Jeden wyjazd, kilka miejsc. Na czym polega trip-maxxing?
Ludzie odkryli to już dawno, ale teraz - jak to zwykle bywa - zjawisko to przybrało specjalną nazwę i zostało obwołane trendem. Mówiąc najprościej, "trip-maxxing" to po prostu planowanie podróży w taki sposób, by podczas jednego urlopu połączyć kilka miast, regionów, a czasem nawet państw. W ten sposób w 4 dni wycieczki możemy zobaczyć na przykład 3 europejskie stolice.
Fani takiego podróżowania zamiast kupować lot w obie strony do jednego miejsca i spędzać cały pobyt w jednej bazie, biorą walizki albo plecaki o przemieszczają się dalej. Idealnie, jeśli kolejne przystanki podróży można zaplanować na kilka godzin jazdy pociągiem lub autobusem. W Europie, która - w porównaniu do Stanów Zjednoczonych czy Azji - jest dość kompaktowa pod względem odległości, taki rodzaj zwiedzania wcale nie jest trudny.
Praktyka wyciskania z wyjazdu jak największej liczby destynacji została już nawet podchwycona przez branżę turystyczną.
O trip-maxxingu mówi już branża turystyczna. Europa ma do niego idealne warunki
O tym trendzie mówiło się także 29 września podczas Euronews Travel & Tourism Summit w Brukseli. Olivér Csendes, prezes Węgierskiej Agencji Turystycznej, przekonywał, że Europa Środkowa ma szczególny potencjał do rozwijania podróży obejmujących kilka krajów podczas jednego wyjazdu. Wskazywał na niewielkie odległości między miastami regionu, dobre połączenia transgraniczne i Dunaj jako naturalną oś łączącą różne kierunki. To właśnie w tym kontekście pojawiło się określenie "trip-maxxing", czyli maksymalne wykorzystywanie jednego wyjazdu poprzez łączenie kilku miejsc w jedną trasę.
Trend dotyczy oczywiście nie tylko Europy Środkowej. Ten sam mechanizm działa bowiem we Włoszech, w Niemczech, Czechach, Austrii, krajach Beneluksu czy na Bałkanach.
Zobacz też: Ten pociąg jest jak luksusowy hotel na kołach. Cena przejazdu zwala z nóg
Włochy są stworzone do trip-maxxingu. Jednym wyjazdem można połączyć kilka regionów
Wielu polskich turystów podróżujących do Włoch chętnie wybiera takie właśnie rozwiązanie. Zamiast lecieć do jednego miasta i zwiedzać je przez 3-4 dni, ludzie decydują się na zmianę lokalizacji. Każdego dnia pakują plecak, wsiadają do pociągu, autobusu czy samochodu i ruszają dalej.
Jeśli chodzi o Włochy, najbardziej klasyczną trasą jest ta obejmująca Rzym - Florencję - Wenecję. Połączenie to działa znakomicie w znanym z dobrej infrastruktury kolejowej kraju - między Rzymem i Florencją jedzie szybka kolej, podobnie między Florencją a Wenecją. Nie trzeba wracać do punktu startowego ani wynajmować samochodu, można jechać dalej i zwiedzać kolejne miasta.
Innym włoskim wariantem może też być połączenie Neapol - Rzym - Florencja - Wenecja - Mediolan. To już propozycja na zdecydowanie dłuższy urlop, np. 10-14 dni. Jej zaletą jest to, że kolejne miasta naturalnie układają się na osi południe-północ.
Warto dodać, że trip-maxxing we Włoszech nie musi oznaczać wyłącznie wielkich miast. Możliwe są też bardziej "miękkie" wersje, na przykład - Mediolan - Bergamo - jezioro Como (to połączenie jest znane wielu polskim turystom). Podobnie można zaplanować trasę Mediolan - Bergamo - Brescia - Werona. To dobry wariant dla osób, które nie chcą ograniczać się do największych turystycznych hitów. Mediolan może być punktem startowym, Bergamo daje zupełnie inny, bardziej kameralny klimat, Brescia pozwala zajrzeć do miasta często pomijanego przez turystów, a Werona domyka trasę mocnym, klasycznym akcentem. Co ważne, miasta leżą w logicznym ciągu, więc podróż nie przypomina ciągłego zawracania i nadrabiania kilometrów.
