Hollywood planowało smutne zakończenie
Film "Pretty Woman" kojarzy się przede wszystkim z historią współczesnego Kopciuszka i jednym z najbardziej kultowych finałów w historii kina. Mało kto jednak wie, że pierwsza wersja scenariusza była znacznie bardziej surowa i pozbawiona hollywoodzkiego uroku.
Początkowo film nosił tytuł "3000". Kwota odnosiła się do pieniędzy, które Edward płaci Vivian za tydzień spędzony razem. Już wtedy historia miała być znacznie bardziej realistyczna i momentami mroczna.
Twórcy długo zastanawiali się, w którą stronę pójść. Ostatecznie uznano, że film potrzebuje więcej lekkości i emocji. Ta decyzja całkowicie zmieniła jego charakter.
Ostatnia scena miała wyglądać zupełnie inaczej
Dziś finał "Pretty Woman" zna praktycznie każdy. Edward, grany przez Richarda Gere'a, przyjeżdża po Vivian białą limuzyną, wspina się po schodach z bukietem kwiatów i wyznaje jej uczucia. Ta scena po latach stała się symbolem filmowego romantyzmu.
Pierwotnie jednak nic takiego nie miało się wydarzyć. W pierwszej wersji scenariusza Edward po prostu kończy relację z Vivian i odwozi ją do domu. Bez pocałunku, bez wielkich gestów i bez happy endu, który później pokochały miliony widzów na całym świecie.
Chodzi o słynny moment przy pianinie, gdy Edward gra w hotelu, a Vivian schodzi do niego w szlafroku. Aktor przyznał, że scena nie była zapisana w scenariuszu, a później stała się jedną z najbardziej kultowych w całym filmie
Część kultowych scen powstała... spontanicznie
Co ciekawe, nawet podczas zdjęć wprowadzano sporo zmian. Richard Gere po latach zdradził, że jedna z najbardziej pamiętnych scen filmu powstała całkowicie spontanicznie.
Chodzi o słynny moment przy pianinie, gdy Edward gra w hotelu, a Vivian schodzi do niego w szlafroku. Aktor przyznał, że scena nie była zapisana w scenariuszu, a później stała się kultowa i była najczęściej wspominana podczas wywiadów.
Zobacz też: To on wybrał Whitney Houston do roli w "Bodyguardzie". Co naprawdę łączyło gwiazdy filmu poza ekranem?
Julia Roberts dzięki temu filmowi stała się ikoną
Dla Julii Roberts rola Vivian okazała się prawdziwym przełomem. Po premierze filmu niemal z dnia na dzień stała się jedną z największych gwiazd Hollywood.
Jej charakterystyczny uśmiech, burza loków i ekranowa chemia z Richardem Gere'em sprawiły, że widzowie błyskawicznie pokochali ten duet.

Do dziś "Pretty Woman" pozostaje jednym z tych filmów, do których wiele osób wraca nawet po latach. Tym bardziej trudno uwierzyć, że historia mogła zakończyć się zupełnie inaczej. Ogromna w tym zasługa Julii Roberts, która genialnie wcieliła się w ekscentryczną Vivian i nadała filmowi wyjątkowy charakter.
Fani latami wierzyli, że Julia Roberts i Richard Gere naprawdę byli razem
Ich ekranowa chemia była tak naturalna, że widzowie przez lata byli przekonani, iż łączyło ich coś więcej niż tylko praca na planie. W rzeczywistości nigdy nie potwierdzono, by łączył ich romans.

Co ciekawe, Richard Gere początkowo wcale nie był przekonany do udziału w filmie. Jak później ujawniono, podczas pierwszego spotkania Julia Roberts podała mu karteczkę z krótkim napisem: "Please say yes".
To właśnie wtedy aktor ostatecznie zgodził się zagrać Edwarda, a ich ekranowy duet przeszedł do historii kina.
Zobacz też:
Hollywood długo nie traktowało jej serio. Dziś Priyanka Chopra podbija świat show-biznesu
Justyna Steczkowska i Skolim zaskoczyli fanów. "To mezalians"







