Od papieskiego nakazu do wielowiekowej tradycji
Upadek Konstantynopola - 29 maja 1453 roku - zwieńczył trwający od dziesięcioleci rozkład Cesarstwa Bizantyjskiego, wyznaczając symboliczny początek nowej rzeczywistości, a przy tym otwierając siłom osmańskim - pod wodzą sułtana Mehmeda II (zwanego przez historiografię Zdobywcą) - drogę ku środkowej Europie. Po opanowaniu większości ziem Despotatu Serbii główną przeszkodę począł stanowić Belgrad - będący wówczas ryglem południowych granic Królestwa Węgier; w czerwcu 1456 roku Osmanowie dotarli jednak i pod mury naddunajskiej twierdzy, odcinając ją od reszty kontynentu.
Wiadomość o bałkańskich wypadkach dotarła wkrótce na Zachód, nie omijając przy tym Państwa Kościelnego, na tronie którego zasiadał wówczas papież Kalikst III. Ten, uświadomiony o wadze zagrożenia, dostrzegł w potencjalnym przełamaniu węgierskiej linii obrony niebezpieczeństwo dla fundamentów cywilizacji łacińskiej; 29 czerwca światło dzienne ujrzała tym samym bulla "Cum his superioribus annis", wzywająca wiernych do duchowej solidarności, a także nakazująca uruchamianie dzwonów we wszystkich świątyniach - od wiejskich kaplic po miejskie katedry - "pomiędzy sekstą a nieszporami" (a więc między południem a zachodem słońca), co z kolei miało skłonić słyszących ów dźwięk do modlitwy o zwycięstwo nad Osmanami.
Część owej historii splata się przy tym z innym punktem zwrotnym dziejów. O ile papieski dokument rozpowszechniany był bowiem tradycyjnymi wówczas metodami (a więc z wykorzystaniem rękopiśmiennych odpisów), o tyle egzemplarz, który dotarł do Elektoratu Moguncji, został wydrukowany przez Johannesa Gutenberga przy użyciu wynalezionej zaledwie kilka lat wcześniej ruchomej czcionki. Zarówno łaciński oryginał, jak i niemiecki przekład przetrwały próbę czasu - współcześnie stanowią tym samym jedne z najcenniejszych zabytków europejskiej typografii.
Niezależnie od formy rzymskiego wezwania, losy obleganego Belgradu pozostawały niepewne. Szala zwycięstwa przechyliła się na węgierską stronę dopiero w połowie lipca, kiedy połączone siły Jánosa Hunyadyego i Jana Kapistrana przełamały oblężenie, zmuszając osmańskie dowództwo do zarządzenia odwrotu, a przez to - do czasowego zaprzestania marszu ku środkowej Europie. Gdy wieści o klęsce sułtana dotarły na Wzgórze Watykańskie, zarządzone niedługo wcześniej uderzanie w dzwony zmieniło swój charakter - przeobraziło się wszak w dziękczynienie za zwycięstwo; niedługo później Kalikst III zdecydował o utrwaleniu tego zwyczaju (praktyka ta przetrwała nawet wtedy, gdy kilkadziesiąt lat później - w sierpniu 1521 roku - Sulejmanowi Wspaniałemu udało się to, czego nie osiągnął Mehmed Zdobywca). Spiżowy dźwięk zrósł się tym samym z codziennym rytmem życia europejskich miast i wsi; na przestrzeni kolejnych stuleci stałą porą uruchamiania instrumentów stało się zaś południe, co związało dawny papieski nakaz z modlitwą "Angelus Domini".
Czy w przebodźcowanej współczesności rozlegające się każdego dnia bicie dzwonów ma jeszcze rację bytu? Ocena tego zjawiska wymyka się prostym podziałom, a ostateczny konsensus warunkują dziesiątki czynników - od stopnia sekularyzacji społeczeństwa po akustykę najbliższego otoczenia; podczas gdy dla jednych pozostają elementem lokalnej tradycji, dla innych stają się źródłem codziennej uciążliwości. Bez względu na osobiste odczucia, co jakiś czas warto przypomnieć sobie jednak, że rozlegający się w południe dźwięk pozostaje echem zawirowań, które stulecia temu kształtowały europejską rzeczywistość.








