Tyszkiewicz, Braunek i... Urzędowska. Kim jest (i będzie) nowa Łęcka?
Kamila Urzędowska na ekranie debiutowała w roku 2018 – niewielką rolą w "Śladzie", później zaś pojawiła się w serialach takich jak "Wzgórze psów" czy "Przesmyk", a także kilku produkcjach filmowych. Przełomem w jej karierze bezapelacyjnie była jednak rola Jagny Paczesiówny w animowanej adaptacji "Chłopów" Władysława Reymonta.
Nie było to jednak klasyczne wejście do świata wielkiego kina – trudno nazwać bowiem takim udział w projekcie wymalowanym pędzlem. Pełnokrwista i wyjątkowo emocjonalna interpretacja Jagny w wykonaniu Urzędowskiej spotkała się jednak z mieszanymi odczuciami tak krytyki, jak i publiki – jedni podkreślali zmysłowość i wrażliwość artystyczną, a także swego rodzaju "powiew świeżości", inni z kolei punktowali niewierne oddanie postaci nakreślonej przez samego Reymonta, wskazując wręcz na "nijakość", a także – co zaskakiwać nie powinno – porównując Jagnę-Urzędowską do Jagny-Krakowskiej (a więc do kreacji z początku lat 70. ubiegłego wieku).
Jak będzie w przypadku "Lalki"? Tuszymy, że podobnie. W jednej z rozmów, chwilę po ogłoszeniu wyników castingu, aktorka przyznała, że ma zamiar "tchnąć w Izabelę współczesną wrażliwość, która pozwoli na nowo spojrzeć na jej historię". Zwolennicy i zwolenniczki wiernego przenoszenia literatury na ekran mogą czuć się więc niepocieszeni. Z drugiej jednak strony, warto upatrywać w tym szansy na wydobycie z Izabeli Łęckiej tego, co przez lata pozostawało swego rodzaju tabu. Miast kolejnej opowieści o zimnej arystokratce, możemy więc otrzymać portret osoby zagubionej między epokami, rozdartej pomiędzy tym, co wypada, a tym, czego się pragnie. W tej perspektywie współczesna wrażliwość nie staje w opozycji do Prusa, lecz może być wyjątkowo precyzyjnym narzędziem, by jego bohaterkę opowiedzieć raz jeszcze – inaczej, pełniej, być może prawdziwiej.
Nowa panna Izabela nie uniknie też, rzecz jasna, porównań do odtwórczyń wcześniejszych – te pojawiać będą się i teraz, i na długo po premierze. Komentariat ogłosi, że Tyszkiewicz "ładniejsza", Braunek zaś "wierniejsza", a dyskusje na temat urody Urzędowskiej i dopasowania tejże do literackich konturów (a podobne dysputy, podobnie jak w przypadku Marcina Dorocińskiego, wcielającego się w rolę Wokulskiego, wybuchnęły niemal z marszu) toczyć będą się w nieskończoność.
Reinterpretacja klasyki nie musi, a nawet nie powinna być jednak uznawana za "zdradę tradycji" i "coś gorszego". Wręcz przeciwnie – może być jej przedłużeniem, swego rodzaju próbą dialogu z przeszłością przy użyciu nieco uwspółcześnionego języka. Kino, tak jak literatura, nie istnieje bowiem w próżni. Zmienia się świat, zmienia się publika, zmieniają się pytania, na które sztuka z założenia winna odpowiadać. A jeśli dziś potrzebujemy innej Łęckiej – mniej posągowej, a miejscami wręcz "popękanej" – nie oznacza to, że gardzimy dziedzictwem Prusa, Hasa czy Bera. I choćby sama Beata Tyszkiewicz upierała się, że wersja z końca lat 60. to ta jedyna i słuszna na wieki wieków, tym razem racji przyznać jej nie sposób. Bo klasyka nie po to przetrwała wieki, by stać się obumarłą klatką. Przetrwała, bo pozwala odkrywać się na nowo. I to właśnie czyni ją wiecznie żywą.
Za Kamilę trzymamy zaś kciuki.
Zobacz też:
Andrycz, Tyszkiewicz, Braunek i te, które przyszły po nich. Na tropie Łęckiej idealnej







