Muzyczne początki i nadwiślański fenomen. Artystka o "ogromnej sympatii do Polski"
Zanim świat usłyszał o niej jako o solowej piosenkarce, zdobywała doświadczenie jako chórzystka, wspierając wokalnie między innymi Jacka Peñate. Przełom nadszedł w 2012 roku wraz z premierą wspomnianego krążka "Devotion", który przyniósł jej nominację do prestiżowej nagrody Mercury Prize i otworzył drzwi do międzynarodowej sławy. W historii tego sukcesu niezwykle ważną rolę odegrała nadwiślańska publiczność (w Polsce album okrył się platyną) - to właśnie tutaj utwór "Wildest Moments" stał się swego rodzaju hymnem, a więź z lokalnymi fanami i fankami pozostaje dla wokalistki niezwykle silna do dziś.
"Mam ogromną sympatię do Polski i moich polskich fanów, bo byli ze mną jeszcze zanim dołączyło wielu innych ludzi. Polska była pierwszą widownią, przed którą wystąpiłam podczas pierwszej trasy", wspominała artystka, podkreślając, że przedstawiciele i przedstawicielki jej tutejszej wytwórni płytowej traktowani są przez nią niemal jak część rodziny.
Relacje zawarte nad Wisłą trwają zresztą po dziś dzień - podczas rozmowy wokalistka z nieskrywaną radością wspominała chociażby o planowanym lunchu ze swoim dawnym, polskim product managerem.
Rodzinny podcast i proza życia, czyli codzienność poza sceną
Działalność Jessie Ware wykracza jednak poza sale koncertowe i studia nagraniowe. Od 2017 roku artystka z sukcesem współtworzy niezwykle popularny podcast "Table Manners", do którego zaprosiła swoją matkę, Helenę (zwaną Lennie). Format oparty na międzypokoleniowym dialogu i wspólnych kulinarnych spotkaniach okazał się fenomenem, a brak medialnego doświadczenia współprowadzącej stał się jego największym atutem. Matka wokalistki, posiadająca wieloletnie doświadczenie jako pracowniczka socjalna, wniosła do audycji ogromną dozę empatii i naturalnej ciekawości drugiego człowieka.
"Obie jesteśmy takimi osobami, które na wakacjach zagadują ludzi na leżakach. [...] Wiedziałam, że ludzie ją pokochają i że będzie zadawać pytania, o których ja bym nie pomyślała. Z innej, bardziej dojrzałej perspektywy", mówiła Jessie.
Dziś, mając na koncie kolejne świetnie przyjęte albumy i przygotowując się do ery swojego szóstego wydawnictwa, piosenkarka z wdzięcznością patrzy na przebytą drogę. Jak sama zaznacza, obecny etap to czas twórczego rozkwitu.
"Myślałam o tym, żeby nie brać życia za pewnik. O docenianiu chwili. O tym, jak rozwijam się jako artystka, matka, kobieta w muzyce. Czuję optymizm, nadzieję i ekscytację przyszłością", dodała.
Mimo ogromnego sukcesu, w domowym zaciszu artystka zrzuca sceniczną maskę; najchętniej spędza czas w pidżamie, bez makijażu, usypiając swoje potomstwo. Proza życia potrafi być przy tym niezwykle urocza - synowie i córka artystki, obserwując przedkoncertowe przygotowania, są bowiem święcie przekonani, że praca ich mamy polega wyłącznie na... nakładaniu makijażu. Ta bezpretensjonalna codzienność doskonale równoważy blichtr sceny, pozwalając Ware twardo stąpać po ziemi i z niesłabnącą energią planować kolejne artystyczne kroki.