A co powiecie na połączenie Florencji - Bolonii - Modeny - Parmy? Miasta te tworzą trasę, która łączy sztukę, architekturę i jedzenie, a przy tym nie wymaga wielogodzinnych transferów. Można zacząć od renesansowej Florencji, potem przenieść się do Bolonii z jej arkadami i słynną kuchnią, a na końcu zajrzeć do Modeny, kojarzonej m.in. z octem balsamicznym i motoryzacją. To właśnie taki układ najlepiej pokazuje ideę trip-maxxingu: każde kolejne miejsce wnosi coś innego, ale nie komplikuje całej podróży.
Jak widać, trend nie polega tylko na kolekcjonowaniu stolic i największych atrakcji. Dotyczy też regionów i mniejszych lokalizacji, które są ze sobą świetnie skomunikowane.

Nie tylko stolice. Trip-maxxing dobrze działa także między mniejszymi miastami
Trip-maxxing nie musi więc oznaczać dość wymagającego jednak planu w stylu "trzy stolice w cztery dni". Często znacznie przyjemniej działa wtedy, gdy kolejne przystanki są mniejsze, położone blisko siebie i naturalnie układają się w jedną trasę (tak jak w przypadku opisanych wcześniej Włoch). Zamiast liczyć przekroczone granice, lepiej patrzeć na to, ile czasu naprawdę zajmie przejazd i czy po drodze nie tracimy połowy dnia na dworcu.
Trip-maxxing można też zrealizować bliżej Polski. Praga - Wrocław - Kraków to przykład trasy, która nie musi zaczynać się od lotu. Przy odpowiednim rozkładzie można połączyć te miasta koleją lub autobusem i potraktować cały wyjazd jako jedną podróż przez Europę Środkową. Każde z nich ma zupełnie inny charakter, a jednocześnie nie dzielą ich odległości wymagające całodziennego transferu.
Jeszcze prostszy wariant to Berlin - Drezno - Praga. Taki układ spokojnie można rozłożyć na 5-6 dni. Berlin daje wielkomiejski początek, Drezno pozwala zwolnić tempo i skupić się na architekturze oraz muzeach, a Praga na koniec dodaje klasyczny city-breakowy finał.
Bo właśnie na tym polega sens tego trendu - trip-maxxing nie oznacza, że musimy zobaczyć jak najwięcej za wszelką cenę. Chodzi o to, by dobrze wykorzystać kierunek podróży i połączyć miejsca, które naprawdę pasują do siebie logistycznie. Czasem będą to trzy kraje, a czasem trzy miasta w jednym regionie. Jeśli kolejne przystanki leżą po drodze, a przejazd między nimi zajmuje mniej czasu niż lotniskowa odprawa, taki plan może okazać się znacznie ciekawszy niż klasyczny pobyt w jednej bazie.
Kiedy trip-maxxing przestaje być przyjemnością?
Ale trip-maxxing to nie tylko plusy. Oprócz masy wrażeń tego typu podróżowanie wiąże się też ze sporą presją i koniecznością utrzymania dyscypliny. Jeśli marzą się wam wakacje ze spaniem do 11.00 i powolnym włóczeniem się po uliczkach, tego typu wyjazd może się okazać mordęgą. Każdy dodatkowy przystanek oznacza pakowanie, check-out, przejazd, szukanie hotelu i kolejne logistyczne decyzje. Jeśli na siedem dni planujemy pięć miast, wyjazd szybko może zamienić się w serię przesiadek, a napięty harmonogram zamiast sprzyjać zwiedzaniu, zmęczy nas nieprawdopodobnie.
Warto więc pamiętać, że trip-maxxing działa najlepiej wtedy, gdy maksujemy możliwości, a nie liczbę punktów na mapie. Dlatego przy krótkim wyjeździe lepiej wybrać dwa-trzy miejsca niż próbować zobaczyć pięć.







