Węgierskie korzenie na południu Polski. Krótka historia Szczawnicy
Choć pierwsze wzmianki o Szczawnicy pochodzą z 1413 roku, ta istniała prawdopodobnie już dwa wieki wcześniej - przechodząc w międzyczasie przez ręce księcia Bolesława V, księżnej Kingi, sądeckich klarysek czy króla Kazimierza III. Dzisiejszy kształt miasto zawdzięcza jednak przede wszystkim wizjom XIX i (początków) XX wieku. Za siłę inicjującą największy rozkwit uchodzą działania węgierskiej rodziny Szalayów - Józefina Szalay odkupiła tutejsze dobra w roku 1828, po czym wraz z mężem Stefanem rozpoczęła butelkowanie i sprzedaż miejscowych wód (nadając przy tym nazwy lokalnym źródłom). W roku 1839 dobrami zaczął zarządzać ich syn Józef, który uchodzi dziś za ojca-założyciela uzdrowiska. Mimo węgierskiego rodowodu, identyfikował się on z Polską i podkreślał swoje przywiązanie do niej. O wzajemnym przenikaniu się polskiej i węgierskiej tradycji - nie tylko w życiu Józefa Szalaya - opowiadała dyrektorka Muzeum Pienińskiego w Szlachtowej (noszącego jego imię), Barbara Węglarz, która podkreślała że wpływy z południa naturalnie przenikały do lokalnej kultury. Dowodem tego są choćby elementy stroju górali pienińskich - charakterystyczny boczny lampas na spodniach nawiązywać ma do umundurowania węgierskich jednostek, podobnie jak specyficzne pętlice na kamizelkach oraz sam sposób noszenia odzieży wierzchniej, przypominający styl huzarów.
Spacer szczawnickimi ulicami pozwala ujrzeć unikalne elementy dawnej zabudowy - choćby Plac Dietla (nierzadko zwany tutejszym "rynkiem"), otoczony zabytkowymi willami takimi jak "Pałac", "Holenderka", "Nad Zdrojami" czy "Szwajcarka", zdaje się tętnić dawną atmosferą. Na frontach miejscowych domostw dostrzec można z kolei godła szalayowskie, o których opowiadali Michał Polaczyk, Janina Gawlik oraz Jan Malinowski. W XIX stuleciu, gdy tutejsze uzdrowisko poczęło przyciągać przedstawicieli i przedstawicielki ówczesnych elit - w Szczawnicy wypoczywali między innymi Henryk Sienkiewicz, Maria Konopnicka, Jan Matejko czy Bolesław Prus, co szybko przełożyło się na niespotykaną wcześniej popularność - co ostatecznie skutkowało brakiem miejsc noclegowych. Wspominany już Józef Szalay zaproponował wówczas przystosowanie na potrzeby turystyczne tak zwanych "białych izb" w tutejszych domach, co doprowadziło do stworzenia systemu unikalnych godeł, pełniących rolę swego rodzaju szyldów. Chcący je uzyskać musieli jednak sprostać wymaganiom fundatora, między innymi wyprowadzić komin ponad dach, wprawić szklane okna i wyłożyć izby drewnianą podłogą. Choć oryginalne tablice w dużej mierze nie przetrwały próby czasu, zrekonstruowano je w ubiegłym wieku z inicjatywy lokalnego oddziału Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego. Najstarsze po dziś dzień można zaś zobaczyć w Muzeum Pienińskim.
Z inicjatywy Szalaya stworzono także zielone serce uzdrowiska - Park Górny oraz Park Dolny. Wtedy też wytyczono równe aleje, wzdłuż których zasadzono między innymi żywotniki zachodnie, tulipanowce amerykańskie czy perukowce podolskie. Przebywający w Szczawnicy mogli wówczas podziwiać wybudowaną kaplicę zdrojową oraz stylowe altany, z których często dobiegała nastrojowa muzyka. Dla pragnących nieco mocniejszych wrażeń regularnie organizowano pełne emocji spływy łodziami flisackimi po Dunajcu - rejsom tym nierzadko towarzyszyła huczna kapela, głośne salwy i płonące pochodnie, co na zawsze ukształtowało niezwykły wizerunek tego miejsca.
Lecznicze wody, górskie szlaki i "podwójna" kuchnia. O szczawnickich urokach
Po śmierci Józefa Szalaya w 1876 roku miejscowość przeszła na własność krakowskiej Akademii Umiejętności, co wyhamowało jej rozwój. Nieco ponad trzy dekady później uzdrowisko zostało jednak zakupione przez hrabiego Adama Stadnickiego, co sprawiło, że miejscowość poczęła przeżywać drugą młodość. Nowy właściciel rozpoczął szeroko zakrojoną modernizację - między innymi poprzez remonty domów zdrojowych, rozszerzenie Parku Górnego czy budowę sanatoriów "Inhalatorium" oraz "Modrzewie". Szczawnica została wówczas skanalizowana, po czym rozpoczęto proces elektryfikacji (przerwany w roku 1939).
Dziś rodzinną tradycję kontynuuje rodzina hrabiego Stadnickiego, w tym jego prawnuk - Krzysztof Mańkowski - który po latach powrócił do Szczawnicy. Jak przekonywał, wyjątkowość tutejszych wód kryje się w wulkanicznej historii regionu. Wędrując przez kolejne warstwy ziemi, te absorbują bowiem wielkie ilości minerałów, przez co każde z tutejszych źródeł charakteryzuje się odmiennym składem. Miejscowe szczawy - jak zwykła nazywać je tutejsza społeczność - to zjawisko o wielowymiarowym zastosowaniu. W minionych stuleciach nie służyły one wyłącznie poprawie kondycji fizycznej, ale stanowiły również wyśmienitą bazę kulinarną, z powodzeniem zastępując drożdże przy wypieku puszystych ciast i chleba.
Współczesne uzdrowisko szczyci się dziewięcioma ujęciami stale odnawiających się wód, obfitujących w dobroczynny dwutlenek węgla. Sześciu z nich - "Józefiny", "Stefana", "Józefa", "Magdaleny", "Jana" oraz "Heleny" - można spróbować w odrestaurowanej Pijalni Wód Leczniczych przy wspomnianym już Placu Dietla. Najstarszym, głównym zdrojem pozostaje "Józefina" (nazwa którego honoruje dawną właścicielką) - woda ta ma wspierać organizm przy astmie, osteoporozie czy reumatyzmie. Tuż obok bije odkryty na początku XIX wieku "Stefan", wykazujący właściwości w łagodzeniu uciążliwych alergii, a także odnaleziony w 1986 roku "Józef", który dzięki znacznej mineralizacji polecany jest w nieżytach układu oddechowego i pokarmowego. Za skarb Szczawnicy uzawana jest również "Magdalena" - woda charakteryzująca się wysoką mineralizacją, sięgającą aż dwudziestu siedmiu gramów na litr, a także imponującą zawartością jodu, co czyni z niej wsparcie dla osób mierzących się z problemami gastrycznymi. Spacerując poza głównym placem, chociażby urokliwymi ścieżkami Parku Dolnego, natrafić można też na ogólnodostępne zdroje - wodę z ujęć "Wanda", "Szymon" oraz "Pitoniakówka".
Burmistrz Bogdan Szewczyk zwracał przy tym uwagę na geograficzny potencjał miasta. Górskie zaplecze Szczawnicy obejmuje zróżnicowane trasy - od łagodnego dna Wąwozu Homole, przecinanego kładkami nad nurtem potoku Kamionka, po pięciometrowy wodospad Zaskalnik, a także szlaki prowadzące na Sokolicę oraz Trzy Korony (zwieńczone metalową platformą widokową zawieszoną bezpośrednio nad przełomem rzeki). W dole, wzdłuż koryta Dunajca, biegnie Droga Pienińska - ten niemal dziesięciokilometrowy, wyłączony z ruchu samochodowego trakt płynnie łączy się z trasą VeloDunajec. Sama rzeka to z kolei naturalne środowisko treningowe polskich olimpijczyków, o czym wspominali Grzegorz Polaczyk, a także Krzysztof Majerczak.
Alternatywę dla pieszych wspinaczek wskazywała z kolei Marta Łukaszczyk z Polskich Kolei Linowych - czteroosobowa kolej krzesełkowa transportuje pasażerów z samego centrum na szczyt Palenicy, otwierając szeroką panoramę na Pieniny i Tatry. Poszukujący mocniejszych wrażeń zjeżdżają stamtąd rynnową zjeżdżalnią grawitacyjną, osiągając w wózkach prędkość dwudziestu pięciu kilometrów na godzinę.
Intensywny dzień na szlaku naturalnie dopełnia lokalna kuchnia, najpełniej prezentująca się w lipcu, podczas Dni Polsko-Węgierskich organizowanych pod hasłem "Za Szalay w Szczawnicy". Menu komponowane wówczas przez pasjonata tutejszych smaków, Huberta Klimka, opiera się na wyrazistych i niezwykle sycących potrawach - podstawę stanowią smażone w głębokim tłuszczu langosze podawane z czosnkiem i śmietaną, paprykowe leczo oraz esencjonalne gulasze. Największym uznaniem cieszy się wariant gotowany z pienińskiej baraniny, choć obok niego regularnie pojawia się i placek "po węgiersku" - danie będące całkowicie polskim wynalazkiem kulinarnym.







