(Niekoniecznie) spontaniczne życzenia. Pragmatyczne kulisy nowojorskiej gali
W przestrzeni publicznej występ ten nierzadko przedstawiany jest jako spontaniczny gest zakochanej w prezydencie aktorki; niemniej -abstrahując od domniemanej zażyłości MM i JFK - geneza tego wydarzenia pozostaje wysoce pragmatyczna. Na początku lat 60. XX wieku Demokraci borykali się wszak z dziesiątkami zobowiązań finansowych, stanowiących pokłosie kampanii z 1960 roku; gala w Nowym Jorku - zorganizowana na dziesięć dni przed faktycznymi urodzinami prezydenta - miała na celu przede wszystkim podreperowanie nadszarpniętego budżetu, nazwisko Monroe pozwoliło zaś na wywindowanie cen biletów.
Przedsięwzięcie to okazało się niemałym sukcesem - w The Garden zgromadziło się aż piętnaście tysięcy osób, w tym między innymi Ella Fitzgerald, Shirley MacLaine czy Henry Fonda. W role prowadzących wcielili się Arthur B. Krim (skarbnik Demokratów, a jednocześnie właściciel jednej z wytwórni filmowych) oraz Anna M. Rosenberg (niegdysiejsza zastępczyni sekretarza obrony, później natomiast specjalistka do spraw wizerunku), za reżyserię i produkcję całego widowiska odpowiadał z kolei broadwayowski kompozytor Richard Adler. "Sprowadzenie" Monroe miało z kolei stanowić zasługę Petera Lawforda - aktora (członka nieformalnej grupy Rat Pack), prywatnie zaś szwagra Kennedy'ego. Jemu też w udziale przypadło zapowiedzenie aktorki, którą wywołał na scenę używając sformułowania "the late Marilyn Monroe"; choć zwrot ów stanowił ironiczną aluzję do legendarnego wręcz braku punktualności samej zainteresowanej, ledwie kilkanaście tygodni później począł być odczytywany zgoła inaczej - "late" oznacza wszak tak "spóźniony", jak i "zmarły", co z perspektywy czasu nadało tej kuluarowej kpinie niemal profetyczny sens.
Warto przy tym wspomnieć, że podróż z Los Angeles do Nowego Jorku stała się dla MM swego rodzaju momentem granicznym. Aktorka pracowała wówczas nad komedią "Something's Got to Give" (w reżyserii George'a Cukora); zmagając się z chronicznymi problemami zdrowotnymi (i nie tylko takimi), notorycznie opóźniała jednak produkcję. W związku z tym wytwórnia 20th Century Fox kategorycznie zakazała jej wówczas opuszczania Kalifornii, co Monroe ostentacyjnie zignorowała (czego nie robi się bowiem dla prezydenta). Ostatecznie przypłaciła to dyscyplinarnym zwolnieniem w czerwcu 1962 roku - ostatni obraz w jej karierze nigdy nie doczekał się zaś ukończenia.
Historyczna kreacja, medialna wrzawa i fatalistyczny epilog
Monroe, świadoma rangi wydarzenia, poprosiła o stworzenie kreacji Jeana Louisa - suknia ta, uszyta z cielistego materiału typu soufflé chiffon i pokryta ponad dwoma tysiącami kryształów, przeszła do historii mody jako pierwowzór "naked dress". Wrażenie "drugiej skóry" spotęgowało zaś oświetlenie we wnętrzu Madison Square Garden - punktowe reflektory uczyniły cienki szyfon niemal niedostrzegalnym, eksponując wyłącznie błyszczące zdobienia.
Na właściwy występ złożyły się dwie części - po odśpiewaniu klasycznych życzeń Monroe wykonała jeszcze utwór "Thanks for the Memory" z 1938 roku, prezentując wersję stworzoną specjalnie dla JFK (zmodyfikowany tekst stanowił bezpośrednie nawiązanie do działań jego administracji). Kiedy na scenie pojawił się olbrzymi tort, głos zabrał sam prezydent.
"Mogę już wycofać się z polityki, skoro zaśpiewano mi »Happy Birthday« w tak słodki, niewinny sposób", stwierdził wówczas.

Słowa te, podobnie jak i wszystko, czego rezultatem się stały, podsyciły jedynie medialne plotki. Zdarzenia z 19 maja 1962 roku posłużyło tym samym opinii publicznej jako wizualne potwierdzenie wielomiesięcznych domniemań o romansie głowy państwa z gwiazdą kina. Choć biografowie i biografki do dziś spierają się o faktyczną intensywność tej relacji, większość skłania się ku tezie, że bliskość ograniczyła się najpewniej do ledwie kilku spotkań wiosną tego samego roku. Potencjalna nieobliczalność Marilyn, tak szeroko opisywana przez ówczesną prasę, wzbudzała w Białym Domu głęboką konsternację. Sama Jacqueline Kennedy (której znamienną nieobecność w Nowym Jorku również szeroko komentowano) - choć gotowa była tolerować liczne eskapady męża (w imię utrzymania status quo) - to w Monroe upatrywać miała podobno największego zagrożenia wizerunkowego. Sytuację komplikowały dodatkowo wciąż żywe spekulacje o równoległej relacji artystki z bratem prezydenta, a jednocześnie prokuratorem generalnym - Robertem.
Historia dowodzi, że majowa gala stała się swoistym epilogiem pewnej epoki. Zaledwie jedenaście tygodni później, 4 sierpnia 1962 roku, Marilyn Monroe zmarła w swym kalifornijskim domu (i choć za oficjalną przyczynę śmierci uznano przedozowanie barbituranów, teorie o udziale osób trzecich po dziś dzień nie tracą na popularności). W listopadzie kolejnego roku w Dallas zginął John F. Kennedy, w 1968 roku podobny los spotkał zaś jego brata.
Ikoniczny status tego wydarzenia wynika wprost z jego fatalistycznego epilogu. Występ w Madison Square Garden był tak naprawdę ostatnim beztroskim kadrem owej epoki - perfekcyjną fasadą, za którą krył się nadciągający upadek. Kiedy w ciągu zaledwie kilku lat historia upomniała się o życie głównych postaci tego wieczoru, nowojorska gala przestała być tylko partyjną uroczystością, stając się popkulturowym epitafium dla amerykańskiego establishmentu tamtych lat.







