Polsko-gruzińskie życie w praktyce. Katarzyna Pakosińska i Irakli Basilaszwili o łączeniu dwóch światów
Materiał zawiera linki partnerów reklamowych.
Iście kaukaska energia okraszona nadwiślańskim ciepłem - tak można by opisać atmosferę towarzyszącą Katarzynie Pakosińskiej-Basilaszwili i jej mężowi, Irakliemu Basilaszwilemu, którzy pojawili się w "halo tu polsat", by opowiedzieć o swojej nietuzinkowej relacji. To historia, w której zderzają się dwa światy, tworząc pełną kontrastów, a jednocześnie niezwykle stabilną symbiozę. I choć w mediach często powraca wątek "księcia", rzeczywistość ich związku jest znacznie barwniejsza niż jakiekolwiek arystokratyczne tytuły.

Tytuł księcia w praktyce i spotkanie na Kazbeku
W opowieści Basilaszwilich nie znajdziemy baśniowych pałaców rodem z filmów Disneya, jednak tkwi w niej historyczna prawda - rodzina męża Pakosińskiej może bowiem pochwalić się korzeniami sięgającymi wiele wieków wstecz. Tytuł "księcia", funkcjonujący w Gruzji na zasadzie prawa zwyczajowego i szacunku do dziedzictwa, w codziennym życiu przekłada się na coś znacznie cenniejszego niż korona - na hart ducha i stoicki spokój. Kasia podkreślała zaś, że owa "błękitna krew" objawia się przede wszystkim w umiejętności przetrwania.
Zdaniem żony właśnie dlatego Irakli, pamiętający trudne realia gruzińskich lat 90., nie wpada w panikę, nawet jeśli przychodzi stawić mu czoła najtrudniejszym sytuacjom.
"Od razu czuje się totalny spokój", mówiła.
Zamiast lęku, mąż instynktownie przejmuje stery, bo - jak sam tłumaczy - "w takiej rodzinie jest wychowany", by w sytuacjach kryzysowych po prostu dać radę i zapewnić bliskim bezpieczeństwo.
Ich uczucie nie było jednak porywem szalonej młodości, lecz spotkaniem dwojga dojrzałych ludzi.
"Byliśmy w takim momencie, kiedy nie szukaliśmy nic na siłę", wspominała Pakosińska, podkreślając, że wcześniej skoncentrowała się na własnym rozwoju.
Nie była to jednak rozpaczliwa samotność, lecz świadomy stan.
"Czułam, że jestem w pełni. I do tej pełni Irakli przywędrował", wyjaśniała, zaznaczając przy tym, że miłość pojawiła się jako jasność, a nie ratunek.
To właśnie ta dojrzałość sprawiła, że gdy ich drogi przecięły się podczas wyprawy na Kazbek - jeden z najwyższych szczytów Kaukazu - byli gotowi na otwarcie się na drugiego człowieka. Symboliczna chwila pierwszego dotyku dłoni w górskiej scenerii, przy cerkwi Cminda Sameba (u podnóża wspomnianej góry) - gdzie, jak wspominają, "pierwszy raz złapali się za ręce" - stała się fundamentem ich relacji.
Pragmatyczny wybór kraju i łączenie kultur w praktyce
Decyzja o zamieszkaniu w Polsce była podyktowana pragmatyzmem zawodowym.
"Pracuję słowem, więc bardzo ciężko byłoby moją pracę przenieść", tłumaczyła Katarzyna.
Wspominała co prawda o alternatywnych scenariuszach - pracy w ambasadzie czy roli animatorki kultury (gdzie, jak dodała ze śmiechem, mogłaby się "troszeczkę ponosić" jako "księżna") - ale ostatecznie zwyciężył rozsądek.
Irakli z kolei, mimo początkowej nieznajomości języka, odnalazł się nad Wisłą znakomicie, wyznając wprost, że "czuje się jak w domu". Dostrzega przy tym uderzające podobieństwa między naszymi narodami, zwłaszcza w celebracji chwil, gdy "cała rodzina siada do jednego stołu", po czym je, rozmawia i śpiewa.
Ta kulturowa asymilacja nie obyła się jednak bez zabawnych nieporozumień. Jedna z pierwszych romantycznych kolacji w Polsce, przygotowana przez Katarzynę przy blasku świec, wywołała u Irakliego odruch rodem sprzed dekad.
"Światła nie ma. Znowu nie ma światła", pomyślał i zamiast zachwytu nad nastrojem, instynktownie ruszył naprawiać bezpieczniki, co dziś małżeństwo wspomina jako anegdotę idealnie ilustrującą zderzenie ich wrażliwości.
Mimo życia w Polsce, gruzińskie korzenie są wciąż żywe i pielęgnowane. Początki nie były jednak łatwe - jak wspominał bowiem Irakli, dla starszego pokolenia w Gruzji nazwisko "Pakosińska" było "nie do wymówienia", a pytania o korzenie wybranki mnożyły się bez końca. Mimo to Katarzyna zaskarbiła sobie serce tradycyjnej rodziny męża, wykonując na weselu narodowy taniec gruziński - gest, który w tamtejszej kulturze znaczy więcej niż tysiąc słów.
Historia Pakosińskiej i Basilaszwiliego dowodzi zaś, że prawdziwa arystokracja ducha nie potrzebuje herbów, a miłość najlepiej rozwija się tam, gdzie spotykają się wzajemny szacunek, pasja i gotowość do wspólnego pokonywania życiowych "pięciotysięczników".
Akademicka codzienność i "śrubka" Królikowskiego
Nie zabrakło też wspomnienia o nieco przyziemniejszej codzienności. Dziś artystka dzieli wszak swój czas między scenę a pracę akademicką, gdzie jako wykładowczyni mierzy się z materią niezwykle delikatną.
"Nie da się tego zrobić online, [...] muszę czuć energię studentów", przyznała.
Jej misją jest - jak sama to obrazowo ujmuje - "rozpakowanie z bagażu", by jej słuchacze oraz słuchaczki odzyskali swobodę i nauczyli się improwizacji.
Formalne potwierdzenie kompetencji aktorskich egzaminem eksternistycznym stało się zaś dla niej kropką nad i w wieloletniej karierze. Decydujący impuls dał nieżyjący już Paweł Królikowski. "Podkręcił mi śrubkę. Mówił: »Kasia, jesteś 30 lat na scenie, może najwyższy moment, żebyś zdała egzamin«", opowiadała artystka, która dziś posiada już oficjalne "papiery" na swoje umiejętności.
Całą rozmowę z Kasią oraz Iraklim (podobnie jak i wszystkie odcinki "halo tu polsat") zobaczyć można w Polsat Box Go.
Zobacz też:






