Artur Ruciński, jeden z najwybitniejszych polskich barytonów, urodził się 25 kwietnia 1976 roku w Warszawie. Dziś z powodzeniem podbija najważniejsze sceny operowe świata, a swą drogę muzyczną rozpoczął w stołecznej szkole muzycznej pod okiem Jerzego Knetiga, Talent rozwijał na warszawskiej Akademii Muzycznej - już na etapie studiów zwrócił na siebie uwagę, zdobywając prestiżowe stypendium niemieckiej fundacji.
Od Teatru Wielkiego - Opery Narodowej do La Scali, czyli wielka kariera Artura Rucińskiego
Na scenie Ruciński zadebiutował w 2002 roku w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej i szybko stał się jednym z najciekawszych barytonów swojego pokolenia. Występował tam w wielu rolach, budując silną pozycję w polskim środowisku operowym; równolegle współpracował z najważniejszymi scenami w kraju, od Warszawy po Kraków, Poznań, Wrocław i Gdańsk.
Prawdziwy rozmach jego kariery widać jednak na arenie międzynarodowej - od 2009 roku regularnie pojawia się na najbardziej prestiżowych scenach operowych Europy i świata. Publiczność mogła go oklaskiwać m.in. w Berlinie, Barcelonie, Wiedniu, Londynie, Mediolanie czy Paryżu, a także w największych ośrodkach operowych w Stanach Zjednoczonych. Jego obecność na scenach takich jak Royal Opera House, La Scala czy Metropolitan Opera potwierdza nie tylko klasę, ale i niezwykłą siłę głosu oraz sceniczną charyzmę, które czynią go artystą naprawdę wyjątkowym.
"To jest moje serce" - Artur Ruciński o Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina
W reportażu Małgorzaty Ruszkiewicz Ruciński zaprosił nas w progi swej Alma Mater, dawniej Akademii Muzycznej, dziś Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie.
"To tutaj zaczynałem swoją karierę śpiewaka operowego tak naprawdę. Tu jest moje serce" - mówi artysta, wspominając pierwsze występy:
"Zadebiutowałem jako tytułowy Oniegin. Ta rola otworzyła mi potem wiele drzwi na świecie i w ciągu blisko czterech następnych lat zaśpiewałem i w Covent Garden, i w La Scali, i w Metropolitan, w Madrycie, w Paryżu i w innych najważniejszych teatrach na świecie. Więc to tak już potem poszło" - opowiada.
Jak wspomina, na Akademii studiował 6 lat.
"Jak tutaj przyszedłem, to tak naprawdę ten świat opery był taki dla mnie nowy" - wspomina.
"Niech pan przeprosi Chopina za to, co pan zaprezentował"
"Starałem się czerpać tę wiedzę jak najszerzej od wszystkich pedagogów" - mówi, wyjawiając przy okazji, że na studiach nie zawsze był prymusem.
"Wydział Wokalny Aktorski, tu bywałem często, bo często mnie wzywano na dywanik, ponieważ często jakieś zajęcia miałem niepozaliczane" - wspomina muzyk, dodając, że wszystkie zaległości udawało mu się nadrobić.
Ruciński wspomina też jeden z egzaminów, który odbywał się już w czasie, gdy śpiewak zaczął już występować.
"Pamiętam egzamin z fortepianu - jak już zagrałem, przyniosłem kwiaty mojej nauczycielce, to powiedziała mi >>niech pan te kwiaty weźmie i położy na grobie Chopina. Niech pan przeprosi Chopina za to, co pan zaprezentował. Ale ponieważ ma pan karierę, to ja już panu nie będę przeszkadzać i wszystkiego dobrego życzę, czwórka<<. Tak to się skończyło" - opowiadał z uśmiechem.
"Trochę się musiałem postarać" - Artur Ruciński o żonie
Ale Akademia Muzyczna nie była tylko miejscem, w którym rodził się przyszły gwiazdor opery. To również tam Artur poznał swą przyszłą żonę, z którą stworzył rodzinę i która wspierała artystę na kolejnych etapach jego kariery.
