Salem sprzed wieków. Dlaczego ta historia wciąż brzmi znajomo?
Początek opowieści sięga 1692 roku. W Salem, w Massachusetts, które miało opierać się na wspólnych wartościach i surowych zasadach, narastają nieufność, wzajemne pretensje i obawy przed tym, co niezrozumiałe. Z czasem pojedyncza plotka zaczyna znaczyć więcej niż czyjeś wyjaśnienia. Arthur Miller uczynił tę historię kanwą dramatu napisanego w 1953 roku, nadając jej znaczenie wykraczające daleko poza realia XVII wieku.
"Człowiek się nie zmienia" - zauważył w materiale Maksa Behra Maksymilian Rogacki, odtwórca Johna Proctora.
Dorota Bzdyla, występująca jako Betty Parris, ujęła zaś sens sztuki jeszcze dosadniej.
"W tym tekście nie chodzi o magię, ale o społeczność, o ludzi" - stwierdziła.
W tej interpretacji źródłem napięcia nie jest więc tajemniczy świat czarów, lecz bardzo rzeczywiste uczucia, ambicje i zależności między sąsiadami.
Ewa Domańska, grająca Marthę Corey, podkreśliła z kolei, że scena nie odtwarza dosłownie współczesności. Abstrakcyjna forma pozwala raczej dostrzec, jak "w każdym świecie, w każdych czasach" człowiek może ulec manipulacji.
Podobne przekonanie wyraziła w studiu "halo tu polsat" Grażyna Barszczewska, sceniczna Rebecca Nurse. Jej bohaterka jest szanowaną mieszkanką osady, lecz nawet wieloletnie zaufanie sąsiadów okazuje się w nowych okolicznościach zbyt słabą ochroną przed podejrzeniami. Aktorka mówiła o pozornie niewinnych słowach, które zyskują coraz większą siłę. "Jakaś mała plotka, jakieś małe pomówienie" potrafią uruchomić ciąg wydarzeń wymykający się spod kontroli. Właśnie ta rozpoznawalność ludzkich odruchów sprawia, że dawny dramat może być czytany również jako opowieść o dzisiejszych relacjach.
"Teatr ogromny". Za widowiskową formą kryje się znacznie więcej
Warszawska premiera odbyła się 22 października, a nad jej realizacją pracował liczny zespół. Scenografię i kostiumy przygotowała Anna Oramus, za reżyserię światła odpowiadała Klaudyna Schubert, za muzykę - Nikodem Dybiński, za ruch sceniczny zaś - Anna Obszańska. Monumentalną przestrzeń docenił dyrektor Teatru Polskiego Andrzej Seweryn, który, parafrazując słowa Stanisława Wyspiańskiego, oznajmił: "Mój Teatr Polski widzę ogromny".
Wielka forma nie jest jednak wyłącznie ozdobą. Modest Ruciński, grający pastora Johna Hale'a, tłumaczył, że kręgi obecne w scenografii symbolizują "zacieśnianie się presji" oraz coraz silniejsze podporządkowanie jednostki zbiorowości. To przestrzeń, w której spojrzenia innych osób mają niemal taką samą wagę jak wypowiadane przez nie słowa.
Sam reżyser, Tomasz Fryzeł, zwrócił uwagę na zdanie zapisane przez Millera w didaskaliach: "Jeżeli zniesiemy się ponad ukazaną tu indywidualną nikczemność, to będziemy im, bohaterom, mogli tylko współczuć". Ważniejsza od prostego podziału postaci na dobre i złe okazuje się zatem próba zrozumienia ich motywacji. Także Anna Cieślak, która wciela się w Elizabeth Proctor, mówiła, że "narzędziem współczesnej władzy jest manipulacja strachem".
Przedstawienie zebrało już bardzo przychylne recenzje. Chwalono jego spójność, aktorstwo zespołowe i scenografię, uznając inscenizację za jedno z najmocniejszych wydarzeń dotychczasowej części sezonu. Podkreślano także widowiskowy rozmach - wykorzystanie obrotowej sceny, światła i ruchu. Dostrzeżono również znaczenie obecności wielu postaci na scenie jednocześnie - ich milczenie, spojrzenia i reakcje nadają słowom innych dodatkowy sens. W efekcie zbiorowość nie stanowi jedynie tła, lecz sama staje się jednym z bohaterów. Żaden z tych elementów nie jest przypadkowy - przygotowania trwały od 4 sierpnia, a jak opowiadała Cieślak w studiu, dwudziestoosobowy zespół spędzał na próbach po kilka godzin dziennie.
Trzy bohaterki, trzy spojrzenia. Co oznacza dziś słowo "czarownica"?
Dla Anny Cieślak punktem wyjścia do pracy nad Elizabeth stało się pytanie: "Co znaczy dziś być dobrym człowiekiem?". W studiu zwracała uwagę, że wiadomości, oceny i komentarze docierają obecnie tak szybko, iż łatwo zatracić proporcje między informacją a opinią. Jej bohaterka stara się natomiast zachować wierność własnym zasadom, nawet kiedy otoczenie podpowiada coś innego.
Nie mniej ważna jest Rebecca Nurse, grana przez Grażynę Barszczewską.
"Odważyła się powiedzieć prawdę" - przypominała aktorka, wskazując, że odwaga bywa trudna szczególnie wtedy, gdy wymaga sprzeciwu wobec powszechnie przyjętej wersji wydarzeń.
Przywołała też myśl dawnego dyrektora teatru Kazimierza Dejmka: sztuka powinna człowieka choć odrobinę zmieniać, skłaniając do refleksji nad własnym postępowaniem.
Irmina Liszkowska, występująca jako Abigail Williams, proponowała jeszcze inną perspektywę. W reportażu przypomniała, że źródłem zachowań bohaterów bywają najbardziej podstawowe potrzeby.
"Chodzi o te najgłębsze uczucia, o miłość, o chęć przynależności, o chęć bliskości" - mówiła.
Właśnie dlatego jej Abigail nie musi być odczytywana wyłącznie przez pryzmat własnych decyzji; znaczenie ma również środowisko, które kształtuje jej postępowanie. Zapytana później, kim byłaby współczesna czarownica, zasugerowała przewrotne odczytanie tego określenia.
"Być może czarownica jest kobietą silną, kobietą niezależną, kobietą, która decyduje o swoim życiu" - sugerowała.
Dawne słowo, obciążone nieufnością, nabiera więc w jej interpretacji znaczenia bliskiego samodzielności i sprawczości.
Spektakl nie proponuje jednej odpowiedzi na pytania, które stawia. Pozostawia je widzom oraz widzkom, a zarazem przypomina, że o jakości wspólnoty decydują nie tylko deklarowane wartości, lecz przede wszystkim sposób traktowania drugiego człowieka. "Czarownice z Salem" pozostają w repertuarze Teatru Polskiego; kolejne przedstawienia zaplanowano na październik i grudzień, a także luty przyszłego roku.








