Sto lat fotograficznej tradycji. O dziejach krakowskiego atelier Garzyńskich
(Nieznośna) lekkość cyfrowych bytów odbiera im paradoksalnie walor trwałości - miliony zdjęć, miast służyć w roli nośników wspomnień, kończą dziś więc jako nieprzebrana masa anonimowych danych. Na tle tym krakowskie atelier w Kamienicy Zajdliczowskiej przy Sławkowskiej - nieopodal płyty Rynku Głównego - jawi się jako ostoja analogowej pamięci, stanowiąc przy tym żywy pomnik dawnej epoki. W reportażu Karoliny Ciesielskiej przewodniczką po tym świecie staje się Barbara Kańska-Bielak, fotografka i wnuczka Zygmunta Garzyńskiego - twórcy zakładu - która z niesłabnącym oddaniem pielęgnuje dziedzictwo jednego z najsłynniejszych przybytków fotograficznych dawnego Krakowa.

Kunszt w cieniu historii. Wielki świat w obiektywie bon vivanta
Opowieść ta nie jest jedynie historią rzemiosła, lecz panoramą towarzyską dawnego Krakowa. Jak wyjaśniała bowiem doktorka Barbara Zbroja - historyczka sztuki - "zakład Zygmunta Garzyńskiego w międzywojennym Krakowie był jednym z najważniejszych zakładów fotograficznych w ogóle". Renoma ta została zaś zbudowana przede wszystkim na estymie założyciela.
Garzyński, który prowadził atelier od 1918 roku (to początkowo mieściło się w Kamienicy pod Gankiem - tuż obok dzisiejszej lokalizacji), funkcjonował w świadomości mieszkańców i mieszkanek królewskiego miasta jako "krakowski bon vivant". Jego studio stało się salonem, w którym krzyżowały się ścieżki miejscowej socjety i artystycznej bohemy.
Fundamenty tego sukcesu wylano jednak znacznie wcześniej. Nim Garzyński stał się samodzielnym mistrzem, terminował bowiem u Józefa Kuczyńskiego - specjalizującego się w fotografii portretowej. Pod jego okiem młody adept zgłębił tajniki pracy z modelami i modelkami, czyniąc z portretu swą artystyczną wizytówkę.
"Dziadek zapisał się w pamięci miasta pięknymi zdjęciami kobiet, ale był też wybitnym portrecistą. Przychodził do niego mieszczański Kraków", mówiła Barbara Kańska-Bielak.
Jeszcze jako uczeń, dostąpił zaszczytu uwiecznienia na kliszy noblisty - Henryka Sienkiewicza. W kolejnych latach przed jego obiektywem stanął zaś poczet najważniejszych osobistości epoki - od kardynała Adama Stefana Sapiehy, przez prezydenta Ignacego Mościckiego, aż po marszałka Józefa Piłsudskiego. Bywali tu giganci sceny, tacy jak Ludwik Solski czy Mieczysława Ćwiklińska, a także wielu, wielu innych. Atelier Garzyńskiego przez dekady pełniło więc funkcję swoistej kroniki towarzyskiej, zapisując na fotograficznych kliszach twarze tych, którzy budowali polską tożsamość.
Wizyta w atelier nie była przy tym - jak wspominała wnuczka artysty - "tanią historią". Portret w tych okolicznościach stawał się zatem czymś więcej niż obrazem - był dowodem statusu majątkowego, potwierdzeniem przynależności do wyższych sfer, a zarazem intymną pamiątką o niezwykłej wartości estetycznej.
Po śmierci założyciela w 1969 roku, ciągłość trwania atelier (choć to jeszcze dwukrotnie zmieniało lokalizację, mieszcząc się kolejno przy Floriańskiej oraz w Pałacu Przebendowskich przy świętego Marka) zapewniła jego córka - Halina Garzyńska-Kańska. Gdy w 1998 roku zabrakło matki, Barbara stanęła więc przed dylematem - wybór między likwidacją osiemdziesięcioletniej tradycji a przejęciem sterów zakładu okazał się jednak niemal oczywisty; atelier trwa tym samym po dziś dzień.
Dialog pokoleń. O poszukiwaniu prawdy w fotograficznym portrecie
Współczesna odsłona zakładu to nie tylko statyczne archiwum, ale wciąż żywa pracownia, w której przeszłość zdaje się prowadzić nieustanny dialog z teraźniejszością. Wymownym symbolem tego trwania jest zabytkowy fotel - artefakt znajdujący się na wyposażeniu studia od samego początku (w roku 1918 wyposażenie odkupione zostało bowiem od poprzedniego właściciela przybytku - fotografa Józefa Sebalda).
Przy meblu tym - jak dowodzą odnalezione w archiwach zdjęcia - pozowała sama Helena Modrzejewska. Dziś rekwizyt ten służy kolejnym pokoleniom odwiedzającym pracownię - zasiadający w nim stają się zaś częścią szerszego, wizualnego continuum, a ich zdjęcia zyskują ten sam szlachetny kontekst, który towarzyszył niegdyś ikonom polskiej sceny.
Praca portrecistki w ujęciu Barbary Kańskiej-Bielak wykracza jednak daleko poza techniczną obsługę aparatu i ustawienie światła, stając się intymnym studium psychologicznym. Jak zauważa bohaterka materiału, kluczem do udanego zdjęcia jest interakcja - swoista gra gestów, spojrzeń i słów, pozwalająca skruszyć mur niepewności. Fotografka kieruje się przy tym niepisanym prawem - "najlepszym ujęciem jest zazwyczaj to ostatnie"; gdy sesja dobiega końca, opada napięcie, znikają pozy, a na twarzy modela czy modelki maluje się prawda.
Choć współczesny rynek fotograficzny uległ drastycznym zmianom, a wizyty w studiu przy okazji rozmaitych okoliczności stały się rzadsze na rzecz szybkiej fotografii cyfrowej, atelier przy Sławkowskiej (gdzie pracownia powróciła ponad ćwierć wieku temu) nie zamiera. Barbara Kańska-Bielak dostrzega przy tym wymowne zjawisko - powrót do szlachetnego minimalizmu, w tym do czarno-białej estetyki. Nowe pokolenie, zmęczone nasyconą kolorami i zniekształconą filtrami rzeczywistością, poszukuje w fotografii głębi, surowości i autentyczności, którą oferuje tradycyjny portret.
Dziś zakład nie jest już intratnym przedsięwzięciem, jakim bywał w czasach świetności Zygmunta Garzyńskiego. Stał się miejscem czystej pasji - przestrzenią, w której kultywuje się pamięć i rzemiosło. Właścicielka wyraża jednocześnie cichą nadzieję, że wnuczęta "zaczną działać w branży" - dopóki jednak to nie nastąpi, ona sama pozostaje strażniczką tego niezwykłego mikrokosmosu, udowadniając, że w fotografii portretowej chodzi nie tylko o uwiecznienie twarzy, ale o zobaczenie drugiego człowieka.
Zobacz też:






