Wyjątki od reguły. Zawiłe losy pierwszych samodzielnych monarchiń
Wczesne struktury państwowe opierały się na ogół o modele definitywnie wykluczające kobiety z prawa do samodzielnego administrowania. Mimo to, w niemal każdej epoce odnaleźć można przykłady liderek stojących na czele państw; pierwszymi samodzielnymi władczyniami były najpewniej (nieliczne) królowe starożytnego Egiptu (już około 3000 roku przed naszą erą), zaś za pierwszą przywódczynię znaną z imienia uznaje się Ku-Bau - sprawująca rządy w Mezopotamii (około 2500 roku przed naszą erą). Ku-Bau pozostaje przy tym jedyną kobietą, której imię umieszczono na "Sumeryjskiej liście królów"; jej awans społeczny (wcześniej miała wszak prowadzić wyszynk) wynikał najprawdopodobniej z ogromnego majątku, a także wpływów, które pozwoliły założyć nową dynastię w okresie głębokiej niestabilności.
Przejęcie władzy przez kobiety rzadko wynikało bowiem ze zwykłego prawa primogenitury, które w zdecydowanej większości kultur faworyzowało męskich potomków. Żeńska droga do tronu niemal każdorazowo była więc efektem kryzysów dynastycznych, skomplikowanych sojuszy czy pałacowych przewrotów; samodzielnie rządzące monarchinie stanowiły jednostkowe wyjątki, nierozerwalnie powiązane ze specyficznymi uwarunkowaniami. I tak - już w starożytnym Egipcie wybitnym zmysłem państwowotwórczym wykazała się Hatszepsut; choć początkowo pełniła ledwie funkcję regentki (w imieniu pasierba), z czasem - korzystając z silnego poparcia urzędników i kapłanów - przejęła pełną tytulaturę faraonki, ogłaszając się przy tym bezpośrednią potomkinią boga Amona. Wieki później na tronie ptolemejskiego Egiptu zasiadła Kleopatra VII, która zgodnie z testamentem ojca miała jedynie współrządzić z młodszym bratem; ta została początkowo odsunięta przezeń od decyzyjności, a swój powrót zawdzięczała niemal wyłącznie zręcznemu sojuszowi z Juliuszem Cezarem.
Kolejne stulecia przyniosły jeszcze silniejsze blokowanie kobiecych rządów, a objęcie władzy każdorazowo wymagało splotu niezwykłych okoliczności. W Polsce męski system skutecznie ominięto w drugiej połowie XIV stulecia, sprowadzając nad Wisłę Jadwigę Andegaweńską - jej koronacja na królową (a właściwie króla) była efektem skomplikowanych negocjacji między możnowładztwem a jej rodzicami, wywołanymi brakiem męskiego potomka. "Tradycję" tę kontynuowała później Anna Jagiellonka, wybrana w wolnej elekcji po ucieczce Henryka Walezego - jako ostatnia przedstawicielka dynastii stanowiła dla szlachty żywy symbol ciągłości władzy (choć jej pozycja miała docelowo posłużyć jedynie legitymizacji rządów przyszłego męża).
Podobne mechanizmy decydowały o losach koronowanych głów w innych europejskich mocarstwach. Elżbieta I Tudor, po śmierci matki - Anny Boleyn - uznana za osobę z nieprawego łoża i wykluczona z sukcesji, przetrwała rządy przyrodniego rodzeństwa, by przejąć angielską koronę dopiero po bezpotomnej śmierci siostry - jako ostatnia z rodu. Kilka stuleci później Wiktoria Hanowerska objęła natomiast tron Wielkiej Brytanii wyłącznie dlatego, że bracia jej zmarłego ojca nie pozostawili po sobie prawowitych spadkobierców, co w świetle prawa uczyniło ją jedyną pełnoprawną kandydatką. Maria Teresa z kolei, mimo wydanej przez ojca sankcji pragmatycznej umożliwiającej dziedziczenie w linii żeńskiej, zmuszona była stoczyć spór o sukcesję austriacką (przy czym aż do 1765 roku oficjalnie sprawowała rządy u boku męża - następnie zaś z synem). Bywało też tak, że wpływy zdobywano na drodze przewrotu - Katarzyna II, pierwotnie niemiecka księżniczka, przejęła rosyjski tron, odsuwając od decyzyjności własnego męża; bezwzględnie wykorzystała jego niepopularność, opierając się na wsparciu zaufanych elit. W każdym z tych historycznych przypadków ostateczny awans nie był kwestią standardowych procedur, lecz ich całkowitego wyczerpania.
Przebijanie szklanych sufitów. O złudzeniu równości w nowoczesnych administracjach
Wraz z upowszechnianiem się republikanizmu - na przełomie XIX i XX wieku - koncepcja sprawowania władzy uległa kompletnej przemianie. Udział w życiu politycznym od początku obwarowany był jednak licznymi ograniczeniami - obok cenzusu wieku czy majątku, istniał jednak i wykluczający cenzus płci. Prawdziwa transformacja nadeszła dopiero dzięki wysiłkowi ruchów emancypacyjnych; w 1907 roku do fińskiego parlamentu wybrano kilkanaście posłanek, co stało się wydarzeniem bez precedensu w skali globu. Zjawisko to dotarło wkrótce i nad Wisłę (w Europie Polskę wyprzedziły jedynie rzeczona Finlandia, a także Dania, Norwegia i Islandia) - w odrodzonej Rzeczypospolitej błyskawicznie przyznano obywatelom i obywatelkom bierne prawa wyborcze, a w ławach Sejmu Ustawodawczego zasiedły pierwsze posłanki (wśród których znalazły się między innymi Zofia Moraczewska, Irena Kosmowska czy Maria Moczydłowska).
Przekroczenie progu parlamentu nie implikowało jednak automatycznego dostępu do władzy wykonawczej; stanowiska ministerialne przez długie dekady uważano za wyłączną, nienaruszalną domenę mężczyzn. Do ścisłych kierownictw kobiety "dopuszczono" dopiero pod koniec lat 10. XX wieku - początkowo w rządach utworzonych na terenie Rosji i Węgier, a także w tymczasowym gabinecie Irlandii. W Polsce i te szlaki przecierała Irena Kosmowska, pełniąca w listopadzie 1918 roku funkcję wiceministry w Tymczasowym Rządzie Ludowym Ignacego Daszyńskiego; w zachodnich demokracjach za pierwszą konstytucyjną ministrę uchodzi z kolei Dunka Nina Bang, kierująca resortem edukacji w latach 1924-1926. Nawet gdy polityczki zaczęły jednak regularnie otrzymywać teki, powierzano im przede wszystkim te związane z oświatą czy zdrowiem (choć z wyjątkami - Zofia Wasilkowska, pierwsza polska ministra, powołana w 1956 roku, kierowała bowiem resortem sprawiedliwości), odsuwając je od gospodarki czy dyplomacji. Warto przy tym odnotować, że na pierwszy gabinet, w którym większość stanowiły kobiety, świat musiał poczekać aż do 1999 roku, kiedy parytet ten osiągnęła Szwecja.
Niedokończona historia. O pierwszych "szefowych" i chłodnej statystyce
Historyczny wyłom na "szczycie szczytów" - a więc w przypadku urzędu głowy państwa i stanowiska szefowej rządu - dokonywał się etapami. Chronologicznie pierwszeństwo należy do USRR - już na przełomie 1917 i 1918 roku Jewhenija Bosz de facto kierowała wszak tamtejszym rządem (choć de iure zajmowała stanowisko sekretarzyni do spraw wewnętrznych); w latach 40. XX wieku Chertek Ancimaa-Toka objęła z kolei najwyższe stanowisko w Tuwie (kraju szerzej nieuznawanym, choć quasisuwerennym), stając się pierwszą w nowożytności kobietą na czele państwa. W jej ślady poszły później Sükhbaataryn Yanjmaa w Mongolii oraz Song Qingling w Chinach, piastując funkcje tymczasowych przywódczyń.
W ustrojach demokratycznych przełom nadszedł w drugiej połowie XX wieku - w 1960 roku na Cejlonie (a więc w dzisiejszej Sri Lance) pierwszą na świecie premierką została Sirimavo Bandaranaike. Czternaście lat później w Argentynie urząd prezydentki przejęła Isabel Perón (jako pierwsza nietymczasowa głowa państwa), a w 1980 roku stery na Islandii objęła pierwsza prezydentka wybrana w głosowaniu powszechnym - Vigdís Finnbogadóttir. W polskiej rzeczywistości szczyt został osiągnięty w lipcu 1992 roku, kiedy misję sformowania rządu powierzono wspomnianej na wstępie Hannie Suchockiej (co symptomatyczne, pozostawała ona jedyną kobietą w swoim rządzie).
Zjawiskiem stanowiącym niemałą anomalię na globalnej mapie pozostaje tym samym pełnienie przez kobiety urzędów głowy państwa oraz szefowej rządu w jednym czasie. Tego typu unikatowy układ ucieleśniał się dotychczas wyłącznie incydentalnie - między innymi na wspomnianej już Sri Lance, a także w Estonii, Mołdawii czy na Barbadosie, obecnie trwając z kolei w Islandii, Serbii oraz w Trynidadzie i Tobago - co wciąż stanowi niezbity dowód na incydentalny charakter pełnej emancypacji.
Imponujące historie części liderek mogłyby kreować złudzenie płynnego, nieuniknionego postępu w stronę równego podziału władzy; niestety, współczesny obraz weryfikuje rzekomy optymizm. Z aktualnych danych wynika, że zaledwie 24 suwerenne kraje świata (lub 25, jeśli pod uwagę wziąć też Raffaellę Petrini - prezydentkę Gubernatoratu Państwa Watykańskiego) mogą obecnie pochwalić się kobietą na stanowisku prezydentki lub premierki. Co więcej, większość w pełni uznanych krajów świata w całej swej nowożytnej historii ani razu nie powierzyło najwyższych funkcji państwowych osobie innej niż mężczyzna (wśród nich jest też kilka krajów europejskich, w tym Albania, Czarnogóra, Czechy oraz Liechtenstein).
Biografie wybitnych polityczek stanowią dobitny dowód na to, że kompetencje nie mają płci. Niemniej, dopóki obecność kobiet u sterów państw będzie traktowana w kategoriach wyjątku, a nie naturalnej reguły, proces równouprawnienia pozostanie dziełem głęboko niedokończonym.
Zobacz też:
Zmierzch królów. Kim są kobiety, które przejmą trony Europy?







