Od kilku tygodni cała Polska żyje Bolesławem Prusem. Poloniści zacierają ręce, bo oto klasyka literatury polskiej stała się głównym tematem rozmów, rozprawek, rolek na TikToku, a nawet gorących i zażartych dyskusji na temat adaptacji czy też inspiracji dziełem XIX-wiecznego pisarza.
Okazuje się przy tym, że prawdziwa klasyka czasu się nie boi, a ludzie nie zmieniają się tak bardzo, jak by się mogło wydawać. Bohaterowie "Lalki" Prusa zostali ochoczo wchłonięci przez masową kulturę XXI wieku i na jej potrzeby na nowo wykreowani (szczególnie mocno widać to w Netflixowej wersji "Lalki"). Twórcy internetowego kontentu pokusili się nawet o to, by postaci z powieści porównać do figur nam współczesnych - w sieci furorę robią analogie Izabeli, Stacha czy Ochockiego z 2026 roku. Twórczy ferment trwa i tak pewnie będzie jeszcze przez kilka tygodni.
Ja zaś, przyglądając się owej lalkomanii, zaczęłam się zastanawiać nad fenomenem Prusa, a dokładnie jego dużej uważności i bystrości, z jaką nakreślił portret toksycznej - jak byśmy to dziś nazwali - relacji łączącej Wokulskiego i Łęcką. Błądząc myślami wokół sposobu opisania ich historii, zaczęłam dumać nad autorem powieści. Skąd u niego taka wnikliwość w opisie porywów serc? Skąd umiejętność genialnego kreślenia portretów psychologicznych, ale i oddania realiów relacji damsko-męskich? Czy Prus słuchał i oglądał, a może sam doświadczył podobnych rozterek duszy?
Co Bolesław Prus wiedział o miłości? Jego własna historia nie była oczywista
Jeśli chodzi o relacje pisarza, w jego biografiach główną i nadrzędną rolę - co zresztą zupełnie naturalne i właściwe - zajmuje żona, Oktawia Trembecka Głowacka.
Prus ożenił się z nią w 1875 roku, po okresie narzeczeństwa. W tymże roku pisarz kończył już 38 lat, nie był więc młodzieniaszkiem, lecz dojrzałym człowiekiem, którego życie raczej nie oszczędzało. W tym wieku w końcu przestał się borykać z brakiem środków i mógł - zgodnie z oczekiwaniami, jakie w tamtym czasie nakładano na "głowy rodzin" - zaproponować wybrance konkretny start i godny poziom życia.
W tym czasie Prus robił już karierę felietonisty w kilku czasopismach - i choć początkowo nie była ona jego głównym źródłem utrzymania (pracował jako kasjer w banku) z czasem zaczęła przynosić przyzwoite profity i stabilizację.
"Lalunia", "Złotko" i "Domowa Zgryzota". Tak Prus pisał do swojej Oktawii
Zanim stanął przed ołtarzem w lubelskim kościele Świętego Ducha na Krakowskim Przedmieściu, jasno wyrażał się o swych zamiarach wobec narzeczonej. Dwa lata wcześniej pisał do niej:
"Stopniowo też dochodzę do wniosku, że potrzeba mi kogoś, co by czuwał nade mną i moim lichym gospodarstwem".
A owe konkretne, bardzo przyziemne awanse krasił właściwymi pisarzowi określeniami panny. Oktawię, która była jego dalszą kuzynką, nazywał więc "Taciunią", "swoim miłym Ptaszeczkiem" i "Złotkiem". Znamienne, że pisał też do swej przyszłej żony per "Laluniu", co - jakżeby inaczej - przywodzi na myśl tytuł jego powieści. Ale nie tylko "Najukochańszą Lalunią" była wybranka serca Bolesława. Spod jego pióra wyszły też zgoła inne określenia Oktawii, która - w zależności od okoliczności - zyskiwała na przykład pseudonim "Żandarma domowego" tudzież "Naczalstwa", a nawet... "Domowej Zgryzoty".