"Muszę też powiedzieć wam historię" - zaczyna swą opowieść o studenckiej miłości Ruciński. - "Tutaj poznałem moją żonę" - zajawia.
Tamten czas oczywiście doskonale pamięta też ukochana artysty - Aleksandra Troczyńska.

"Świeżo zaczęłam studiować na pierwszym roku, na Wydziale Edukacji Muzycznej, na specjalności dyrygentura chóralna, a Artur był na ostatnim roku, na wokalistyce operowej" - wspomina.
"To była jakby, można powiedzieć, miłość od pierwszego wejrzenia" - rozmarza się Artur Ruciński, wracając wspomnieniami do momentu, w którym poznał przyszłą żonę.
"Kiedy weszła do >>Gamy<<, bufetu dla studentów, jak tylko Olę zobaczyłem, to mówię >>ale piękna dziewczyna wyszła do kantyny, muszę się z nią poznać<<" - opowiada i dodaje: "Trochę się musiałem postarać".
"Koleżanka z roku była jego znajomą i zaprosił nas obie na koncert" - wspomina żona artysty. "Więc wybrałyśmy się razem na ten koncert, troszeczkę chcąc podpatrzeć tych wokalistów, o których wszyscy mówili, że są tacy troszeczkę egzaltowani, zmanierowani, chodzą w szalikach, unikają przeciągów i tak dalej, i byłyśmy ciekawe, jak śpiewają" - dodaje, a Ruciński uzupełnia:
"No i chyba się jej spodobało też, nie tylko jak się zachowałem, ale jak śpiewałem".
"Zdecydowanie głos to jest coś, w czym można się zakochać. Potem poznałam człowieka i zakochałam się w człowieku" - mówi życiowa partnerka artysty, a on dodaje z dumą i nutą nostalgii:
"Już 26 lat razem... I mamy dwóch pięknych synów" - podkreśla.
Śpiewak operowy to "zawód wyczynowca"
Ale kariera ma też swoje koszty, często wysokie. Artur Ruciński i jego żona musieli się nauczyć dzielić życie na okresy, gdy muzyk pracuje z dala od domu. A tych jest w roku całkiem sporo.
"Trzeba powiedzieć, że śpiewak operowy to jest tak naprawdę zawód wyczynowca" - tłumaczy artysta. "My swoimi głosami wypełniamy sale koncertowe na wiele tysięcy osób. My żyjemy, śpiewacy, którzy mają taką karierę jak ja, na walizkach. Czasem bywa tak, że się budzimy w nocy i nie wiemy, gdzie jesteśmy. Mylą nam się miasta, bo jest różnica czasu. (...) Ten pęd jest duży, zwłaszcza jak się jest artystą, nie chcę nieskromnie powiedzieć rozchwytywanym, ale bardzo zajętym" - podsumowuje.
A żona Rucińskiego wylicza, jak dużą część roku męża nie ma w domu:
"Gdyby tak średnio policzyć, to myślę, że jakieś 75 do 80 procent roku mąż jest w trakcie wyjazdu, w trakcie kontraktów gdzieś tam na świecie, w różnych miejscach" - mówi.
"Rodzina jest dla mnie pierwsza"
A kiedy artysta wraca do domu, zastaje wszystko... toczące się własnym życiem.
"Jak ja przyjeżdżam do domu i chciałbym, żeby się świat kręcił koło mnie - przyjechała gwiazda do domu, znaczy nie gwiazda, tylko tata, mąż, a ich nie ma - tu szkoła, tu zajęcia, żona w pracy, a ja mówię, Boże kochany" - opowiada muzyk.
Starszy syn Rucińskiego nie ukrywa, że momenty powrotu ojca są szczególne i wyczekiwane.
