Syn Sylwii Peretti, 24-letni Patryk, zginął w nocy z 14 na 15 lipca 2023 roku w tragicznym wypadku samochodowym w Krakowie. Dla matki była to niewyobrażalna tragedia, z której ciężarem żyje do dziś.
Życie Sylwii Peretti po wypadku. "Nie ma powietrza"
Jak mówiła dziś w "halo tu polsat", choć od śmierci jej syna miną wkrótce 3 lata, przez ten czas w jej sercu nic się nie zmieniło. Zapytana o to, w jakim dziś jest miejscu, nasza gościni odparła:
"Tak szczerze, to mam wrażenie, że nic się absolutnie nie zmieniło. Mam wrażenie, że ten dzień, który był zaraz po, różni się tylko tym, że jestem w stanie funkcjonować, zrobić makijaż, uśmiechnąć się, przyjść do was. Natomiast w sercu nie różni się niczym. Ja po prostu nauczyłam się żyć z tą tragedią, żyć z tym, funkcjonować, oddychać. Bo to też jest bardzo dużo, nauczyć się oddychać w takiej sytuacji, kiedy nie ma powietrza".
Nauczyć się żyć od nowa
Tamta lipcowa noc zmieniła życie Sylwii całkiem i na zawsze. Jak mówiła dziś w naszym studiu, mijający czas wcale nie goi ran.
"Każdy dzień jest dla mnie nowym dniem, nową tęsknotą. Ta tęsknota nie różni się niczym, ponieważ mam wrażenie, że jestem takim głosem wszystkich rodziców, którzy stracili swoje dzieci, którzy żyją w niewyobrażalnej tragedii i chciałabym, żeby oni mieli świadomość tego, że można z tym żyć, że trzeba to robić dla naszych dzieci".
"Nie mam siły żyć, ale.."
Sylwia dodała, że ból odbiera siły i chęć do życia, a każdy kolejny dzień wymaga pracy.
"Słuchajcie, to nie jest tak, że ja wstaję rano i ja mam siłę żyć. Nie, wielokrotnie nie mam, ale ja dla tych rodziców... Chcę im pokazać, że nie mamy innego wyjścia. I co z tego, że ja nie mogę oddychać, ale jestem w stanie żyć bez oddechu" - mówiła obrazowo.
Kasia Cichopek zapytała Sylwię, czy zachowała w pamięci to, co wydarzyło się tragicznej nocy i to, co działo się potem. Nasz gościni odparła, że wiele rzeczy zostało wymazanych.
"Pierwsze momenty, kiedy był telefon, kiedy pojechałam w to miejsce, tak, pamiętam to jak przez lupę, jak przez szkło powiększające, w zwolnionym wręcz tempie" - mówiła Peretti. "Natomiast późniejszy etap, już po pogrzebie, zniknął z mojego życia. Plus, minus, roku, nie pamiętam. I to mówię całkiem poważnie. Mam takie przebłyski, co się gdzieś tam działo, ale to już nie ma, tak jakby nie było".
"Tamta Sylwia zginęła razem z chłopcami"
Oglądając dzisiejszą rozmowę z Sylwią, nie dało się nie odczuć jej przemożnego bólu, ciężaru na sercu i smutku, który obezwładnia. Dzisiejsza Sylwia jest inną osobą niż ta sprzed wypadku. Sama to widzi i podkreśla, że choć tęskni za tamtą sobą, nie jest w stanie już być dawną Sylwią.
Gdy Kasia Cichopek zapytała, czy Sylwii zdarza się uśmiechać do życia, padła odpowiedź:
"Nie, tamta Sylwia zginęła razem z chłopcami 15 lipca i ta, która jest teraz, to jest zupełnie nową osobą, która strasznie tęskni za tamtą Sylwią. I poza tęsknotą za moim dzieckiem, ja strasznie tęsknię za tamtą Sylwią, za tym uśmiechem, za tym szaleństwem".
Po czym dodała:
"Ja po prostu nie umiem tego robić, nie umiem być już tamtą mną. Uczę się być tą sobą, którą jestem teraz i w miarę ją akceptować. Nie jest to łatwe. Ale wiecie, coraz częściej pojawia się uśmiech na mojej twarzy. Uczę się śmiać. Problemy, które są problemami dnia codziennego teraz, dla normalnych osób mogłyby być poważnymi problemami. Dla mnie one nie mają znaczenia. One są kolejnymi problemami, którym trzeba stawić czoła, z którymi trzeba przejść" - mówiła.
"Natomiast one są niczym w porównaniu z tym, co ja mam w sercu. Niezależnie od tego, co się w moim życiu wydarzy, to już będzie miało mniejsze znaczenie niż to, co przeszło".

