Niecodzienna fabuła i prawdziwe emocje. O kulisach filmowej historii
W najnowszym filmie Briana Duffielda, opartym na powieści Daniela Krausa, Austin Abrams wciela się w Jaya Gardinera - młodego mężczyznę, który po śmierci ojca wyrusza na samotne nurkowanie u wybrzeży Kalifornii, próbując odnaleźć jego szczątki. Niespodziewanie zostaje połknięty przez ogromnego kaszalota, a walka o wydostanie się z wnętrza zwierzęcia zmusza go do wykorzystania wszystkiego, czego nauczył się od ojca.
W postać tego ostatniego wciela się Josh Brolin, znany między innymi z "To nie jest kraj dla starych ludzi", "Avengersów" czy "Diuny". Choć ekranowa historia rozgrywa się w niezwykle trudnych okolicznościach, jej emocjonalnym fundamentem pozostaje skomplikowana więź między bohaterami.
Zapytany o trudności związane z przedstawianiem takiej relacji, Brolin przyznał, że podczas pracy nad filmem niejednokrotnie powracał pamięcią do doświadczeń z własnego życia. Niektóre sytuacje przedstawione w filmie przywoływały bowiem wspomnienia trudnych momentów w relacji z własnym synem.
Jak wyjaśnił, upływ czasu pozwolił im pozostawić trudne chwile za sobą, jednak wówczas nie zawsze potrafili znaleźć porozumienie. Aktor zwrócił szczególną uwagę na mechanizm narastania napięcia, kiedy zamiast dać sobie przestrzeń, obie strony coraz mocniej obstają przy własnych racjach.
"W chwilach napięcia najlepiej czasem dać sobie trochę przestrzeni. Zamiast tego zdarza nam się jeszcze bardziej naciskać, dolewać oliwy do ognia. I wszystko się wtedy psuje. Przepada szansa na porozumienie, napięcie rośnie, a zamiast się do siebie zbliżać, coraz bardziej się od siebie oddalamy" - tłumaczył.
Przeniesienie podobnych emocji na ekran okazało się dla niego szczególnie wymagające. Brolin wspomniał między innymi scenę rozgrywającą się na łodzi, podczas której wraz z Abramsem i reżyserem poszukiwali odpowiedniego sposobu przedstawienia napięcia między bohaterami. Ostateczny efekt, jak przyznał, okazał się jednak satysfakcjonujący.
Josh Brolin i Austin Abrams o przeszłości. "Nie ma jednej uniwersalnej odpowiedzi"
Rozmowa wyszła również poza samą realizację filmu, kierując się ku pytaniom o wpływ rodzinnych doświadczeń na późniejsze życie. Austin Abrams zwrócił uwagę, że przeszłość pozostaje obecna w kolejnych wyborach i relacjach, nawet jeśli nie zawsze wiadomo, jak właściwie sobie z nią poradzić.
"Nie ma jednej uniwersalnej odpowiedzi ani rozwiązania, które sprawdziłoby się u wszystkich. Każdy z nas przeżywa to na swój sposób, we własnym wnętrzu, a potem pojawia się pytanie, co z tym zrobić, jak sobie z tym poradzić, jak nauczyć się z tym żyć" - wyjaśniał aktor.
Brolin spojrzał na zagadnienie z nieco innej perspektywy. Jak zauważył, z upływem czasu zmienia się sposób postrzegania dawnych wydarzeń, a doświadczenia uznawane niegdyś za wyłącznie negatywne mogą okazać się istotnymi lekcjami. Nie zawsze możliwe jest bowiem oddzielenie tego, co dobre, od tego, co trudne - oba elementy współtworzą osobistą historię człowieka.
Aktor wyraził przy tym nadzieję, że "Upadek wieloryba" skłoni widzów i widzki do refleksji nad wzajemną odpowiedzialnością, odrzuceniem nadmiernego egoizmu oraz znaczeniem wsparcia ze strony innych osób.
Kiedy reporter "halo tu polsat" zapytał go wreszcie, co w całej tej życiowej podróży pozostaje najważniejsze, Brolin przyznał, że sam nie zna jednoznacznej odpowiedzi. Zasugerował jednak, że być może zamiast nieustannie jej poszukiwać, warto skupić się na przeżywaniu tego, co dzieje się w danej chwili.
"Myślę, że właśnie o to chodzi, żeby po prostu być tu i teraz" - podsumował.
"Upadek wieloryba" trafił do polskich kin 16 października. Obok Brolina i Abramsa w obsadzie znaleźli się między innymi Elisabeth Shue, John Ortiz, Jane Levy i Emily Rudd.







