Siódmy szczyt świata musiał poczekać. Andrzej Bargiel o trudnych warunkach w Himalajach
Celem wyprawy Dhaulagiri Ski Challenge było zdobycie mierzącego 8167 metrów nad poziomem morza ośmiotysięcznika bez użycia dodatkowego tlenu, a następnie zjazd z jego wierzchołka na nartach. Choć Bargiel zdołał przeprowadzić kolejne etapy aklimatyzacji, dotrzeć na wysokość 7000 metrów i zjechać z obozu drugiego do bazy, ostatecznie musiał zrezygnować z realizacji głównego zamierzenia.
Jak wyjaśnił w rozmowie z prowadzącymi "halo tu polsat", trudności towarzyszyły ekspedycji niemal od początku. Przedłużający się monsun oraz cyklon, który przyniósł wyjątkowo obfite opady śniegu, znacząco opóźniły realizację przedsięwzięcia. Kiedy sytuacja pozwoliła wreszcie na wznowienie wspinaczki, pojawiły się kolejne komplikacje - intensywne opady połączone z huraganowym wiatrem, rosnące zagrożenie lawinowe oraz ograniczona widoczność.
"W górach tak to czasami jest, że trzeba być otwartym na zmianę planów" - tłumaczył skialpinista, zaznaczając, że zgromadzone sygnały nie pozostawiały już wystarczających podstaw do kontynuowania wejścia; ostatecznie uznał więc, że dalsza wspinaczka wiązałaby się ze zbyt dużym niebezpieczeństwem.
Decyzja nie zapadła przy tym w oderwaniu od opinii pozostałych uczestników ekspedycji. Jak przyznał Bargiel, członkowie zespołu na bieżąco przekazują mu swoje obserwacje i obawy, jednak odpowiedzialność za ostateczny wybór spoczywa przede wszystkim na nim. To właśnie on pozostaje bowiem na górze sam, podczas gdy pozostali wspierają go w realizacji przedsięwzięcia.
Nie tylko zdobycie szczytu. O granicach ambicji i odpowiedzialności
Choć dla zawodowego sportowca odstąpienie od zamierzonego celu nie jest łatwe, Bargiel podkreślał, że w wysokich górach szczególnego znaczenia nabiera umiejętność zachowania dystansu do własnych ambicji. Nawet najlepiej przygotowana wyprawa nie daje bowiem gwarancji sukcesu, a konsekwentne realizowanie pierwotnego planu nie zawsze stanowi najrozsądniejsze rozwiązanie.
"Musimy mieć dystans do tego, co robimy. Nie może być tak, że zakładamy, że to wejście na szczyt jest najważniejsze" - przekonywał.
Jak wyjaśniał, sama możliwość przebywania w górach, zdobywania kolejnych doświadczeń i dzielenia ich z przyjaciółmi stanowi wartość niezależną od ostatecznego rezultatu. Sportowa determinacja musi zaś iść w parze ze świadomością ryzyka oraz gotowością do zmiany planów, kiedy okoliczności przestają sprzyjać bezpiecznemu działaniu.
"Największym sukcesem zawsze jest to, że wracamy wszyscy cali i zdrowi do domu" - podsumował, przypominając zarazem, że niezrealizowane górskie zamierzenia nie muszą pozostawać takimi na zawsze.
Powrót z Himalajów i czas dla najbliższych. Co planuje Andrzej Bargiel?
Zakończenie ekspedycji oznacza dla Bargiela również powrót do codzienności, w której szczególne miejsce zajmuje rodzina. Zapytany o kolejne sportowe plany, przyznał, że nie prowadzi ścisłej listy szczytów do zdobycia, a przed następnym wyjazdem chciałby przede wszystkim ponownie zatęsknić za wysokimi górami.
Skialpinista odniósł się także do wyzwań, jakie jego działalność stawia przed najbliższymi. Jak zauważył, wieloletnia znajomość z żoną i wzajemne zaufanie pozwalają godzić rodzinną codzienność z nietypową pasją, choć nie oznacza to, że kolejne rozłąki przychodzą łatwo. Zaznaczył przy tym, że wokół himalaizmu narosło wiele wyobrażeń, które nie zawsze odpowiadają rzeczywistemu podejściu osób uprawiających tę dyscyplinę.
"Nie jest to chodzenie po bułki do sklepu" - przyznał, odnosząc się do szczególnego charakteru swojej działalności.
Najbliższy czas zamierza poświęcić przede wszystkim rodzinie i odpoczynkowi. Nie oznacza to jednak całkowitego rozstania z górami - mieszkając w Tatrach, ma bowiem możliwość regularnych treningów i utrzymywania formy przed kolejnymi przedsięwzięciami. Na razie w planach pojawia się jednak również znacznie mniej ekstremalna perspektywa.
"Muszą być jakieś wakacje" - zakończył.







