnych" Stefana Żeromskiego - Tomasz Judym, kontemplując marmurową postać w korytarzach Luwru, widzi w niej nie tylko najwyższy szczyt wyrafinowania, ale i bezpośrednią opozycję dla surowości "Biednego rybaka". "Wenus" uosabia tam świat elitarnych wartości, od których główny bohater musi się odwrócić, by móc służyć skrzywdzonym przez los.
Wkroczenie w wiek XX przyniosło zaś figurze status prawdziwej ikony awangardy i popkultury. Surrealista René Magritte przemalował jej gipsową kopię, nadając ciału różowy odcień, a szacie błękit; Yves Klein stworzył reprodukcję w swoim słynnym, ultramarynowym kolorze, zaś Salvador Dalí poprzecinał jej formę szufladami, zapraszając do nieskrępowanej eksploracji ludzkiej podświadomości. Niezachwiany status boskiej realizacji doceniło również kino i rodząca się reklama - do doskonałości jej proporcji przyrównywano hollywoodzkie aktorki pokroju Joan Crawford, w rolę bogini wcielała się na plakatach Marlene Dietrich, a wiele dekad później odtworzyła ją Eva Green (w "Marzycielach" Bernarda Bertolucciego).
W międzyczasie sama rzeźba wielokrotnie zmieniała swoje położenie, przenoszona z jednej muzealnej sali do drugiej. W połowie lat 10. XX wieku ewakuowano ją do Tuluzy, po powrocie miała zaś - wedle śmiałego zamysłu ówczesnego kuratora Paula Jamota - stanąć u boku "Giocondy", do czego ostatecznie nie doszło. Na początku lat 40. Luwr ponownie ukrył swój skarb, tym razem w Château de Valençay, pozostawiając na ekspozycji jedynie gipsową replikę. Jej pierwsza i jak dotąd jedyna zagraniczna podróż miała miejsce w 1964 roku, kiedy to odwiedziła Tokio oraz Kioto. Dziś, po gruntownej renowacji zakończonej w 2010 roku, "Wenus z Milo" stoi niewzruszona w specjalnie dla niej przearanżowanej przestrzeni, w towarzystwie odnalezionych wraz z nią antycznych fragmentów. Pozbawiona narzuconych jej niegdyś przez historię ograniczeń, nieustannie przypomina, że prawdziwa potęga sztuki nierzadko kryje się w tym, co zostało bezpowrotnie utracone.
Zobacz też:
"Najbrzydszy budynek Paryża"? Centre Pompidou i estetyka architektonicznego dysonansu