Jak widać, wachlarz emocji łączących parę był szeroki. Badacze biografii Prusa przedstawiają ich związek raczej jako rozsądny układ, niż wynik szalonej miłości i uniesienia. Kto jednak wie, co naprawdę skrywały ich serca?
W każdym razie jasno formułowane są następujące wnioski bazujące na podstawie życiorysów obojga - państwo Głowaccy mieli prowadzić raczej osobne życie. Nie wyjeżdżali raczej razem, wspólnie nie bywali z wizytami ani na imprezach. Każde z nich miało mieć swoich znajomych, a śmierć bratanka Oktawii, którego oboje przyjęli na wychowanie, miała dodatkowo pogłębić dystans między nimi.

Wszystkie te informacje bledną jednak na tle mocno eksponowanej roli, jaką wzięła na siebie żona Aleksandra Głowackiego vel Bolesława Prusa, a mianowicie opiekunki i - jakbyśmy dziś powiedzieli - pilnej i oddanej kuratorki prac jej męża. Oktawia - jak się wydaje zgodnie z oczekiwaniami, które formułował już w listach z okresu narzeczeństwa - skrupulatnie wypełniała rolę opiekunki - nie tylko ogniska domowego, ale i gabinetu Prusa, pisarza.
Wzięła na siebie niemało - była archiwistką porządkującą materiały, pełniła też funkcję doradczyni oraz pierwszej recenzentki. To do niej szedł pisarz z pierwszymi wersjami utworów czy artykułów. Prus liczył się ze zdaniem małożnki i ufał jej. Oktawia mogła nawet cenzurować jego prace (przetrwały ślady po kartach wyciętych z notesów pisarza).
Oprócz tego oczywiście zajmowała się domem - dbała, by dobrze wyglądał, by był zadbany i odpowiednio dużo wypoczywał. Przeżyła męża o niemal ćwierć wieku - dziś w internecie można odnaleźć nekrolog opublikowany na łamach Gazety Lwowskiej z 27 października 1936 roku, w którym czytamy:
"26.10. Dziś zmarła w Warszawie wdowa po śp. Bolesławie Prusie Oktawia z Trembińskich Głowacka w wieku 85 lat. Była ona wierną towarzyszką życia znakomitego pisarza, żywo interesowała się zagadnieniami literackimi i cieszyła się dużym szacunkiem i popularnością wśród literackich sfer starszego pokolenia".
Może nie poświęcono jej wówczas tyle słów, na ile zasłużyła?
Szczególnie że i po śmierci męża była niezwykle oddana i sumienna, jeśli chodzi o spuściznę po pisarzu. To ona zadbała, by wszystkie pamiątki po Aleksandrze trafiły do muzeum. Oktawii Prus dedykował jedną ze swych genialnych powieści - mowa o "Faraonie". A o tym, że traktował ją bardzo poważnie i rad jej słuchał z uwagą, świadczą najlepiej słowa "Władza moja tak chce, skończone: róbmy, jak ona każe".
Być może pewne cechy charakteru żony pisarza odstręczały niektórych - sam Żeromski miał o niej mówić, iż "Jest to dama nudnego autoramentu, ciężko nad podziw kombinująca". W tym miejscu warto jednakowoż zauważyć, że wielu artystów bez takich "dam nudnego autoramentu" kończyło jednak dość marnie...
Kobiety, które zostały między wierszami. Czy Prus przenosił własne fascynacje do książek?
No dobrze. Mamy więc Bolesława Prusa jako męża zacnej, dbającej o niego żony. Ale między tekstami krążą też informacje na temat innych kobiet, które miały wpływ na pisarza. Niektóre przed małżeństwem, inne zaś - podobno - już w jego trakcie.
Zanim więc ożenił się z Oktawią, miał ponoć fascynować się choćby panną Konstancją Hulanicką, która była siostrą jego ucznia. I to ona - ponoć - mogła być pierwowzorem Izabeli Łęckiej. W życiu Bolesława pojawiła się też wcześniej inna Oktawia - z Radziwiłłowiczów Rodkiewiczowa-Żeromska, która była pierwowzorem Madzi Brzeskiej z "Emancypantek".