"Zawsze, gdy tata wraca, wpadamy mu w ramiona, skaczemy na niego, Leon jeszcze w ogóle krzyczy >>tata, tata, tata!<< Wpadłem na pomysł, że zawsze, gdy będzie przyjeżdżał, to będę mu coś śpiewał" - dodaje, prezentując przy okazji swe umiejętności wokalne, które każą domniemywać, że i on może kiedyś pójść w ślady ojca.
"Rodzina jest dla mnie pierwsza, dlatego też często wielu rzeczy odmawiam, nad czym boleje mój menadżer, a ja mniej, dlatego że ja się cieszę, że wtedy jestem z moimi chłopcami i z Olą" - mówi.

Baryton - domator
A jego żona i syn dodają, że światowej sławy baryton ma też swoje drugie oblicze.
"Artur w ogóle jest domatorem. Bardzo lubi spędzać czas z naszymi synami, jakby nadrabia każdą minutę. Bardzo lubi pracować w ogrodzie, to jest zawsze jego takie miejsce, gdzie odpoczywa, gdzie chyba też resetuje trochę głowę".
A syn dodaje: "Jego obecność zawsze wypełnia ten dom. On po prostu chce nam dać całego siebie, mimo tego, że tak często go nie ma. To jest dla mnie ojciec niepowtarzalny" - podkreśla.
Dla Artura Rucińskiego chwile z rodziną są treścią życia. Nie ukrywa, że ważne momenty, które może przeżywać z bliskimi, dają mu masę szczęścia.
"W tym roku cieszę się, bo akurat starszy nasz syn miał egzamin ośmioklasisty, przynajmniej mogłem go zawieść na te egzaminy i powiedzieć dobre słowo, a nie tylko przez telefon... Także to są tego typu wyzwania" - podkreśla.
Za sukcesem stoi także żona
Słuchając, jak Artur Ruciński i jego żona mówią o sukcesie artysty, trudno się oprzeć wrażeniu, że Aleksandra w dużej mierze stoi za sukcesem partnera. Sama jest artystką, więc rozumie doskonale potrzeby męża, z drugiej strony dba też o to, by dom w czasie jego nieobecności funkcjonował spokojnie i w swoim rytmie.
"To zawsze jest trudny czas, kiedy pakuje się i wyjeżdża, i zostajemy sami" - mówi Aleksandra Troczyńska, a jej mąż dodaje:
"To jest ta ciemna strona tej kariery, że jednak te rozłąki z rodziną są bardzo dla mnie ciężkie, dla nich myślę też. A ponieważ Ola jest też wybitnym muzykiem, rozumie to, co ja robię" - mówi.
Partnerka artysty podkreśla, że ich związek jest taki, jak wszystkie - zdarzają się bardziej słoneczne i nieco zachmurzone dni.
"Mamy też trudniejsze momenty, jak w każdym małżeństwie, jak w każdej rodzinie" - mówi.
Po czym dodaje, że rodzina i stabilizacja zapewne są wsparciem dla męża - artysty,
"Być może to tak jest rzeczywiście, że to pozwala mu mieć pewien spokój w tej sferze życia, a to z kolei pozwala mu radzić sobie z tymi dużymi wyzwaniami i też dużymi stresami, które związane są z pracą wokalisty operowego" - zauważa.
"Pewnie za naście lat skończę tu karierę"
Artur Ruciński jest dziś u szczytu kariery i swych możliwości. Jak mówi, w tym roku obchodził 10. rocznicę debiutu w Metropolitan Opera i na następne lata ma już tam kontrakty.
Jednak stojąc przed gmachem warszawskiej Opery Narodowej, wokalista snuje plany na nieco bardziej odległą przyszłość:
Tak sobie myślę, że pewnie za naście lat zakończę tu karierę" - mówi, wkazując na Teatr Wielki. "Taką przynajmniej mam nadzieję. Ale jeszcze trochę czasu, jeszcze trochę pośpiewam na świecie, jeszcze pomęczę ludzi troszeczkę w innych krajach" - śmieje się.
Czego oczywiście życzymy mu z całego serca. Życzmy też pięknych powrotów do żony i synów po każdym udanym sezonie.