Peretti o telefonie, którego nie wykonała: "Wtedy tego nie zrobiłam"
Maciek Kurzajewski zapytał Sylwię o wyznanie, jakie poczyniła jakiś czas temu na łamach mediów. Mama Patryka miała wspominać wtedy o poczuciu winy.
Peretti wyjaśniła, że na początku, krótko po tragedii, ludzie próbowali zrzucić winę za to, co się wydarzyło, właśnie na nią.
"Nie tak do końca czuję się winna" - wyjaśniła Sylwia. "Generalnie ludzie strasznie próbowali obwinić mnie za to, co się stało. Przez pierwsze miesiące im się to udawało. I nie do końca tak, że czułam się winna temu, co się stało; tylko temu, że nie zadzwoniłam, nie odezwałam się, mimo że byłam nadgorliwą mamą i dzwoniłam w środku nocy, mimo że chłopak miał 24 lata. Wtedy tego nie zrobiłam... I tutaj czułam winę. Jaka jest inna moja wina w tej sytuacji?" - zapytała retorycznie.
Sylwia dodała, że choć od wypadku mijają już 3 lata, ona nadal mierzy się z oceną ludzi i ich krzywdzącymi komentarzami.
"Do tej pory jestem miażdżona. Minęły 3 lata i są fale. Wiadomo, że w związku z różnymi artykułami te fale są większe, mniejsze. Natomiast to absolutnie nie milknie" - zdradziła.
"Kiedy nie masz już nic do stracenia"
Dodała, że ludzkie osądy dobijają, gdy człowiek jest w bardzo złym stanie: "Przychodzi moment, że nie masz siły wstać z łóżka, kiedy nie masz siły dojść do toalety, wziąć prysznica. A tutaj jeszcze ludzie atakują cię, mimo że ty już i tak nie masz siły wstać. I to jest moment, kiedy zaczynasz uczyć się żyć ponad tym. Kiedy nie masz już nic do stracenia. W sensie, jak wielokrotnie mówiłam, że nie ma większego wroga niż matka, która straciła swoje jedyne dziecko, ponieważ ona nie ma już nic do stracenia" - dodała z mocą Sylwia.
A gdy Kasia Cichopek zapytała, czy po śmierci Patryka nie bała się konfrontacji z ludźmi, Peretti odparła: "Nie, poza moją drogą na cmentarz nie chodziłam wtedy nigdzie i nie miało to dla mnie znaczenia, jak kto na mnie patrzy. Poza tym ja byłam w takim amoku uczenia się tej sytuacji, że nie do końca patrzyłam na ludzi i widziałam ich spojrzenia" - wspominała.
"Niepożegnani" - książka Sylwii Peretti, która uratowała jej życie
Niedawno Sylwia wydała książkę, która - jak zdradziła w naszym studiu - dała jej nadzieję i przyniosła ulgę.
"Ta książka w pewnym sensie uratowała moje życie. Mówię to całkiem otwarcie. Jest moją terapią. Ja nie umiałam znaleźć sposobu, nie potrafię znaleźć sposobu na poradzenie sobie z tą sytuacją. Ta książka wyciągnęła mnie z takiego czarnego tunelu, który pochłonął mnie do tego stopnia, że już z niego myślałam, że nie będzie wyjścia. Jakąś lampkę zobaczyłam, która coraz bardziej się rozświetlała, wylałam do tej książki wszystko, co miałam w sercu. Wszystko" - mówiła.
"I kiedy ją zakończyłam, kiedy zamknęłam laptopa, zaczęłam płakać, ale to nie był taki zwykły płacz. Dobywałam z siebie dźwięki, jakich nie słyszałam jeszcze w ogóle od kogoś. Nie chcę porównywać tutaj do niczego. I po jakimś czasie, po paru minutach, tak jakbym zrzuciła z pleców jakiś taki ciężki worek, który mnie po prostu tłamsił. Poczułam lekkość" - opowiadała Sylwia.
Peretti o bólu rodziców, którzy stracili dzieci
Nasz gościni dodała, że doskonale wie, że podobne jak jej cierpienie jest udziałem wielu innych osób.
"Nie jest to lekkość ta sprzed 15 lipca, broń Boże, ale jest to taka lekkość, która potrafi pomóc mi wstać. I wiedziałam, że to było dobre. Poza tym wiem, ile takich osób jak ja jest. To, że o mnie jest głośno, to wiadomo, po prostu kwestia klikalności. Natomiast codziennie ktoś ginie, codziennie rodzice tracą swoje dzieci. Czy w takim, czy w innym przypadku. I ci rodzice są w takim samym miejscu, w jakim ja byłam. Oni również szukają sposobu na to, żeby jakkolwiek zacząć żyć. I jeżeli ja mogłam tą książką komuś pomóc, to zrobiłam" - podkreśliła.
"Jeżeli tylko jedną duszę nią uratowałam, to jestem szczęśliwa" - dodała na zakończenie spotkania Sylwia Peretti.







