Od kosztownej nowinki do tysięcy urządzeń. Kariera sklepowych fluoroskopów
Dzieje rzeczonych urządzeń sięgają czasów, gdy świat wciąż pozostawał pod wrażeniem odkrycia promieni X, dokonanego w 1895 roku przez Wilhelma Röntgena. Nowa technologia szybko znalazła zastosowanie w medycynie, lecz możliwość zajrzenia do wnętrza ludzkiego ciała rozpalała również wyobraźnię osób poszukujących mniej oczywistych sposobów jej wykorzystania. Jedną z nich był bostoński lekarz Jacob J. Lowe, który w drugiej połowie lat 10. XX wieku pracował nad prześwietlaniem stóp rannych bez konieczności zdejmowania im obuwia. Już w roku 1919 złożył on wniosek patentowy, a rok później zaprezentował wynalazek przedstawicielom branży obuwniczej w Bostonie. Aparat, który ochrzczono mianem "Foot-O-Scope", kosztował jednak około 900 ówczesnych dolarów, co stanowiło niemałą inwestycję (co stanowiło równowartość niemal dwóch egzemplarzy Forda T). Mimo to zainteresowanie nietypowym rozwiązaniem poczęło rosnąć, a podobne urządzenia powstawały niezależnie od projektu Lowe'a ‒ już na początku lat 20. pojawiły się bowiem w między innymi w Wielkiej Brytanii.
Fluoroskopy - bo tak określano tego rodzaju urządzenia - nie były przy tym przeznaczone wyłącznie dla najzamożniejszej klienteli. Według historycznych szacunków na początku lat 50. XX wieku w Stanach Zjednoczonych działało około dziesięciu tysięcy sklepowych aparatów, w Wielkiej Brytanii ‒ mniej więcej trzy tysiące, w Kanadzie zaś kolejny tysiąc. Możliwość zobaczenia własnych kości podczas zwyczajnych zakupów stała się więc doświadczeniem dostępnym znacznie szerszemu gronu niż początkowo mogło się wydawać.
Zasada działania aparatów pozostawała stosunkowo prosta. Osoba przymierzająca obuwie wsuwała stopy do otworu u podstawy urządzenia, a znajdująca się pod podestem lampa rentgenowska kierowała ku nim promieniowanie. Na ekranie fluorescencyjnym pojawiał się wówczas obraz kości oraz zarysów butów, pozwalający obserwować położenie palców, a nawet ich ruchy. W górnej części obudowy umieszczano zazwyczaj trzy wizjery, dzięki którym obraz mogło oglądać równocześnie kilka osób, sama procedura trwała zaś najczęściej około dwudziestu sekund. W razie przymierzania kolejnej pary można było bez większych przeszkód ją powtórzyć.
Nie sposób jednak sprowadzać popularności fluoroskopów wyłącznie do ich rzekomo praktycznego zastosowania, niebagatelne znaczenie miała bowiem i "otoczka" całego przedsięwzięcia. W epoce fascynacji postępem technicznym możliwość prześwietlenia stóp podczas zakupów uchodziła za świadectwo nowoczesności, dostarczając właścicielom czy właścicielkom sklepów wyjątkowo przekonującego argumentu sprzedażowego. Zamiast zapewniać, że buty dobrze leżą, personel mógł pokazać, jak układają się w nich kości, reklamując podobny sposób doboru jako niemal naukową gwarancję wygody.
W rzeczywistości sprawa nie była aż tak oczywista. Obraz rentgenowski pozwalał wprawdzie dostrzec położenie palców wewnątrz obuwia, nie przesądzał jednak o jego wygodzie podczas chodzenia ani o właściwym dopasowaniu wszystkich elementów. Jak wskazuje londyńskie Science Museum, brakuje przekonujących dowodów na rzeczywistą przewagę fluoroskopów nad tradycyjnymi metodami dopasowywania obuwia. Dla wielu punktów było to więc przede wszystkim efektowne narzędzie promocji, którego "naukowy" charakter nadawał reklamowym obietnicom pozory szczególnej wiarygodności.
Coraz więcej zastrzeżeń, coraz mniej aparatów. O schyłku epoki obuwniczych prześwietleń
Zagrożenia związane z promieniowaniem rentgenowskim nie były wówczas całkowicie nieznane, skutki nadmiernej ekspozycji dokumentowano bowiem już na początku XX wieku. Nie przeszkadzało to jednak w stosunkowo swobodnym wykorzystywaniu urządzeń wykorzystujących promienie X do celów handlowych, a powtarzanie prześwietleń podczas przymierzania kolejnych par obuwia nie należało do rzadkości. Dopiero badania prowadzone pod koniec lat 40. wykazały znaczne różnice między poszczególnymi aparatami, z których część emitowała promieniowanie przekraczające ówczesne zalecenia bezpieczeństwa. Co więcej, docierało ono również poza obudowę, narażając osoby przebywające w pobliżu urządzenia przez wiele godzin dziennie.
Nie oznaczało to wprawdzie, że pojedyncza wizyta w sklepie musiała prowadzić do poważnych następstw, jednak wyniki kolejnych kontroli coraz wyraźniej podawały w wątpliwość bezpieczeństwo podobnych urządzeń. W miarę upowszechniania wiedzy o zagrożeniach rosła więc presja na ograniczenie stosowania sklepowych rentgenów. W 1957 roku Pensylwania jako pierwszy amerykański stan zakazała ich wykorzystywania, a na początku następnej dekady w Stanach Zjednoczonych były już rzadkością. Europejska kariera urządzeń trwała jednak znacznie dłużej ‒ w brytyjskich sklepach można było spotkać je jeszcze w latach 70., natomiast w Szwajcarii pozostawały w użyciu aż do 1989 roku.
Dziś podobną obietnicę precyzyjnego dopasowania obuwia składają cyfrowe skanery, które analizują kształt stóp bez wykorzystywania promieniowania rentgenowskiego. Dawne fluoroskopy przypominają tymczasem, że nawet najbardziej efektowny wynalazek nie zawsze okazuje się tak użyteczny, jak przekonywano w ówczesnych reklamach ‒ a technologia, która miała gwarantować wygodę, może stać się źródłem znacznie poważniejszych problemów.








