"Ucieczka" sprzed monitora. O zrównoważonej pasiece (i "szachach 5D")
Dla Jaśka pierwszy kontakt z pszczołami to wspomnienie sięgające 1984 roku, kiedy jego ojciec założył osiem uli. Zapachy, dźwięki i smaki towarzyszące miodobraniu zapadły mu w pamięć na tyle mocno, że z czasem przerodziły się w prawdziwą pasję. Pomógł w tym zachowany, niegdyś skrupulatnie prowadzony dziennik ojca, w którym odnotowywano najdrobniejsze pasieczne detale - od kalendarza sadzenia roślin, przez opisy pożytków, aż po bieżące problemy z rojami. Choć Bielak zawsze marzył o powrocie do tego świata i założeniu własnych uli ("na starość" - jak mówił), przyznawał, że brakowało mu odwagi, by z dnia na dzień zamknąć firmę i zrezygnować z projektowania, którym się trudnił; w pewnym momencie uświadomił sobie jednak, że tkwi w miejscu, które go nie cieszy. Zrozumiał tedy, że nie chce już dłużej siedzieć przed monitorem - z pomocą przyszły zaś wydarzenia 2020 roku.
Dziś prowadzi on pasiekę opartą w całości na szacunku do owadów. Komercyjny zysk nie gra tu absolutnie żadnej roli, a sam opiekun stawia raczej na rozpieszczanie pszczół niż ich wykorzystywanie. Jego podejście to ciągłe eksperymentowanie i bliski kontakt z naturą. Zamiast standardowych rozwiązań, sięga po nietypowe pomysły - stworzył na przykład domową barć obserwacyjną, wykorzystując do tego starą, pozbawioną agregatów lodówkę. Kiedy owady zdążą zmapować w niej nowy teren, wystarczy przenieść królową z ula, a reszta pszczół, podążając za jej feromonami, płynnie adaptuje nowe miejsce. Jasiek chętnie wykorzystuje też historyczne konstrukcje, takie jak stuletni ul projektu Émile'a Warrégo, który pozwala doglądać pszczelej rodziny w mało inwazyjny sposób. Zaglądanie do środka przez szybkę czy użycie minimalnej ilości dymu bez wykonywania gwałtownych ruchów sprawia, że owady są spokojne, a opiekujący się nimi mogą bezpiecznie przy nich pracować i bez obaw wchodzić z nimi w bezpośrednią interakcję, dając się im wręcz "zeskanować" i ocenić swoje intencje.
Bielak traktuje pracę w pasiece jak "grę w szachy 5D"; to zajęcie, które wymaga całkowitego skupienia, stając się formą relaksującej medytacji. Wycisza głowę, zatrzymuje w biegu i dostarcza mnóstwa bodźców sensorycznych. Fascynację potęguje obserwacja tego, w jak doskonały sposób zorganizowane są te owady. Mając mózg wielkości główki od szpilki, potrafią zmapować obszar w promieniu pięciu kilometrów od ula, odnaleźć w nim cel i wrócić do domu z centymetrową dokładnością, by następnie poinformować resztę rodziny, jak tam trafić. Zrozumienie tego fenomenu przerodziło się u niego w kolejną zajawkę - fotografię makro. Zwalniając tempo obserwacji, uwiecznia niesamowite zachowania pszczół, które zazwyczaj umykają ludzkiemu oku.
Miodowe sommelierstwo. O sztuce degustacji pszczelich specjałów
Ogromne wsparcie daje mu żona, Anna Konieczny-Bielak, która podziela miłość Jaśka do tych fascynujących zwierząt i widzi duży sens w edukowaniu innych na temat produkcji prawdziwego, naturalnego miodu. To właśnie z jej inicjatywy Jasiek otrzymał nietypowy prezent urodzinowy, który okazał się przełomowym punktem dla jego pszczelarskiej pasji - wyjazd do włoskiej Bolonii na specjalistyczny kurs miodoznawstwa.
Wyjazd ten całkowicie zmienił perspektywę i sprawił, że zachłysnął się nową wiedzą o branży. O ile w Polsce docenia się miód głównie za cenne właściwości zdrowotne, a rzadziej rozmawia się o jego smaku, we Włoszech podchodzi się do niego z kulinarną uwagą, na równi z dobrym winem czy świetną kawą. Sommelierstwo miodowe to sztuka rozłożona na czynniki pierwsze. Degustacja zaczyna się od sprawdzenia podstaw: struktury, stopnia gęstości, ewentualnych zanieczyszczeń oraz samej barwy. Następnie miód rozsmarowuje się na specjalnej powierzchni - dzięki temu lekko się ogrzewa, co pozwala na uwolnienie wszystkich ukrytych w nim aromatów.
Dopiero w tym momencie do gry wkracza zmysł węchu, a po nim podniebienie. Jak zauważa Jasiek, pierwsze smakowe wrażenie potrafi być w miodzie bardzo mylące. Prawdziwe bogactwo rozwija się dopiero w głębokim posmaku, pełnym naturalnych nut, które rozchodzą się po podniebieniu i pozwalają wyłowić najdrobniejsze detale. Zgłębianie tych kulinarnych szczegółów, bliskość natury i ostateczne odrzucenie biurowego pośpiechu złożyły się na zupełnie nową codzienność. Jak sam krótko podsumowuje, to właśnie te małe owady najlepiej pomagają mu uporządkować własne myśli.
