Rola, która uczy odpuszczać. Teatralne dojrzewanie w sztuce "Edukując Ritę"
Wkroczenie w kolejny etap życia to fascynujący czas, pełen różnych, często kontrastujących doświadczeń. Jak zauważała sama aktorka, ścieżki kobiet w tym wieku nierzadko biegną w zupełnie innych kierunkach; część w pełni poświęca się domowi i wychowywaniu potomstwa, inne stawiają na odważne zwroty w karierze zawodowej lub z entuzjazmem wracają na uniwersyteckie sale. W tym mocno zróżnicowanym krajobrazie najcenniejszą wartością staje się świadomość własnych potrzeb i wewnętrznej wygody.
"Nie wiesz jeszcze do końca, czego chcesz, ale wiesz już, czego nie chcesz. Na przykład nie chcesz tracić czasu na znajomości, które do niczego nie prowadzą albo są wyniszczające. To ogromna wiedza", mówiła.
Taka postawa to nic innego jak precyzyjna eliminacja tego, co na co dzień zaburza wewnętrzny spokój.
Życiowa lekcja doskonale rezonuje z jej najnowszymi wyzwaniami zawodowymi. Maria Dębska wciela się obecnie w tytułową rolę w sztuce "Edukując Ritę" (reżyserowanej przez Eugeniusza Korina), wystawianej na scenie warszawskiego Teatru 6. piętro. Tekst, doskonale znany szerokiej publiczności między innymi dzięki kultowej ekranizacji "Edukacja Rity" z 1983 roku w reżyserii Lewisa Gilberta - z niezapomnianymi kreacjami Michaela Caine'a oraz Julie Walters - wciąż bardzo mocno działa na wyobraźnię widzów i widzek. Jej bohaterka to niemal trzydziestoletnia fryzjerka, która mimo pozornie ustabilizowanej codzienności, czuje ogromną potrzebę zmiany. Decyzja o podjęciu nauki i spotkanie z profesorem (w tej roli Mirosław Baka) stają się punktem wyjścia do wielkiej, życiowej rewolucji. Dla artystki postać Rity to jednak coś więcej niż kolejna rola; to opowieść o prawie do popełniania błędów i szukaniu własnej drogi bez presji bycia idealną.
"Ze szkoły teatralnej wyszłam z przekonaniem, że muszę być poważną aktorką. A tu mogę nawygłupiać się na scenie", zauważyła.
Aktorka podzieliła się również spostrzeżeniem o ukrywaniu własnej delikatności - przekonywała, że każdy nosi w sobie dozę naiwności i słabości, z których nie należy robić powodu do wstydu.
Lekcja od Kaliny Jędrusik. O kobiecości, niezależności i maskach
Środowisko filmowe bywa wymagające, a na początku zawodowej drogi bardzo łatwo wpaść w pułapkę udowadniania swojej wartości za wszelką cenę. Aktorka ze szczerością wspomina czasy, gdy pracowała na planach zdjęciowych mocno zdominowanych przez mężczyzn. Czuła wtedy silną presję, by ukrywać swoją naturalną subtelność, wierząc, że tylko w ten sposób zyska odpowiedni szacunek współpracowników.
"Bardzo wstydziłam się swojej kobiecości. Myślałam, że jeżeli chcę być poważnie traktowana, to powinnam ją ukrywać. Że kobieta, która ją jakkolwiek eksponuje, może być traktowana niepoważnie", tłumaczyła Dębska.
Z biegiem lat ten mechanizm zaczął jednak powoli ustępować miejsca autentycznemu poczuciu własnej wartości. Niezwykle ważnym krokiem na tej drodze okazała się praca nad filmem "Bo we mnie jest seks" z 2021 roku, reżyserowanym przez Katarzynę Klimkiewicz. Wcielenie się w postać Kaliny Jędrusik - ikony, która z wielką dumą i naturalnością emanowała zmysłowością, zachowując przy tym potężny, całkowicie niezależny charakter - pozwoliło aktorce zupełnie inaczej spojrzeć na własną naturę. Okazało się, że wdzięk i siła mogą tworzyć doskonały, harmonijny duet.
Dziś Maria Dębska buduje swoją codzienność na własnych zasadach, umiejętnie łącząc różne, międzypokoleniowe wzorce. Z jednej strony bardzo ceni sobie dojrzałą, opartą na partnerstwie relację z matką. Z drugiej - wciąż nosi w sobie szacunek do tradycyjnych, nieco bardziej konserwatywnych wartości, które przed laty reprezentowała jej babcia. Z tych życiowych doświadczeń płynie bardzo jasny przekaz - nie warto tracić energii na spełnianie cudzych oczekiwań.
"Od dziecka jesteśmy zawstydzane. Że nie wypada, nie wolno, że musimy trzymać fason. Mnie to zaczęło wreszcie opuszczać i tego samego życzę wszystkim kobietom", podsumowała.