Ostatnia miłość Prusa i tajemnica Jana. Tu kończą się pewniki
Jednak najwięcej emocji i znaków zapytania dostarcza relacja pisarza z Aliną z Jentysów Sacewiczową, wdową po znanym mu lekarzu. Ich przyjaźń miała z czasem przerodzić się w znacznie bliższą relację. To właśnie Alinę część biografów nazywa ostatnią miłością Prusa. Jeszcze większą tajemnicą pozostaje Jan Bogusz Sacewicz, którego pisarz oficjalnie został ojcem chrzestnym i opiekunem. Już współcześni mieli jednak szeptać, że chłopiec był w rzeczywistości jego synem. Prus otaczał Jana wyjątkową troską, spędzał z nim dużo czasu i uwzględnił go w testamencie. Po latach rodzina Sacewiczów przekazywała również historię, według której Alina miała wyznać synowi, kim naprawdę był jego ojciec. Twardego dowodu jednak nie ma, a dodatkowe wątpliwości budzi chronologia narodzin chłopca.
Monika Piątkowska w swej książce "Prus, Śledztwo biograficzne" wprost formułuje tezę, iż Jan Bogusz faktycznie był synem pisarza. W rozmowie z Maciejem Kędziakiem na łamach Onetu tak o nim mówiła:
"Wiemy o nim naprawdę niewiele. Jego postać odkryła dla świata pisarka Gabriela Pauszer-Klonowska, która w latach sześćdziesiątych dotarła do wdowy po Janie Sacewiczu. Przeczytała też część listów, jakie pisarz adresował do mamy Janka, Aliny Sacewicz. Gdy próbowała zrekonstruować tę opowieść, okazywało się, że ci, z którymi miał kontakt Sacewicz wiedzieli, że jest on synem Prusa. O samym Janie zdobyła jednak niewiele wiadomości. Zginął w 1945 roku (...). Nie pozostawił listów czy innych śladów, które pomogłyby nam odtworzyć jego myśli, jego poglądy i stosunek do swojej historii, do ojca.(...) Jako 5-latek uczestniczył w pogrzebie ojca, szedł w kondukcie żałobnym tuż za trumną. W rodzinie Sacewicza pozostaje pewna opowieść. Mówi o tym, że pewnego roku Alina Sacewicz przyprowadziła syna przed portret Prusa i powiedziała: >>To był twój ojciec<<. Miała to wymówić z miłością i przesłaniem, że Jan ma o nim dobrze mówić oraz myśleć" - opowiadała autorka biografii Prusa.
Jednocześnie Piątkowska zwróciła uwagę na jedną rzecz, niejako odpowiadając na moje pytania dotyczące natury pisarza. Otóż mówiąc, który z bohaterów "Lalki" jest najbliższy pisarzowi, autorka książki stwierdziła, że Prus włożył swe emocje, uczucia i myśli zarówno w Wokulskiego, jak i Rzeckiego.
"To właśnie "Lalka" jest najdoskonalszą autobiografią Bolesława Prusa" - mówiła Piątkowska. "Zebrana w jedną, spójną całość, pozostaje opowieścią o jego pękniętej duszy, zapisem dwoistości, która przybrała postać Wokulskiego oraz Rzeckiego. Sam Aleksander uważał natomiast, że tkwią w nim co najmniej trzy osoby, a pod koniec życia, zaczął się zastanawiać nad czwartą, dotąd mocno ukrytą w nim postacią" - dodała.
Trudno analizować powieść bez odniesienia się do sylwetki autora. A sądząc po tym, jak wyglądało jego życie, można zakładać, że wszystko w "Lalce" dotyka czułych strun, pasji i słabości pisarza, który żył jak pozytywista, ale niewykluczone, że kochał jak prawdziwy romantyk.
Zobacz też: Kościuszko kochał tylko jedną kobietę. Nie pozwolono im być razem







