Toksyczne specyfiki i obalone mity. Prawdziwe oblicze minionych trendów
Przez stulecia wyznacznikiem najwyższego statusu społecznego pozostawała nieskazitelna, blada cera; stanowiła ona niepodważalny dowód na to, że dana arystokratka "nie hańbi się" pracą fizyczną na słońcu. Aby uzyskać ten pożądany efekt, nagminnie sięgano po pudry i bielidła oparte na ołowiu oraz arszeniku. Substancje te pierwotnie wywodziły się z ówczesnej medycyny - ołowiem próbowano bowiem leczyć wrzody i ślady po ospie, co z uporem praktykowała choćby królowa Elżbieta I. Niestety, pierwiastek ten nie wypłukiwał się z organizmu, prowadząc do nieodwracalnych zmian i tworząc specyficzne błędne koło; zniszczona ołowiem skóra wymagała nałożenia jeszcze grubszej warstwy szkodliwego pudru. Co więcej, w celu podkreślenia transparentności alabastrowej cery, specjalnym niebieskim pigmentem rysowano na ciele sztuczne żyłki.
Równie zaskakujące metody stosowano w renesansie w odniesieniu do oczu. Aby uzyskać efekt zalotnego spojrzenia z nienaturalnie powiększonymi źrenicami, wkraplano do nich wyciąg z pokrzyku wilczej jagody, znanego szerzej jako belladonna; zawarta w nim atropina - choć używana z powodzeniem w okulistyce do dziś - w tamtych stężeniach bardzo mocno pogarszała widzenie.
Sporym zagrożeniem okazywały się również wczesne preparaty do podkreślania oprawy oczu. W pierwszej połowie XX wieku popularny w Stanach Zjednoczonych tusz do rzęs marki Lash Lure wywołał falę ogromnych problemów. Ten wyjątkowo silny, oparty na alergizujących barwnikach kosmetyk doprowadził wiele użytkowniczek do bardzo poważnych uszkodzeń wzroku, stając się paradoksalnie bezpośrednim impulsem do wprowadzenia państwowych kontroli składu specyfików upiększających. Znacznie bezpieczniejszą, choć z dzisiejszej perspektywy mało higieniczną alternatywą, pozostawały tak zwane plujki - stosowane z powodzeniem aż do lat 60. twarde bloczki tuszu, które przed aplikacją należało zwilżyć wodą lub po prostu własną śliną.
Historia dbania o urodę to jednak nie tylko szkodliwe preparaty, ale i głęboko zakorzenione, krzywdzące mity; jednym z najpowszechniejszych jest ten dotyczący gorsetów. Wbrew narosłym wokół nich legendom, nie stanowiły one narzędzia opresji, lecz pełniły funkcję analogiczną do współczesnych biustonoszy. Narracja o mocnym ściskaniu talii wywodzi się w dużej mierze z dziewiętnastowiecznych, przesiąkniętych seksizmem karykatur, mających na celu ośmieszanie rzekomej próżności i braku rozsądku kobiet. W rzeczywistości panie owszem, pożądały figury osy, jednak najczęściej osiągały ją za sprawą sprytnych iluzji optycznych - dodając objętości strojom poprzez specjalne poduszki modelujące biodra i biust, a nie poprzez uciążliwe deformowanie własnych narządów wewnętrznych.
