"Rozsypane paciorki". Surowość i improwizacja jako klucz do ponadczasowego sukcesu
Waga obrazu Marka Piwowskiego leży między innymi w korelacji ze specyficznymi nastrojami końca lat sześćdziesiątych; gdy w październiku 1970 roku zorganizowano oficjalną premierę, polskie społeczeństwo mierzyło się bowiem z uwerturą dziejowego przesilenia. Oficjalny optymizm coraz mocniej zderzał się z szarą rzeczywistością i powszechnym zmęczeniem, a wierchuszka skupiona na celebrowaniu pozornych sukcesów, niemal kompletnie oderwała się od bolączek zwykłych Polek i Polaków. Pielęgnowana przez lata stagnacja, ubarwiana jedynie sztucznym entuzjazmem, doprowadziła ostatecznie do wyraźnego zgrzytu między narzuconą formą a prawdziwym życiem. Czas ten stanowił idealny punkt wyjścia dla komediowej wiwisekcji.
Pasażerki i pasażerowie przemierzającego Wisłę statku stali się w istocie miniaturową reprezentacją zbiorowości tkwiącej w gorsecie jałowych rygorów i beznamiętnego pustosłowia. Wymowny pozostaje już sam obiekt, na którym rozgrywała się akcja; ekranowy "Neptun" to w rzeczywistości autentyczny wiślany parostatek, zbudowany w 1921 roku i ochrzczony pierwotnie mianem "Polska", po czym "obdarowany" imieniem jednego z symboli wschodniego systemu. Dziś trudno oprzeć się wrażeniu, że przemianowanie to stanowi osobliwą metaforę przykrycia historycznej podmiotowości narzuconym porządkiem; osadzenie akcji na pokładzie wspomnianej jednostki, odbywającej pozbawiony wyraźnego celu rejs, zdaje się zaś wymownie oddawać stan dryfującej w nieznane Rzeczypospolitej.
Wyjątkowość samej produkcji wynika natomiast bezpośrednio z metody twórczej, odrzucającej klasyczne ramy rzemiosła. Na tle nurtów ówczesnej kinematografii działanie Piwowskiego jawiło się jako akt artystycznej niezależności. Oficjalnie produkcja opierała się na krótkim scenariuszu, który w dużej mierze pełnił funkcję wygodnego alibi (skrojonego w rzeczywistości wszechobecnej kontroli), ukazując sielankowy zarys wypoczynku środowisk pracowniczych. Z perspektywy czasu metoda pracy reżysera zdaje się zaskakująco bliska koncepcji "dzieła otwartego" Umberta Eco - prowokował on bowiem uczestników i uczestniczki do improwizowanych interakcji w zamkniętej przestrzeni, pozostawiając szeroki margines na spontaniczność.
Wpływ na ostateczny wydźwięk miała też przedwczesna śmierć Bogumiła Kobieli, który pierwotnie miał wcielić się w rolę kaowca; został on ostatecznie zastąpiony relatywnie mało znanym wówczas Stanisławem Tymem, dzięki któremu dzieło to zyskało specyficzną sztywność i oportunistyczny cynizm. Zatarcie granicy między dokumentem a kreacją wymagało również odpowiedniego języka wizualnego; świadomie postawiono na surową estetykę - obraz stał się tym samym skrajnie siermiężny, a przy tym uzupełniony o niedoskonały dźwięk i chwiejny obiektyw. Pierwsza wersja montażowa spotkała się jednak z niezrozumieniem ówczesnej branży; produkcję określano mianem "rozsypanych paciorków" i zarzucono jej strukturalny nieład. Paradoksalnie to właśnie surowy naturalizm i postawienie na autentyczne twarze - z Janem Himilsbachem i Zdzisławem Maklakiewiczem na czele - zbudowały nieśmiertelną legendę.
Anatomia posłuszeństwa. Jak peerelowska satyra może punktować współczesność
Za fasadą przaśnych żartów i pozornego bezładu kryje się przy tym trafna diagnoza ludzkiej skłonności do bezrefleksyjnego podporządkowania. Pasażerowie i pasażerki "Neptuna" niemal natychmiast - z własnej woli - wchodzą w ustalone struktury, które z miejsca poczynają ich tłamsić; mechanizm powołany rzekomo do celów rekreacyjnych szybko wymyka się spod kontroli. Kaowiec uzurpuje sobie prawo do organizowania wolnego czasu, budując swoją pozycję poprzez narzucanie fasadowej aktywności, a reprezentujący inteligencję inżynier Mamoń wybiera wygodny konformizm; ucieka w analizę pobocznych zjawisk, co stanowi wierne odbicie postawy całkowitego wycofania i cichej akceptacji zastanego porządku.
Relacje między bohaterami oraz bohaterkami opierają się na gombrowiczowskim narzucaniu ról - jednostki asymilują się ze sztuczną formą zadziwiająco bezkonfliktowo. Zwieńczeniem tego procesu miała być zresztą słynna scena gry towarzyskiej, polegającej na odgadywaniu tożsamości osoby wymierzającej "klapsa". Cenzura wyczuła w tym fragmencie metaforę obywatela poddawanego odgórnej presji, żądając częściowego stępienia wymowy całego zajścia. Najtrwalszym dziedzictwem tego obrazu okazał się jednak specyficzny język. Zderzenie urzędowej nowomowy z prozaicznymi problemami wycieczkowiczów obnażyło powszechny fałsz; słowa przestały służyć wymianie myśli, stając się jedynie narzędziem budowania sztucznego autorytetu, a dziesiątki zaimprowizowanych na planie fraz na zawsze weszły do potocznej polszczyzny. Codzienny słownik wzbogacił się tym samym o nieśmiertelne "pytania tendencyjne", melancholijny wniosek, że na polskim ekranie "nic się nie dzieje", a także teorię głoszącą, iż podobają nam się wyłącznie utwory, "które już znamy".
Z perspektywy kilku dekad odbiór tego dzieła staje jednak przed nowymi wyzwaniami. Wśród nowego pokolenia widzów i widzek, dla których dawne realia pozostają całkowitą abstrakcją, komedia bywa zwyczajnie niezrozumiała. Bez dogłębnej znajomości historycznego tła, dla części przedstawicieli oraz przedstawicielek generacji Z (a nawet - częściowo - Y) produkcja traci status przystępnej rozrywki, zyskując zaledwie pozycję wymagającego przypisów zabytku. Dla starszych roczników pozostaje ona jednak niezmiennie rodzajem sentymentalnej autoterapii oraz niewyczerpanym źródłem anegdot, nagminnie przytaczanych w codziennych rozmowach.
Traktowanie filmowej diagnozy wyłącznie w kategoriach muzealnego reliktu byłoby jednak błędem. Po odrzuceniu estetyki dawnych dekad okazuje się, że mechanizm organizacyjnego absurdu ma się doskonale i we współczesnych realiach. Hierarchiczna struktura potężnych firm wciąż opiera się na zbliżonych wzorcach dyscyplinowania jednostki; dawna mowa-trawa znalazła swą inkarnację w korporacyjnym żargonie, a działania filmowego kaowca jawią się jako archetyp przymusowych wyjazdów integracyjnych i niekoniecznie dobrowolnych aktywności. Specyficzny teatr formy płynnie przelał się też między innymi do świata nowoczesnego PR-u oraz branży rozwoju osobistego. Z jednej strony dominuje kultura fasadowego sukcesu, w której coachingowy slang skutecznie maskuje intelektualną pustkę, a każda odmowa udziału w sztucznym entuzjazmie traktowana jest jak defekt. Z drugiej - współczesny dyskurs publiczny opanowały gładkie komunikaty; piętrowe, nic nieznaczące zdania o "wyzwaniach" i "optymalizacjach", służące ucieczce od odpowiedzialności, do złudzenia przypominają zaimprowizowany bełkot pasażerów i pasażerek "Neptuna". W takim układzie sił bierna postawa Mamonia, wybierającego konformistyczną ucieczkę w dygresje, stanowi niezwykle wierne odbicie zachowań wielu obserwatorów i obserwatorek życia społecznego. Właśnie dlatego słynne słowa, zbywające niewygodne pytania zarzutem o tendencyjność, wciąż brzmią niezwykle znajomo; w epoce wykreowanych wizerunków i obowiązkowej, przerysowanej pozytywności "Rejs" wciąż funkcjonuje zatem jako uniwersalna przypowieść o dobrowolnym podporządkowaniu.








